niedziela, 26 maja 2013

O stosownej lekturze przy święcie

Jazgot.

Wieczny, wieczny jazgot, przekrzykiwanie się, ani minuty ciszy. Wieczorem w uszach dosłownie brzęczy, głowa wydaje się jak balon, spuchnięta do nadnaturalnych rozmiarów.

Wykasowane pół artykułu w komputerze, bo przecież tak fajnie wali się maskotką w klawiaturę i okolice (a artykuł Królowa Matka pisze niańcząc przynajmniej jedno Dziecię na kolanach, jakże by inaczej).

Ryk, bo on uderzył, bo nie dał pograć, bo upadłem, bo kot mnie drapnął, bo zabrał mi kredkę, bo tak, bo nie, bo tak sobie.

Beznadziejne powtarzanie: "Nie jeździj samochodzikiem po stole, bo wreszcie trafisz w kubek. Nie jeździj samochodzikiem po stole, bo wreszcie trafisz w kubek. Nie jeź...", zrywanie się z treściwym okrzykiem na ustach i wycieranie tego, co wylało się z kubka, zanim zdąży dosięgnąć komputera, książek Starszego, własnych, notatek, rysunków, robótek, zanim zdąży utworzyć pod stołem gigantyczna kałużę.

Układanie po raz tysięczny książek z rozpaczliwą świadomością, że za kwadrans zostaną one po raz tysiąc pierwszy rozrzucone po pokoju.

Bieganie za Pomponami w nadziei, że wydrze im się z rąk kredki, nim pomalują nimi krzesła/ ściany/ podłogę/ stół (Starsze nie malowały po niczym co nie było papierem, jakim cudem te Młodsze tak się wyrodziły?!).

Zaliczenie spektakularnej załamki, gdy wizja sielskiego posiłku o poranku


ociupinkę mija się z rzeczywistością.


Kiedy wszystkie wymienione wyżej rzeczy (plus jeszcze parędziesiąt innych, które Królowa Matka wyparła) sprawiają, że... eee... irytacja wzrasta do poziomu grożącego popełnieniem samobójstwa rozszerzonego, albo przynajmniej dzieciobójstwa przy użyciu wszystkich dostępnych narzędzi (młotek marki Fisher Price, zestaw noży kuchennych, skakanki, piłeczki kauczukowe, gołe ręce), Królowa Matka ściąga z półki to:


i czyta, a jej świat odzyskuje (baaaardzo powolutku...) właściwe proporcje.

Bena Eltona zna większość wielbicieli brytyjskiego humoru, nawet jeśli o tym nie wie, jest on bowiem scenarzystą m.in. serialu "Czarna żmija" (tego samego, w którym powszechnie obecnie uwielbiany Hugh Laurie robił za głupawego arystokratę) oraz "Cienkiej niebieskiej linii", a jak ktoś pamięta "Wiele hałasu o nic" w reżyserii Kennetha Branagha to mógł go nawet ujrzeć na własne oczy, czającego się za plecami Michaela Keatona oraz widowiskowo poniewieranego przez tegoż.


Dla Królowej Matki jednakże Ben Elton pozostaje przede wszystkim pisarzem, którego wszystkie książki są warte przeczytania (chociaż trafiła na niego dzieki "Wiele hałasu o nic" właśnie i to pozostaje jeszcze jednym powodem, dla którego tak lubi ten film :)).

Ale tylko "Nie do pojęcia" ma wartość terapeutyczną.

Oto jest sobie w tej książeczce ona - Lucy i on - Sam, stare, dobre małżeństwo z dziesięcioletnim stażem. Ona pracuje w agencji aktorskiej, organizując castingi do ról i zajmując się tą mniej ekscytującą częścią pracy związanej z produkcją filmu, on jest redaktorem odpowiedzialnym za rozrywkę w BBC oraz marzy o napisaniu powieści. Albo scenariusza filmowego. Albo skrzącego się dowcipem serialu telewizyjnego. W zasadzie o napisaniu czegokolwiek - oprócz tego, co akurat, zdaniem jego żony, pisać powinien.

A powinien pisać dziennik.

Albowiem przede wszystkim para głównych bohaterów jest bezdzietna - i poznajemy ich w momencie, gdy ta bezdzietność jest już "nade wszystko", gdy dochodzą do tego etapu, że o niczym innym się nie mówi, nie myśli i niczego się tak bardzo nie chce, jak tego dziecka, które nie nadchodzi.

Ona szaleje bardziej (wpis po wizycie u przyjaciół, którzy właśnie zostali rodzicami: "Było tak uroczo, to chłopczyk, absolutnie prześliczny. Ma bujną czarna czuprynkę i jest bardzo tłusty w taki uroczy, dziecinny sposób. Nie mogłam się oderwać od jego maleńkich paluszków, nigdy nie mogę i to dotyczy każdego noworodka. Po prostu cudowny"). Szybciej dojrzewa do myśli, że być może będą musieli zdać się na pomoc medycyny, ale wcześniej wypróbowuje wszystko. Od aromaterapii po medytację, od ograniczania pożycia seksualnego do dni płodnych po uprawianie seksu w każdej możliwej chwili, bo przecież nikt tak na sto procent nie jest w stanie ustalić dokładnego momentu owulacji. Desperacko próbuje ziół i kąpieli aromatycznych, wizualizacji i seksu na szczycie Primrose Hill (tak, tym w Regent's Park w Londynie) przy pełni księżyca. Pisanie dziennika też jest częścią planu. Sposobem, by oboje dotarli do swojego wewnętrznego "ja", do wszelkich blokowanych uczuć i, oczywiście, w ten sposób rozpoczęli proces ich odblokowywania.

On, tak, owszem, chce dziecka, ale do obsesji mu daleko (jego wpis po tej samej wizycie u tych samych przyjaciół: "Miałem nadzieję, ze widok młodej Śliweczki (...) trochę zniechęci Lucy i uzmysłowi jej, jak ogromne ryzyko wiąże się z procesem rozmnażania. I że jej przypomni, że na każdą Shirley Temple przypada jakiś Cuthbert. Myśl o konieczności patrzenia w te wykrzywione, rozdziawione, wrzeszczące bezzębne usta pięć razy w ciągu jednej nocy powinna, moim zdaniem, wywołać u każdej kobiety odruch sięgnięcia po prezerwatywę. (...) Szczerze powiedziawszy, zaczynam widzieć króla Heroda w zupełnie nowym świetle"). Może dlatego, że jego zegar biologiczny nie tyka tak ogłuszająco, czas jest przecież w tym przypadku dla mężczyzn znacznie łaskawszy. Może nie szaleją w nim hormony. Może jest coś, czego pragnie bardziej. Ale godzi się na wszystko, bo kocha swoją żonę, więc robi jej te masaże, znosi zapach wymieszanych aromatów różnych ziół unoszący się w ich domu, nie pije alkoholu, uprawia seks zgodnie z grafikiem. I pisze dziennik.

Ona Królową Matkę denerwuje. Jej sposób mówienia jest nazbyt afektowany, ona sama zbyt a w dodatku przypomina Królowej Matce jedną jej znajomą, też skłonną do  ćwierkania i wyrażająca się w sposób przesadny i egzaltowany. Ale mimo tego, mimo tej irytacji, z każdą stroną narasta w Królowej Matce współczucie. Wszechogarniające współczucie, które w finale niemal rozsadza jej serce.

Jego Królowa Matka rozumie lepiej. Może dlatego, że zawsze była mężczyzną, jeśli chodzi o reakcje na maleńkie dzidziusie ;). A może dlatego, że jej zachodzenie w ciążę przychodzi tak śmiesznie łatwo, rodzi w piętnaście minut i potrafi powić dwa prawie czterokilogramowe bliźnięta, przenosiwszy je przedtem.

Ale nade wszystko Królowa Matka zaczyna podczas lektury... doceniać. Ten jazgot też, ten ciągły ruch w domu, to gadanie jeden przez drugiego. Nawet zmęczenie. I to, że nie jest wyspana od ośmiu lat.

Kojarzysz, drogi Czytelniku, brytyjskie filmy czy książki, jakże licznie opowiadające o trudnych sprawach w taki sposób, że się w ich trakcie śmiejemy? A przecież nigdy nie zapominamy, że dotyczą ważnej rzeczy, zawsze mamy w tyle głowy tę świadomość, że oto patrzymy na dramat, nieistotne, jak zabawnie opowiedziany. I ten dramat nie jest wyśmiany, przerobiony na groteskę, nie staje się slapstikiem ani zbiorem gagów. I bez względu na to, jak bardzo się śmiejemy, do samego końca mamy świadomość, że obcujemy z dramatem. Na tym właśnie, zdaniem Królowej Matki, polega szczególny geniusz brytyjskich komedii.

"Nie do pojęcia" jest klasycznym przykładem powieści w tym właśnie stylu.

Królowa Matka pamięta, jak po narodzinach Potomka Starszego przesiadywała na forum dla mam wcześniaków, nie udzielając się, tylko czytając, i jedna z mam napisała innej: "Nie martw się, nie martw, jeszcze nie raz na niego hukniesz!", a Królowa Matka pokiwała tylko głową, bo już dobrze wiedziała, co ta mama miała na myśli, pamietała, jak się urodzil Potomek Starszy, taki maleńki, taki bezbronny, jak jego życie wisiało na włosku, i jak przez wszystkie te spędzone przy inkubatorze chwile przysięgała sobie, że nigdy, nigdy na niego nie krzyknie, będzie nosić na rękach i spać z nim, zawsze będzie miała dla niego czas, nigdy go nie odsunie, nie każe być cicho, nigdy nic nie będzie ważniejsze niż on. Nie sposób wtedy uwierzyć, że nadejdzie chwila, gdy się swoje dziecko odsunie ze zniecierpliwieniem, każe się czymś zająć, bo przeszkadza, że się będzie zbyt zmęczonym, by się z nim bawić i zbyt wyczerpanym, by odpowiadać na jego dwusetne pytanie zadane w ciągu godziny.

A potem zagarnia człowieka życie i jednak czasem jest się zbyt zmęczonym, czasem zniecierpliwionym, czasem ma się dość wrzasków, kłótni, odpowiadania na niekończące się serie pytań, rozstrzygania sporów, pilnowania odrabiania lekcji. I zapomina się. Zapomina się, że przecież miało się zawsze... miało się nigdy...

Królowa Matka tego nie wie na pewno, ale podejrzewa,  że tak samo zapomina się, jak się walczyło o poczęcie. O donoszenie ciąży. O dobry poród. O zdrowie dziecka. Gdy wszystko zaczyna się układać, gdy wszystko wraca do normalności, zapomina się.

Książki takie, jak "Nie do pojęcia" - przypominają.

Że się miało szczęście. Że się nam udało. Że inni oddaliby wszystko za to, co dla nas jest normalną, męczącą, nużącą rzeczywistością. Że marzą o tym, co dla nas jest tak oczywiste, że nie poświęcamy temu nawet jednej myśli. Że dawno przestaliśmy być wdzięczni za coś, co nam się w żaden sposób nie należy bardziej, niż innym ludziom.

Którzy tego nie mają.

A my tak.

My mamy.


A dla tych, którzy uważają, że książka kończy się poczęciem/powiciem dzidziusia albo też spektakularną klęską w temacie poczęcia/powicia dzidziusia Autor przygotował zapierajacy dech w piersiach, zaskakujący i kompletnie nieprzewidywalny finał.

Idealna lektura* - dla wszystkich, ale chyba najbardziej dla mam :).

W Dniu (Zmęczonej) Matki :))).



PS. Jak i pozostałe książki tego Autora, Królowa Matka poleca wszystkie bez wyjątku!

czwartek, 23 maja 2013

Pompon Młodszy debiutuje

... na blogu jako mówca.

Królowa Matka korzystając z chwilowej nieuwagi Pomponów wymknęła się do łazienki.

Zrobiła, co miała zrobić, rzuciła okiem w lustro, obmyła swe dłonie, poprawiła pukle, odwróciła się i cóż ujrzały jej oczy?

Oto ujrzały one oba Bliźniątka, rozkosznie uśmiechnięte, tłoczące się i przepychające w drzwiach, i kiwające do niej rączkami w stylu "jaśnie pan pozdrawia poddanych".


Królowa Matka (popadając natychmiast w stan silnego wzburzenia) - No, nie, a wy tu czego?! Prosił was kto?! Jesteście już stare chłopy, a ja mam dość waszego towarzystwa w łazience, czy ja wreszcie po tych wszystkich latach nie mogę gdzieś, gdziekolwiek, być całkiem sama?! Wypad stąd w podskokach, ale już, idźcie sobie, wcale was tu nie chcę!!!

Pompon Młodszy (stoicko, z żelazną pewnością w głosie) - Chcieś.

Wot, matka se pogadała...

niedziela, 19 maja 2013

Jak kłoda

Podsumowując obecny stan zobowiązań, Królowa Matka ma:

- zamówienie na dwa dywaniki (no dobra, jeden się robi, powolutku, ale się robi),

- zamówienie na lalkę (oraz plany, by wykonać jej włosy metodą silnie eksperymentalną, czyli to, do czego w normalnym stanie ducha palce ją aż świerzbią),

- Dzień Matki za pasem oraz dwa zestawy wiszących serduszek dla dwóch Mam do zrobienia od a do zet, bo chwilowo cała para poszła w przygotowanie stosownych włóczek w stosownych zestawach kolorystycznych,

- jedną recenzję do napisania na królewskiego bloga ("pisze się" od tygodnia),

- jedną analizę do napisania na tego samego bloga (nie pisze się wcale, zbiera się do niej cytaty i koi sumienie złudzeniem, że to nie jest całkowite obijanie się),

- dwie króciutkie recenzyjki? analizy? strumienie świadomości? nie na królewskiego bloga (ma je ułożone w głowie i co z tego),

- a, i jeszcze pomysł na filcowe zawieszki oraz broszki z motywem kotów

oraz

kompletną,

bezdenną,

nieograniczoną niczym

pustkę w głowie i niemoc w rękach, gdy tylko siada do pracy z zamiarem dokończenia chociaż jednego z wyżej wymienionych projektów.

Uczucie, że jest jak kłoda, bezmyślnie dająca się nieść tam, gdzie pcha ją rzeka, na której się bezwładnie unosi.

Ten bezwład dobija.

Ale co zrobić, skoro łączy się z tą kompletną pustką w głowie i niemocą w rękach?...





Chyba tylko czekać, aż minie...


PS. Zdarzył się jednak, och, zdarzył się jasny promyczek światła w tym spędzonym bezmyślnie, bezproduktywnie i z ciągłym poczuciem, że nie tak powinno się go spędzać, dniu! Wieczorem Królowa Matka, układając uprane rzeczy w szafkach, znalazla spodnie typu rybaczki, obcisłe i dopasowane, które nabyła była drogą kupna przed narodzinami Potomka Młodszego i jakoś nigdy dotąd nie włożyła, bo to albo była w kolejnej ciąży, albo aura letnia nie sprzyjała, albo - najczęściej - zapominała, że je ma... a teraz przymierzyła, i - bogowie! - WESZŁA W NIE!!! Nie napinając się! Nie wciągając brzucha i nie kładąc się na płask, by dopiąć zamek! Weszła i może je nosić, po dwóch ciążach, w tym jednej bliźniaczej, po zestarzeniu się o pięć lat!!!

Trwaj, chwilo, jesteś piękna :D!


poniedziałek, 13 maja 2013

Wisienka na torcie...

szaleństwa, któremu wielokrotnie dawano tutaj wyraz.

Potomek Starszy otrzymał był swoją pierwszą w życiu komórkę równo tydzień temu i od tego czasu traktuje ją z nonszalancką ambiwalencją - z jednej strony nie rozstawałby się z nią ni w kąpieli, ni przy posiłkach, ni w czasie snu, ni na jawie, a już o takich chwilach jak odrabianie lekcji czy uczestnictwo w nich w uczelni stopnia podstawowego to i wspominać nie ma potrzeby, bo jest oczywiste,  że przegrywają z najdroższym gadżetem już nawet nie na starcie, ale grubo przed. Z drugiej jednakże strony wrzuca tę komórkę gdzie popadnie, między książki szkolne, luzem w jakieś boczne kieszonki tornistra, wpycha niedbale do kieszeni kurtki, i inne takie.

Królowa Matka (znękanym tonem osoby doświadczonej przez życie, która to osoba odebrała już od własnego syna z tuzin telefonów, po odebraniu których jedynym dźwiękiem, jaki usłyszała było głuche "bum, bum" czy też inne "szur, szur" wydawane przez obijające się o telefon przedmioty poupychane w głębinach szkolnej torby) - Słuchaj, włóż może tę komórkę w etui albo coś, i zablokuj koniecznie, bo inaczej skończy się na tym, że niechcący wykonasz telefon do Włoch czy na Madagaskar...

Potomek Młodszy (zastygając w połowie ruchu, z oczami jak spodki) - To Madagaskar naprawdę istnieje????

***

I PS, a propos zupełnie czego innego :):

oto nowi goście, którzy po chłodnych dniach zawitali do królewskiego ogrodu:



niedziela, 12 maja 2013

W poszukiwaniu tożsamości

Potomek Młodszy (w zadumie) - Wiesz, mamusiu, ja chyba jednak jestem Mort,


bo Mort jest uroczy i lubi fasolę, a ja też jestem uroczy, i też lubię fasolę. A Mikołaj to myślę, że jest Maurice,


bo ci nawet czasem kolację robi...
Potomek Starszy (usłużnie) - Śniadanie.
Potomek Młodszy - Śniadanie. Jak Maurice królowi Julianowi...

(I, tak, to oznacza, że Królowa Matka jest królem Julianem, cha, cha, hurrra, wiedziała to Królowa Matka od zawsze, po prostu wiedziała!!!).

***

Pan Małżonek demoralizuje Potomstwo za pomocą oglądania na Youtube indyjskiego (czy jakiegoś innego, w każdym razie nie europejskiego i odbywającego się daleko stąd) "Mam talent", które to "Mam talent" wygrali panowie spacerujący po tłuczonym szkle, rzucający w siebie nożami, rozbijający cegły głową i uskuteczniający równie porywające czynności.

Potomek Starszy (tonem pełnym niczym nie zmąconego zachwytu , nic to, że zadającego kłam jego wypowiedzi) - Łaaaaa! Ja lubię przemoc, ale żeby aż tak to nie!

Cóż. Coś się tak Królowej Matce wydaje, że pozycja Rico w duszy Potomka Starszego pozostanie nienaruszona...


Mimo podawanych Królowej Matce śniadań :).

Jakże żywotna kwestia

Potomek Młodszy (ni stąd, ni zowąd, jak to często bywa z jego egzystencjalnymi pytaniami, w czasie obiadu, ani na chwile nie odrywając się od talerza pełnego sałatki i młodych ziemniaczków) - Tato, a gdybym ja był Mikołajem w swoim ciele, to czy zachowałbym się jak Mikołaj?

Eeeeee... oto jedno z tych pytań, na które nie ma dobrych odpowiedzi :).

wtorek, 7 maja 2013

Potomek Młodszy znowu dostarcza

Potomek Młodszy (z właściwym sobie zadowoleniem z życia) - Ja mam ładne ciało, prawda, mamusiu? Od razu się w takim ładnym ciele urodziłem!
Królowa Matka (której staje w tym momencie przed oczyma cztero-(i pół)-kilogramowa kluska z fałdami wszędzie, jak u psa rasy shar-pei, oraz obliczem Mao Tse Tunga doczepionym do tych fałd, powolutku) - Taaaak...

Potomek Młodszy (w kolejnym napadzie mesjanistyczno-dyktatorskim) - Ja tak chciałem i tak się stało! Bo tak się zawsze dzieje, jak ja chcę.

Potomek Młodszy (zniecierpliwiony sklerozą Królowej Matki) - No, mama, to było moje dwa imieniny temu! Albo trzy. No, wtedy, gdy dostałem grę "Klopsiki" i zdobyłem drugi poziom!

Ach, wteeedy, no jasne!

Potomek Młodszy (chwilę po tym, jak został wytargany pieszczotliwie za włosy przez Królową Matkę przy akompaniamencie zazdrosnego: "Jakie ty masz wspaniałe włosy, synu, co za kolor, jakie gęste, mięciutkie, jak się pięknie układają!!!", bo też istotnie Potomek Młodszy ma cudownie piękne włosy w naturalnym ciemnozłotym kolorze, i nie po mamusi je odziedziczył, o nie, cholera jasna psiakrew; do Starszego Braciszka, dobitnie) - Idź sobie stąd! To mnie mamusia lubi, bo ja mam piękną fryzurę!

Potomek Młodszy (zalicza pełnoobjawowy atak nastroju "jestem twoją kochaną ośmiorniczką", oplątany wokół Królowej Matki, która, szczególnym trafem, usiłuje być w trakcie produkcji ptasząt dla Ukochanych Przyjaciółek).
Pan Małżonek - Synu, daj wreszcie mamie spokój chociaż na chwilę...
Potomek Młodszy (miłośnie) - Ale ja mamusi nigdy nie opuszczę. Zawsze z nią będę. Tak jej obiecałem. Nigdy jej nie zostawię... (po króciutkim namyśle) tylko jak do łazienki będzie chodzić siusiu i się ubrać.

Och. Ach.

Królowa Matka przemyśliwuje poważnie nad nabyciem takiego stroju


... i może jeszcze takich bucików do pół łydki, na guziczki z boku i sznurówki, i będzie się zamykać w łazience i ubierać, i rozbierać, ubierać i rozbierać...

W każdym razie raz na jakiś czas :).

niedziela, 5 maja 2013

Majowo

Pamiętasz, Drogi Czytelniku, prawie-tulipana z tego posta?

O, właśnie tego?


Królowa Matka, która utykała jesienią cebulki tulipanów w ramach eksperymentu pt. "Zobaczymy, co z tego wyjdzie", a potem, podczas tej straszliwej, długiej, mroźnej wiosny dzien po dniu traciła nadzieję, że będzie miała szansę ujrzeć na własne oczy wyniki eksperymentu pewnego dnia ze zdziwieniem ujrzała wychylajace z ziemi noski tuzinów takich prawie-tulipanów.


A potem z tych nosków zrobiły się nosy, z kiełków - kły, liście wyciągnęły się ku słońcu, spośród liści wyjrzały pąki, które puchły, puchły, nabierając na brzegach koloru (i przypominając w ten sposób Królowej Matce jaki kolor gdzie posadziła :)), a wreszcie, na samym początku Długiej Majówki, Królowa Matka ujrzała rano z okna to:



I już wie na pewno, że "prawie" czyni wielka różnicę :).


 Nie, Królowa Matka nie ma w ogrodzie czegoś takiego:


Jeszcze nie teraz.

Może wkrótce.

Może za rok ;D.

środa, 1 maja 2013

Zaproszenie

Każdy stały Czytelnik tego bloga wie (a ci potencjalni nie-stali, tylko nowi właśnie się dowiadują), że Królowa Matka cierpi na Zespół Niecierpliwych Rąk. Usiedzieć nie jest w stanie, jak tych rąk nie ma czymś zajętych, nie może filmu w TV obejrzeć bez dojmującego poczucia marnowania czasu, jeśli jednocześnie z oglądaniem (by być precyzyjnym jak wzorzec metra z Sevres należałoby napisać "ze słuchaniem") nie ściboli, nie wycina, zszywa, nie macha szydełkiem, drutami, igłą do frywolitek albo taką normalną, do szycia, chociaż nie szyje nią, ale haftuje. A jeśli nie może tego robić

a) staje się nerwowa, i z oglądania filmu nici

lub

b) głowę ma zajęta wymyślaniem tego wszystkiego, co w najbliższej przyszłości (która powinna liczyć jakieś trzysta do pięciuset lat, gdyby chciała zrealizować wszystkie swoje projekty) wydzierga, wyszyje albo ulepi z masy solnej.

Niestety, efektem ubocznym tej słabości Królowej Matki są jej, hm, dzieła.

Otóż jest ich sporo. Albo bywa sporo. I wszystko wskazuje na to, że w przyszłości pojawi się jeszcze więcej, bo Królowa Matka nabiera coraz większej wprawy, a jej głowa produkuje coraz więcej pomysłów.

Niektóre rzeczy Królowa Matka robi dla siebie lub swoich dzieci. Z niektórych czyni prezenty dla swoich Bliskich i Przyjaciół. Niektóre rozdaje znajomym, a czasem wręcz nieznajomym, na przykład w ramach fantów na loteriach w szkołach i przedszkolach Potomków. Niektóre robi na zamówienie.

A niektóre robi, bo ją to coś w środku gna i zmusza, a potem one leżą. Leżą w szufladach, na szafkach i półkach, aż komuś się spodobają i zechce je kupić. Albo dostaje w prezencie. Albo po prostu leżą, zapomniane i przysypane coraz większa ilością królewskomatczynego rękodzieła.

Dlatego właśnie zakiełkowała w głowie Królowej Matki myśl, że trzeba by stworzyć odnogę bloga poświęconą wyłącznie prezentacji ścinków i kłębków (a raczej temu, co z nich wychodzi, jak się Królowa Matka do nich dorwie) z jej zapasów. Myśl, podlewana entuzjazmem i zachętą co niektórych wtajemniczonych w typowe dla Królowej Matki "ale-kto-tam-w-ogóle-będzie-chciał-wchooooodzić-i-ogląąądaaać?" niepewne plany Przyjaciół, Znajomych oraz Czytelników dorosła wreszcie i zakwitła w ten oto sposób:

Kłębowisko

A teraz przyjdzie tylko poczekać i sprawdzić, czy wyda też owoce :).

Królowa Matka zaprasza :).