poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Przygotowania do idealnej majówki

Polecenie W Podręczniku Potomka Starszego -  Przygotuj listę rzeczy, które zabrałbyś ze sobą na majówkę. Pamiętaj o prowiancie i sprzęcie sportowym.

Odpowiedź Potomka Starszego - Na majówkę zabrałbym ze sobą słodycze i kasę.

Mamunia Potomka Starszego - zalicza pełnoobjawowy facepalm


czy może raczej... eee... facetable* (???).

W każdym razie leży tak sobie, usiłując oswoić się z myślą, ze wychowała kolokwialnego, łasego na pieniądze obżartucha...

* Czytelniczka podpowiedziała Królowej Matce (czy może raczej przypomniała, bo Królowa Matka gdzieś miała tę wiedzę ukrytą, ale może ją wytrząsła z siebie, waląc głowa w stół ;)), że takie coś nazywa się head desk. Dzięki!!! Ale "facetable" Królowa Matka zostawi, określenie to bowiem niesie, jej skromnym zdaniem, masę dodatkowych znaczeń :D.

środa, 24 kwietnia 2013

Królowa Matka znowu szarga


Pod jednym z licznych postów o opóźniającej się wiośnie Czytelniczka napisała: "Królowo Matko, to nie tak, że ja Cię nienawidzę, czy coś, ale może chciałabyś nam napisać nierecenzję którejś książki Katarzyny Michalak? *uśmiecha się smutno, gdyż wie, jak takie smutne uśmiechy potrafią zdziałać cuda" i tak tym rozśmieszyła Królową Matkę, że ta postanowiła i owszem, popełnić może nie zaraz nierecenzję (bo nierecenzja musi spełniać określone kryteria, na przykład dotyczyć książki, która skłania do tylu refleksji, że nie da się ich, tych refleksji, uporządkować i płyną one jak żwawy strumień podczas gwałtownych roztopów), ale recenzję... a z drugiej strony... czy to wiadomo, jakie Emocje wstrząsną Królową Matką? Może z tego i nierecenzja wyjdzie?

Pomimo sugerującego uprzedzenie początku Królowa Matka przystąpiła do czytania pierwszej książki Katarzyny Michalak, jaką udało się jej zdobyć - był to "Rok w Poziomce" akurat - nie oczekując niczego specjalnego, ani uniesień, ani rozczarowań, ani materiału do rozdzierania na strzępy, chciała raczej zobaczyć, co to za rodzaj pisania jest.

Czytała - bez specjalnej przyjemności, ale też bez szczególnej przykrości - do strony mniej więcej 29, bo w okolicach strony 29 zaczęło robić się dziwnie.

Zaś na stronie 49 zdarzyło się to:

"Poczekajka” – głosił tytuł. Ale śmieszna nazwa (rzeczywiście, prześmieszna, no, boki zrywać, przyp. KM) I ładna! Katarzyna Michalak. To zapewne autorka. Ewa przeniosła wzrok na nieznajomą.
Kobieta, nieco od nich obojga starsza, odziana była od stóp do głów na czarno. Czerń długiej spódnicy, bluzki i żakietu rozjaśniała karminowa apaszka. I ogniste włosy autorki. I jeszcze jej zielone oczy, teraz uśmiechnięte.
Ewa zamrugała. Po raz drugi w ciągu tygodnia przyglądała się z zazdrością jakiejś kobiecie. Co się z nią dzieje?!


Królowa Matka też zamrugała, bowiem w głowie zrobiło jej "klik!" i jej godna słonia pamięć zadziałała.

Katarzyna Michalak! "Poczekajka"! Czy nie jest to aby ta pani, która poczyniła - excusez le mot - rozpierduchę na forum "Książki", pojawiając się na nim pod kilkoma nickami, nachalnie reklamując swoje dzieło, obrażając tych, którym nie przypadło ono o gustu, by wreszcie, zdemaskowana, zażądać usunięcia wątków o "Poczekajce"? A rozpierducha musiała być przednia, skoro Królowa Matka, bywająca na forum "Książki" bardzo sporadycznie i przelotem ją zapamiętała... zapamiętała od... od... chwila na konsultację z kolegą Guglem (która to konsultacja potwierdziła, że i owszem, tak, rozpierducha miała miejsce)... od 2008 roku.

No tak. Mając pewną jasność co do temperamentu autorki Królowa Matka czytała dalej, aż dotarła do niewątpliwego manifestu:

– Patrz, patrz, co oni wypisują! To dobra książka. Urocza, ciepła, o miłości i marzeniach. A oni robią z niej harlequina dla kucharek. Już mniejsza, że obrażają kucharki... (rzeczywiście, Królowa Matka ma ten przykład o wiele wyższe mniemanie w kwestii wyrobienia literackiego kucharek, tak na marginesie) (...) Patrz, co z mojej ukochanej „Jagódki” pożal się Boże recenzenci robią!
– A czego się spodziewałaś po grafomanach? – Andrzej uniósł brwi w udawanym zdumieniu.
– Grafomanach?

– A jak myślisz, kto pisze recenzje? Czy pisarz, prawdziwy, wydawany pisarz, ma czas i chęci obrzucać błotem innego pisarza? Odpowiadam: nie ma. Bo pisze następny bestseller albo ma spotkanie z czytelnikami w Empiku, albo akurat skończył pracę nad książką i ledwo zipie. I nie może patrzeć na Worda. Grafoman natomiast ma czas na wszystko. Na pseudoliteracki bełkot, który rozumie tylko on sam, i na wylewanie pomyj na tych, którym się udało (...) mam kumpelkę, która jest literatką, rozumiesz, przez duże L. Niespełnioną literatką na dodatek. Do niedawna nie było miesiąca, w którym nie przysłałaby mi jakiegoś swojego „dzieła”, z nadzieją, że je wydam. A wysyłała nie tylko do mnie. Do każdego wydawnictwa na naszym globie próbowała pukać z tym, co spłodziła, ale nikt nie reflektował na arcydzieła koleżanki literatki. (...) Któregoś dnia poddała się. Wiesz, co oznajmiła wszem wobec? Że kończy z pisaniem i zajmie się krytyką literacką. Stąd właśnie biorą się twoi prześladowcy. To niedoszli pisarze, którzy nienawidzą książek i ich autorów, szczególnie tych, którym się udało. Ludzka zawiść jest jak wszechświat. Nieskończona. 


A teraz, Czytelniku, Królowa Matka poczyni wyznanie natury osobistej.

Oto nade wszystko Królowa Matka nienawidzi osób o osobowości Ałtoreczek. A aby być Ałtoreczką nie trzeba, wbrew społecznemu przekonaniu, mieć trzynastu lat i pisać w internecie powieści, które "kochają wszystkie moje koleżanki i mówią, że powinnam je wydać". Ale tylko te trzynaście lat usprawiedliwiają przekonanie, że świat musi, po prostu musi kochać nasze dzieła, a jeśli ktoś ich nie kocha to wyłącznie z zawiści i/lub niedostatku inteligencji, wykłócanie się o to na forach oraz bezwzględne cięcie (czasem po zjadliwym skomentowaniu, żeby ten tępy zawistnik sobie nie myślał!!!) wszelkich nie odpowiadających nam komentarzy na blogach, własnych stronach czy profilach na Facebooku.

Podobne zachowanie u pań, których książki się wydaje, które z pisania się utrzymują, których utwory stoją na półkach księgarń i bibliotek (oraz domów prywatnych) budzą, po prostu, niesmak. I są obraźliwe dla czytelników, traktowanych z wyższością, jak prosta tłuszcza, która jest zbyt głupia/ za mało wrażliwa/ nie dość subtelna, aby docenić dzieła pań tak, jak powinna. No i zawistna, zawistna też jest, bo sama chciałaby tak pisać, a nie umie, więc jest też pozbawiona talentu. I wyrobienia literackiego. I dobrego wychowania, gdy daje swemu dyzgustowi wyraz. I w ogóle, jest be, be, że hej.

Królowa Matka, naprawdę, doskonale rozumie euforię związaną z wydaniem książki, traktowanie jej jak ukochanego dziecka i ból, jaki sprawia to, że nie wszyscy to ukochane dziecko traktują jak najpiękniejszy dar. Rozumie bieganie po forach i reklamowanie się wszędzie, gdzie się tylko da.

Ale założenia, że każdy, kto naszej euforii nie podziela czyni tak, bo jest zawistny, głupi i chciałby tak, jak my, ale nie potrafi, a już zwłaszcza założenia, że taki ktoś się NA PEWNO MYLI, tego Królowa Matka nie rozumie.

Za to podobna postawa stanowi - och, jak bardzo stanowi!!! - sympatyczne usprawiedliwienie dla jej wszystkich złych cech ujawniających się w wypadku, gdyby chciała się ona na Ałtoreczce wyżyć (przy czym wyżywania się na trzynastolatkach unika z definicji, pamięta, jak to jest mieć te naście lat, to straszne doświadczenie, po co jeszcze dziewczynom traumy dokładać? :)).

Za to dorosłe Ałtoreczki... mrrrr... (i tu Królowa Matka oblizuje się jak kot na widok spodeczka tłustej śmietanki, a ta konkretna śmietanka jest, uwierz, Czytelniku, wyjątkowo wręcz tłusta).

To dobra książka, tak? Pięknie napisana (i w ogóle nie ma w niej zdań w rodzaju: "Nie zauważyła, kiedy zmieniła się w zmęczoną życiem posługaczkę. Podnóżek męża, który nie stronił od picia i bicia", a to, że Królowa Matka nieodmiennie chichocze nad wizją bijącego podnóżka to tylko dlatego, że jest z natury zawistna i płytka). Ciepła i o uczuciach, tak? A źli krytycy robią z niej harlequina dla kucharek, tak? No to przyjrzyjmy się tej dobrej książce uważniej (a jakby ktoś chciał zgłębić Utwór osobiście to Królowa Matka uprzedza lojalnie, że powinien teraz przerwać lekturę, gdyż będzie tu spojler na spojlerze oraz streszczenie, nie recenzja, także, tego. Czuj się uprzedzony, Luby Czytelniku).

Mamy oto główną Heroinę, młodą kobietę, szarą myszkę po przejściach (co jest obowiązkowym zabiegiem w Powieściach Dla Mało Wymagających Kucharek) o mentalności niezrównoważonej nastolatki, która miota się nerwowo na każdej stronie oraz wrzeszczy, w sensie, że krzyczy, by wyrazić szarpiące nią emocje (Królowa Matka sobie zapisywała skrupulatnie, Heroina na pierwszych dwudziestu stronach krzyczała kolejno do ojczyma, koleżanek i kolegów, pośrednika handlu nieruchomościami - do tego ostatniego po godzinie dwudziestej drugiej, zakłócając mu w ten sposób mir domowy, pracownika banku, oraz do siebie samej w myślach).

Poza krzyczeniem do ludzi szara myszka oddaje się marzeniu. Marzeniem szarej myszki jest mieć dom. Własny, mały, biały domek. Znajduje taki i tu zaczynają się schody, bowiem szara myszka nie jest w najmniejszym stopniu milionerką i na mały biały domek jej nie stać.

Bank żąda 10% ceny jako wkładu własnego, Heroina zaczyna biegać od znajomego do znajomego, by wybłagać u nich pożyczkę, wszyscy jej odmawiają, może dlatego, że - podobnie jak Królowa Matka - nie lubią, jak się do nich wrzeszczy, wreszcie zdesperowana (i, miejmy nadzieję, zachrypnięta) Heroina udaje się żebrać do najlepszego przyjaciela.

Przyjaciel jest - o czym warto wspomnieć, bo bez tego nikt by się nie domyślił - bogaty jak Krezus, przystojny jak młody bóg, błyskotliwy i inteligentny, pociągajacy, boski i wogule, i tłucze forsę zarabiając na giełdzie, które to zarobki lokuje w swoich fanaberiach. Wymyśla on, że Ewa (czyli nasza Heroina) w zamian za pożyczkę poprowadzi wydawnictwo, które właśnie miał fantazję założyć, i w ciągu trzech miesięcy znajdzie mu, wyda i wypromuje bestseller.

Heroina z zapałem przystępuje do poszukiwań, niestety, zasypana zostaje tworami trzynastoletnich ałtoreczek oraz grafomanów, niewątpliwie murowanych kandydatów na krytyków literackich, na szczęście nim duch w niej upadnie dostaje mailem pierwszy rozdział zachwycającej powieści o utykającej dziewczynie, zaklinaczce koni, podesłany przez przyjaciółkę autorki, niejaką K.Michalak.

Heroina, zmoczywszy łzami klawiaturę na skutek silnych emocji podczas czytania już tylko fragmentu utworu pożąda całości, umawia się z autorką, którą to autorką okazuje się przecudnej urody dziewoja, wyglądająca jak Królowa Elfów, całość powieści jest jeszcze lepsza niż pierwszy rozdział, a żeby było jeszcze lepiej, za autorką, Karoliną, nadciąga jej przyjaciółka, Katarzyna Michalak, kolejna zachwycająca, silna kobieta, która, siejąc mistycyzmem, obdarowuje Heroinę swoją własną powieścią oraz radą, by ją przeczytała, znajdzie tam bowiem światło, które ją poprowadzi przez zawiłe labirynty życia.

 – Otworzyła „Poczekajkę” na przygodnej stronie i... „Wiesz, Kochany, gdy o zmierzchu – to moja ulubiona pora – siadam na schodkach i wsłuchuję się w tę łagodną ciszę, gdy razem z całym otaczającym mnie światem pozwalam opaść powiekom... czuję wtedy, że jestem tam, gdzie być powinnam. Że zawsze marzyłam o tym miejscu i o tej ciszy, że kocham Chatkę, kocham tę ciszę, kocham usypiający las i będę tu trwała. Aż do końca. Ależ ja egzaltowana jestem...”.
Ewa, której oczy zaszły łzami wzruszenia, wybuchnęła śmiechem, czytając ostatnie zdanie. Jeżeli cała książka była tak nieobliczalna jak ten fragment...


Nieobliczalna, tak? Nieobliczalna? No to prosiem, prosiem bardzo:

Wiesz, Najdroższy, gdy o świcie - a wiesz, jak drogi jest mi świt - wymykam się na werandę, cicho, na palcach, żeby nie spłoszyć snów całujących twoje powieki, sama jeszcze owinięta snem jak szyfonową chustą, gdy siadam na schodkach i słucham, jak rośnie trawa - czy wiesz, że w kwietniu, nad ranem, można to usłyszeć? można usłyszeć drobne listeczki, dzielnie rozrywające pokrywę ziemi i wyciągające zwycięsko swoje zielone palce ku światłu? - to wiem, że to jest moje tu i teraz, że tu i teraz chcę być, z tobą, do końca... Och, musisz myśleć, że ten sposób mówienia jest już nazbyt naiwny!...

Królowa Matka mogłaby nieobliczalnie jeszcze tak długo, ale i tak wie, że jej się wpis rozrośnie do monstrualnych rozmiarów, więc stawia tamę własnej wymowności i zapyta tylko -  Drodzy Czytelnicy, któremu oko zaszło łzą wzruszenia?

Żadnemu? No paczciepaństwo. A pani redaktor, która powinna patrzeć na rzeczy, które chce wydać chłodnym okiem (zwłaszcza, że od tego, czy trafi czy nie trafi na bestseller zależy jej być albo nie być) zaszło. I spędziła pani redaktor dwa dni nad lekturą, zaniedbując obowiązki zawodowe, za to nurzając się w Emocji i roniąc oczyszczające duszę Łzy.

Królowa Matka poczuła, że też nurza się w Emocji, aczkolwiek innego rodzaju, w głowie jej się nie mieściło to, co zaczęło w niej kiełkować, udała się zatem na kolejną konsultację do kolegi Gugla (co się chłopak nakonsultował w tej konkretnej tematyce to głowa mała, należy mu się za to wyjście na piwo!), i musiała uznać, że - bez względu na opór jej umysłu - faktem jest, iż w powieści występuje:

a) Katarzyna Michalak jako postać, pisarka
b) bohaterka jej jednej książki jako postać, pisarka
c) bohaterka jej drugiej książki jako postać, przyjaciółka bohaterki b, muza
i
d) główna bohaterka jako wydawca, który te trzy pozostałe bohaterki podziwia i im zazdrości, i roni łzy nad ich książkami

Podobnie nachalnej, matrioszkowej autoreklamy Królowa Matka nie widziała nigdzie i nigdy w życiu.

Oraz "50 twarzy Grey'a" razem ze swoja Wewnętrzną Boginią i Podświadomością może iść się schować, względnie Katarzynie Michalak (tej prawdziwej, że dokona Królowa Matka koniecznego w tej sytuacji doprecyzowania, nie powieściowej) buty czyścić.

Uniesiona Emocją Heroina postanawia odmienić swe życie i zaczyna od zakupów, popełnionych w typowy dla niej, psychopatyczny sposób - wykupuje połowę domu handlowego, opróżniając sklepowe półki według klucza "o, to jest śliczne, i to mi się podoba, i tamto, i to też" i kończy w efekcie przy kasie z odzieżą nie pasującą do niczego, we wszystkich kolorach tęczy i bardzo zdziwiona, że ojej, to tyle kosztowało??? (a pamiętamy wszyscy,że mamy do czynienia z osobą niebogatą i obarczoną kredytem za spełnione marzenie, prawda?), po czym farbuje włosy na dziwaczny kolor i obcina je własnoręcznie nożyczkami do paznokci.

Czyni to wszystko, aby przypodobać się Ukochanemu Mężczyźnie, czyli Andrzejowi, czyli Pięknemu i Bogatemu Przyjacielowi, w którym podobno kocha się od lat i to mimo faktu, ze na stronie 23 Dzieua stoi jak byk: "Andrzej, czy raczej związek z nim nie postał jej w myślach nawet przez sekundę", koniec cytatu.

Niestety, Andrzej został trafiony Strzałą Tró Loff na widok Karoliny, co stwierdziwszy Heroina idzie utopić smutki w wódce, co z kolei skutkuje urwaniem filmu, pobudką w nieznajomym łóżku w nieznajomym hotelu oraz - odpowiedni czas później - odkryciem, że zostanie mamusią.

Jak się jest mamusią, to należałoby znaleźć jakiegoś tatusia, Bohater Jednej Nocy się nie nadał, bowiem okazuje się Szują, Wytartą Szmatą i Szczeżują (o kawale Matrymonialnego Zbója nie wspominając), ale od czego mamy Dobrą Wróżkę, Katarzynę Michalak. Pojawia się ona, płynąc na eterycznym obłoczku magii i mocy, i radzi Heroinie, by ta nabyła pojazd dwuśladowy, dowolnej marki i fasonu, byle jeździł.

Pojazd zostaje nabyty, ponieważ Heroina jest kretynką udaje się w podróż z pustym bakiem i auto zwane pieszczotliwie Guciem odmawia dalszej pracy w szczerym polu, ale, ha, ha, ha, to nic, tak miało być, tak działa magia, bo oto na drodze pojawia się ON, z kanistrem benzyny oraz dobrym sercem na dłoni.

Ponieważ mamy do czynienia z Literaturą Dla Kucharek, a nie Zwykłą Literaturą Kobiecą, ON jest dobry z kościami. Szlachetny wdowiec, dochowujący pamięci zmarłej małżonce, wierny przyjaciel, wzorowy syn, który od maleńkości praktycznie opiekował się matką i siostrą, gdy tatuś ich odumarł (odpowiednio, bohaterowie źli w Literaturze Dla Kucharek też są źli po całości, i na ten przykład ojczym Heroiny jest zapijaczonym łajdakiem dręczącym żonę, skąpiącym jej wszystkiego w zupełnym przeciwieństwie do obrzucanych hojnie darami kumpli od kielicha i brata-pijusa, i pozostaje tajemnicą autorki, jakim cudem przy tym wszystkim ma prężnie działającą firmę przynosząca dochody pozwalające na udzielenie pasierbicy pożyczki w wysokości 15 tys. zł od ręki, no, chyba ze ma tę firmę specjalnie po to, by tej pożyczki NIE udzielić, bydlak jeden).

Nie myśl jednak, Czytelniku, że oto zbliżamy się do szczęśliwego finału, o nienienienie, przed Tobą jeszcze creme de la creme opowieści - otóż okazuje się, że Karolina ma raka. Białaczkę. Uratować ją może tylko przeszczep, wszyscy znajomi i przyjaciele zgłaszają chęć oddania szpiku, rozkręcają wielką akcję medialną, czekają na dawcę, z Karoliną jest coraz gorzej, gdy wtem, niemal w ostatniej chwili, dawca się znajduje.

A właściwie dawczyni. 

Nasza bohaterska Heroina.

A jeśli myślisz, Czytelniku, że uczynienie dawczyni z kobiety w ciąży jest absurdem, to musisz wiedzieć, że czeka Cię jeszcze znaczne zaskoczenie w kwestii ilości absurdów, jakie przypadają na jeden centymetr kwadratowy tej powieści.

Oto Heroina ma sen. We śnie przychodzi do niej Katarzyna Michalak (a Królowa Matka czuje, że w gardle zaczyna narastać jej warkot, głośniejszy z każdym kolejnym pojawieniem się Magicznej Kasi, we śnie czy na jawie) i pokazuje, jak cierpi osoba umierająca na białaczkę. Poruszona snem do głębi Heroina budzi się w środku nocy zlana zimnym potem, do rana czuwa, a nazajutrz idzie do kliniki oznajmić, że już, zaraz, natychmiast trzeba jej pobrać szpik do przeszczepu.

W tym momencie twarz Królowej Matki spuchnięta była od facepalmów, stół w jadalni obity od tłuczenia w niego głową, a kolega Gugiel z krzykiem odmówił współpracy. Ubłagany, zgodził się pomóc raz jeszcze i już za pierwszym podejściem wyrzucił z siebie następującą informację:

Link pierwszy
Oddawanie szpiku wykluczają:
(...)
- okres ciąży, przebyta ciąża i czas karmienia piersią (na ok. 1,5 roku),

ciąża - ciąża i laktacja czasowo uniemożliwiają oddanie szpiku

ciąża – ciąża i laktacja bezwzględnie dyskwalifikuje dawcę (czasowo)

To pierwsze trzy linki, które wyświetliły się po wpisaniu w wyszukiwarkę: "oddawanie szpiku przeciwwskazania", dalszych się Królowej Matce - podejrzewającej, że treścią nie będą odbiegać od podanych powyżej -  sprawdzać nie chciało.

I ona się nie zna, może rzeczywiście w bardzo określonych sytuacjach istnieje możliwość pobrania szpiku od kobiety w ciąży, wątpliwe jednakże jest, by sytuacją tą był dramatyczny sen, który nawiedził ciężarną.

Po powyższym salcie umysłowym nie zdziwiło Królowej Matki już nic, ani mamusia Heroiny, gnojona przez podłego męża przez lat dwadzieścia, która po tym czasie okazuje się być - nadal! - doskonałą tłumaczką z języka angielskiego i równie doskonałą redaktorką, sensacyjne odnalezienie tatusia Heroiny, który nie okazał się być wiarołomnym uwodzicielem, tylko subtelnym intelektualistą, i któremu szlachetność i głębia uczuć sikały nawet uszami, ani kwitnące wydawnictwo, które wydało jeden przebój, ale rządzi na rynku, wsparte na trzech filarach - beztroskiej Heroinie, która "nosi dziecinę pod sercem", więc nic nie robi w pracy poza snuciem się z nieobecnym wzrokiem, a wszyscy patrzą na to przez palce z łagodnymi uśmiechami, mamusi - tłumaczce i babci - korektorce, a już finał pełen zakochanych par siejących potomkami na prawo i lewo oraz fakt pozostania przez Heroinę kolejną wzięta pisarką to już zupełnie, zupełnie nie.

Ufff.

Ponieważ Ukochane Przyjaciółki Królowej Matki, uświadomione, jakiej lekturze się oddaje, hojnie ją obdarzyły innymi płodami umysłu pani K. Michalak (Królowa Matka nie będzie palcem pokazywać, kto zaczął, ale, tak jest, Dzidu, wstań, gdy o tobie mowa!) miała ona szczery zamiar zrecenzowania jeszcze dwóch jej powieści.

Jednego romansu (zrobione).

Jednej powieści fantasy.

I jednego thrillera erotycznego.

Ale teraz wątpi.

Teraz wydaje jej się, że jest to plan na lata.

Do którego być może powróci, gdy jej umysł okrzepnie na tyle, by się móc ponownie zmierzyć z logiką a la Michalak.

A ponieważ ma on teraz, na skutek brutalnego zderzenia z wyż. wzmiankowaną logiką, postać rozgotowanego kalafiora przejechanego przez czołg, proces krzepnięcia zapowiada się długi i bolesny.

Królowa Matka oddala się, by wspomóc go lekturą "Zimistrza" :). 


PS. Jedna z Ukochanych Przyjaciółek pożaliła się Królowej Matce, że mylą jej się postaci. Królowa Matka, nie dziwiąc się temu wcale, bo przytomnym umysłem ogarnąć natłoku i rodzaju bohaterów mylących się z autorami oraz autorów będących bohaterami innych powieści ogarnąć nie sposób, dla ułatwienia (taką przynajmniej ma nadzieję) popełniła ściągę rysunkową:




Przy czym, oczywiście, "Lato w Jagódce" i "Poczekajka" to są wcześniejsze książki pani Michalak, Gabrysia jest rzeczywiście bohaterką jednej z nich, a w "Roku w Poziomce" występuje jeszcze niejaka Marta, niewykluczone, że także bohaterka poprzednich powieści, ale tego Królowa Matka już nie sprawdzała, bo jej się Gugiel zepsuł i przestał reagować na hasło "Michalak", a ona sama się Guglowi wcale nie dziwiła.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Dlaczego Królowej Matce należy się wygrana w Lotto

Tytułem wstępu:

Potomek Starszy ma niewiarygodny talent do wygrywania. Jak zdrapkę mu Babcia kupią to nie ma, że pustą trafi, w najgorszym wypadku wygra pokrycie kosztów, w najlepszym jak na razie wygrał 20 zł (co jest niebagatelną suma dla ośmiolatka, przynajmniej dla tego :)), jak pieniądze znajduje na ulicy, to nie jakiś głupi bilon, jakieś dwadzieścia czy pięć groszy, o, nie, on znajduje pięćdziesiąt złotych, albo dwadzieścia (jak ostatnio, kiedy to wygrzebał banknot spod resztek śniegu na pustej dróżce, którą obojętnie i bez żadnych łupów pięć sekund wcześniej przemierzyła Królowa Matka z Potomkiem Młodszym), nawet jeśli kupi loda to wygrywa drugiego gratis. Jeśli przysłowia mówią prawdę to będzie miał niewiarygodny niefart w miłości, ale pocieszając się tym, że przysłowia są mądrością narodów, które innych mądrości nie mają, podstępna Rodzina snuje plany wykorzystania talentu Potomka Starszego na większą skalę.

W tym celu Matka Królowej Matki nakłoniła go do skreślenia sześciu liczb na kuponie totolotka, zainwestowała trzy złote i czeka na (jedyne zadawalające, oczywiście) wyniki tej poczynionej z rozmachem inwestycji.

Potomek Starszy (świadom swych talentów, do Królowej Matki, miłośnie) - Jak wygram w totolotka, to kupię ci, mamusiu, ten dom, który tak chcesz mieć!

Źródło

Potomek Młodszy (który nie daje się zostawić w tyle w hojności) - I ja też, ja też ci kupię!


Źródło

Królowa Matka (z nieukrywaną uciechą) - Super!!! W jednym domu będę spędzać parzyste dni tygodnia, w drugim - nieparzyste dni tygodnia, a na niedziele będę przyjeżdżać do Domu w Dziczy!

Potomek Starszy (ze skinięciem dłoni hojnego pana, który nikomu nie szczędzi swych łask) - A tatusiowi kupię ze dwa kilo Coca-coli!

Jest więc, jak Królowa Matka mniema, oczywiste dla każdego, że Potomek Starszy powinien trafić tę kumulację, co to ją właśnie mamy w totka, teraz, gdy tak precyzyjnie i - co najważniejsze - sprawiedliwie dokonał już podziału dóbr :D!

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Jak budować związek

Potomek Młodszy - Wiesz, mamusiu, dziś się zalubiłem w Nataszy.
Królowa Matka (w zamyśleniu) - W Nataszy, hmmm (bo Nataszy tośmy jeszcze w tym domu nie słyszeli)? A jak się to zalubienie objawiło?
Potomek Młodszy (podskakując, jakby miał sprężyny przytwierdzone do obuwia, co jest jego normalnym sposobem poruszania się, niestety) - Maję też lubię. I Kamila, chociaż on jest niegrzeczny. I Daniela, on jest już bardziej grzeczny niż na początku, PRAWIE tak jak ja, ale wiesz, to trzylatek. Jak trzylatek wlewa zieloną farbę do czerwonej to ja rozumiem, ale pięciolatek???! Ja w ogóle wszystkich lubię. Ale w Nataszy to się normalnie zakochałem! Pochodziliśmy trochę w parze, porzucaliśmy świecącą piłeczką w kształcie piłki...
Królowa Matka (silnie zaintrygowana) - Piłeczką w kształcie piłki? Świecącą? Taką, jaką w domu mamy?
Potomek Młodszy - Nie, nie taka kolczastą, tylko w kształcie piłki. Taką, co jak się rzuca, to ona świeci, i tak HOP, HOP, BUM, BZZZZ! (tu wymachy rękami, nogami, podskoki, słowem seria gestów godna ninji odpierającego zmasowany atak przynajmniej dwudziestu przeciwników), a nasza tak tylko (rachityczna prezentacja) hop... hop...
Królowa Matka - Aha.
Potomek Młodszy (kontynuuje opowieść) - ... porozmawialiśmy, razem się bawiliśmy przed obiadkiem, chodziliśmy razem na spacerku i doszedłem do wniosku, że się w niej zalubiłem.

No proszę, podstawy, na których należy budować zdrowy związek - wspólne pasje, rozmowy, konstruktywne wspólne spedzanie czasu i znajdowanie w tym przyjemności - wytłumaczone jak dziecku!

Chociaż zabawę świecącą piłeczką w kształcie piłki można zdaniem  Królowej Matki pominąć :).

sobota, 20 kwietnia 2013

Potomek Starszy pozostaje Mistrzem Kreatywnego Komplementu

Potomek Starszy (spoglądając na Królową Matkę miłośnie) - Ty masz wielkie szczęście, że jesteś taka piękna! Bo mogłabyś być łysa... i mieć wielki nos... (po chwili wnikliwej analizy) Wyglądałabyś wtedy jak Skalmar.


 Taaak... to byłoby... eee... niewątpliwie przykre :).

środa, 17 kwietnia 2013

O uwielbieniu

Matka Królowej Matki (ni stąd, ni zowąd) - Jak się nazywa ten król z "Pingwinów z Madagaskaru"?
Królowa Matka (z najwyższym zdumieniem) - Julian.
Matka Królowej Matki - Właśnie! Oglądałam wczoraj kawałek "Szkła kontaktowego", patrzę nagle na ten pasek z SMS-ami, a tam - "Uwielbiam króla Juliana". Nie do wiary po prostu, ale wygląda na to, że jest was więcej...
Potomek Starszy (podekscytowany) - Króla Juliana? Tego króla Juliana?
Matka Królowej Matki - No tak, ktoś zupełnie bez żadnego związku z... z... no, z niczym to napisał.
Potomek Starszy (pewnym tonem, wyjaśniająco) - Ach. To pewnie mama.


To nie była mama, ale z tego miejsca Królowa Matka pragnie serdecznie pozdrowić duchowego pobratymca :D.


wtorek, 16 kwietnia 2013

Wszystko przez Nessera

Z Nesserem było tak - Królowa Matka weszła do księgarni sieci Matras, która akurat miała interesujące obniżki i przeceny (bowiem w innych okolicznościach przyrody Królowa Matka stara się omijać księgarnie ze zbolałym sercem) z silnym postanowieniem nabycia drogą kupna kryminału, bowiem była w brutalnym nastroju i wolała wyładować się w inny sposób niż ten, który zapewniłby jej pięć minut sławy we wszystkich głównych wydaniach wiadomości.

Pierwszym kryminałem, ktory ściągnęła z apetycznej kupki książek była: "Całkiem inna historia" Håkana Nessera. Królowa Matka do tamtej chwili o Nesserze nie słyszała, przeczytała streszczenie z okładki, spodobało jej się, zajrzała do środka, druk był normalny, drobny i gęsty, a nie rozstrzelony jak na tych tablicach, których używają okuliści dla zbadania ostrości wzroku pacjenta (oraz tej samej wielkości), marginesy nie stanowiły 2/3 strony, słowem, całość zapowiadała się bardzo zachęcająco.

Tyle tylko, że była to druga część z czterech.

Królowa Matka przeryła górę książek do dna, nie znalazła części pierwszej, wezwała siłę fachową, siła fachowa tprzekopała i znalazła, streszczenie aż tak Królowej Matce nie podeszło, ale że z natury jest obowiązkowa (no i bała się, że zaczynając od części drugiej może się pogubić) kupiła tę pierwszą, i prawie od razu okazało się, że kupiła Kryminał, a dostała Literaturę*.

Królowej Matce zdarzyło się to do tej pory tylko raz, gdy przy okazji lektury "Z zamkniętymi oczami" Carofiglio zorientowała się nagle, że płacze i nie może się powstrzymać, nigdy dotąd nie płakała przy kryminałach, ale ponieważ rzecz się działa w Klinice Kardiologii dwa tygodnie po rozpoczęciu leczenia (i Królowa Matka była na tym etapie chorowania, gdy poprosiła Pana Małżonka, aby zabrał do domu "Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet", bo nie miała siły, by ją w ręku utrzymać, i przywiózł jej coś lekkiego - dosłownie) uznała, że może jest rozstrojona hormonalnie i fizycznie rozbita, i wróciła Carofiglio gdy czuła sie już dobrze. I uzyskała to samo - literaturę, dla której wątek kryminalny był w sumie pobocznym, czasem wręcz mało istotnym dodatkiem (oraz adwokata  Guido Guerrieri w bonusie, - jakby było potrzeba jeszcze bonusów! - w którym się natychmiast zakochała).

Teraz oto spotkało ją to ponownie - akcja powieści "Czlowiek bez psa" toczyła sie powolutku, niespiesznie, a przecież wciągala jak bagno (i owszem, skojarzenie z bagnem zamierzone), wątek kryminalny rodził się na uboczu i jakby od niechcenia, było gęsto, ciemno i ciężko na sercu, i tylko wraz z pojawieniem się inspektora pojawiał się ironiczny humor, jak złoty błysk w tym dusznym mroku, trup się nie ścielił gęsto, mało tego, przez prawie pół książki nie ścielił się wcale, czego Królowa Matka zasadniczo nie cierpi, no bo jak już czyta kryminał to jakiś wszak jakiś ścielić się powinien, a tym razem nic a nic jej to nie przeszkadzało, bo znowu, jak się okazało, dostała Literaturę w cenie Kryminału (oraz inspektora Gunnara Barbarottiego w bonusie, - jakby było potrzeba jeszcze bonusów! - w którym się natychmiast zakochała).

Królowa Matka, słowem, popadła w Uczucie, zakupiła (albo wymogła zakupienie jej w ramach prezentów) pozostałe części tetralogii (chociaż ostatnio odkryła, że pojawiła się też część piąta, ekhm, ekhm), i dawkowała je sobie, smakowicie czytając jedną na kwartał.

W pierwszej części jeszcze nic jej nie uwierało.

W drugiej, owszem, zwróciła uwagę.

Trzecią zamknęła z trzaskiem, udała się do Brata Internetu i wyguglała "szwedzkie bułeczki cynamonowe".

Rany koguta, ile oni tego tam jedli!!! Wręcz więcej, niż kawy pili (a to jest naprawdę COŚ, po Mankellowskim cyklu o Wallanderze Królowa Matka miała nieustający herzklekot tylko od czytania o nieustannym piciu kawy). Gdzie nie jechali, czy była to wizyta u świadka, czy u rodziny ofiary, czy u własnej rodziny - wszędzie na stół wyjeżdżały bułeczki cynamonowe, a dodać jeszcze należy wewnętrzne samobiczowanie inspektora B., który zastanawiał się, kiedy ostatnio sam je upiekł dla swoich bliskich... tego było za wiele, Królowa Matka po prostu musiała je upiec i zobaczyć, o co tyle krzyku.

Hasło "szwedzkie bułeczki cynamonowe" dało prawie osiem tysięcy wyników w 0,1 sekundy. Hm, pewną jasność na temat skali problemu Królowa Matka miała, znaczna część tych wynikow zdobna była w zdjęcia i przepisy, Królowa Matka zapoznała się z jakimiś pięćdziesięcioma, po czym zdecydowała się na wypróbowanie tego, bo wydawał jej się niezwykle fachowy (i zdjęcia miał śliczne:)), i oczywiście natychmiast potknęła się o decylitry.

Wyguglala decylitry, z wywalonym jęzorem, oblewając się potem i walcząc z dyskalkulią (oraz chęcią, by nie walczyć z dyskalkulią i dać se spokój) Królowa Matka dokonała żmudnego przeliczenia decylitrów na coś normalnego, po czym odkryła, że na linkowanym blogu na jednej z zakładek znajduje się przelicznik...

(Tak, to teraz jest ten moment, kiedy wszyscy klaszczą w ręce, wiwatują i machają kapeluszem z piórami ku czci bezdennej głupoty K.M, gotowi? No to start!).

Królowa Matka dała samej sobie mentalnie w pysk, zwymyślała się od kretynek, popodziwiała głębię przysłowia "robota kocha głupiego", westchnęła i przystąpiła do produkcji. Według tych swoich przeliczonych miarek (produkt wyszedł jadalny, więc możliwe, że całkiem dobrze przeliczonych :)).

Zaraz na początku zauważywszy, że autorka oryginalnego przepisu najwyraźniej zapomniała podać, ile masła należy użyć do produkcji Królowa Matka, posiłkując się innymi przepisami na te same bułeczki, sugerujące użycie między 5 a 10 dkg, roztopiła (krakowskim targiem) 7 dkg masła i dodała doń szklankę mleka.

W osobnej misce utarła 25 g drożdży z pół szklanki cukru, zalała  to mlekiem z masłem, dodała, pracowicie wyrabiając, trzy szklanki mąki i szczyptę soli, wyrabiała własnoręcznie (bo już chyba wszyscy Czytelnicy bloga wiedzą, że ma wstręt do narzędzi ułatwiających życie w kuchni, nie wiadomo czemu, może to się nadaje na jakąś terapię, kto wie), aż ciasto stało się miękkie, gładkie i elastyczne, przykryła je czystą lnianą ściereczką i poszła się cieszyć życiem rodzinnym, podczas gdy ciasto spokojnie podwajało swą objętość.

Podwoiło ją po jakiejś godzinie,  więc Królowa Matka wyłożyła je na stolnicę i rozwałkowała w kształt prostokąta, prostokąt ten zaś pokryła nadzieniem przyrządzonym z 5 dkg masła utartego z 1/4 cukru i dwiema łyżkami (sporymi, ale niekoniecznie trzeba podzielać cynamonowa obsesję Królowej Matki, mogą one być normalnego rozmiaru, te łyżki) cynamonu. Prostokąt zwinęła w rulon i pokroiła w dwucentymetrowe plastry (co dało jej 23 przyszłe bułeczki), które ułożyła na blasze pokrytej pergaminem i odstawiła do wyrośnięcia na kolejne 30 minut, podczas gdy piec rozgrzewał się do wymaganych 250 stopni.

Po pół godzinie posmarowała bułeczki rozbełtanym jajkiem, posypala je grubym brązowym cukrem (bo perłowego nie miała na składzie) i włożyła do pieca na kwadrans.


Po czym zrozumiała, dlaczego bułeczki te mają w Szwecji swoje święto.

(Zrozumiały to też jej dzieci, które nie ograniczyły się tym razem do obżarcia wypieku ukochanej mamuni z wierzchu i zignorowaniu reszty, i które od tygodnia nieustannie dopytują się, kiedy też ukochana mamunia upiecze bułeczki po raz kolejny).

Håkanie Nesser, Królowa Matka pozostaje Ci nieustannie wdzięczna :)!   


* Królowa Matka wyjaśnia, że nie lekceważy kryminałów, wcale, przeciwnie, bardzo je ceni i kocha, oraz potrzebuje, zwłaszcza odkąd została mamusią licznej dziatwy, ciekawe, dlaczego jej się to jakoś wiąże w logiczną całość. Tym niemniej znacznej większości kryminałów nie czyta się jednak dla przyjemności obcowania z pięknym językiem i głębokimi przemyśleniami, ale ze względu na wartką akcję i zagadkę sensacyjną, i znaczna większość kryminałów, nawet tych napisanych niezwykle dobrze literacko, tego - głównie, albo i wyłącznie - właśnie dostarcza. Jeśli dostarcza jeszcze czegoś, Królowa Matka traktuje to jako cenną promocję typu "dwa w cenie jednego".

niedziela, 14 kwietnia 2013

Love, sex i kamerki

Zaczęło się od hasła trudno orzec czy bardziej przerażającego w treści czy w formie "kaźiroctwosyobmacujematke", po którym jakiś tajemniczy Ktoś został skierowany przez kolegę Gugla prościutko jak strzelił na bloga Królowej Matki.

Następne było męczące (niewykluczone, że tego samego, ale możliwe też, że zupełnie innego Ktosia) pytanie "jak zakładać prezerwatywe ustami". Królowa Matka ze współczuciem uznała, że Ktoś szukający odpowiedzi na dręczący go problem został przez kolegę Gugla kierującego go do Domu w Dziczy potraktowany wręcz brutalnie, wręcz, powiedzmy to sobie, wydrwiony, pocieszała ją jedynie myśl, że gdzieś w internecie na pewno wydrwiony Ktoś znalazł dla tego problemu rozwiązanie.

Dwa dni później pojawiło się "blog seksi kamerki bella25". Królowa Matka popadła we wzruszenie - no bo, proszę ja kogo! Nareszcie, no, nareszcie ktoś docenił! Wreszcie seksi ten blog jest, no i bella25, a nie, tfu, "krótkie fryzury dla pań po 50-ce" (ach, jak to boli ciągle!!!), tylko te kamerki trochę brużdżą... ale mniejsza, o to, że kolejny Ktoś do głębi rozczarowany musiał udać się na dalsze poszukiwania w głębiny internetu też mniejsza, kolega Gugiel uważa, że Królowa Matka jest seksi, chociaż ktoś!!!

Przedwczoraj (następny?) Tajemniczy Poszukiwacz wrócił z hasłem:
"lave sex cams: tkdot.com". Królowa Matka, pochylając się z troską nad pisownią słowa "love" pomyślała sobie z słuszną dumą, że blog jej zaczyna wyrastać na potęgę w świecie uciech cielesnych, co jest nie lada osiągnięciem dla bloga okołodzieciowo-kulinarno-o-byle-czym.

Aż do dziś.


Dziś Ktoś (albo inny Ktoś) hasło rozbudował, rozsądnie pominął słowo "love" i podjął próbę dotarcia do interesujących go treści na królewskomatczynym blogu w sposób tak desperacki, że skłonił Królową Matkę przepełnioną szczerym współczuciem dla osób, które muszą wszak odejść stąd boleśnie rozczarowane, do popełnienia tego ogłoszenia:


Drogi Ktosiu, który usiłujesz znaleźć to, co Cię interesuje, posiłkując się hasłem: "TKDOT.COM - Live Sex Cams: XXX Adult Sex Shows, Live Porn Chat" - zakonotuj sobie, proszę, TO NIE JEST TEN BLOG!


Teraz przynajmniej Królowa Matka wie, do jakiego wpisu kolega Gugiel Cię przekieruje, zaoszczędzając Ci trudów przedzierania się przez tę inną, mniej interesującą resztę :).

sobota, 13 kwietnia 2013

Potomek Młodszy nie pozostawia Potomka Starszego w tyle

Pod względem wymowności.

I pod paroma innymi też, ale to tak na marginesie.

Wieczór. Potomek Młodszy skacze po meblach (skok z krzesła na kanapę, zwis z oparcia kanapy i wykonanie fikołka, stanięcie nogami na oparciu kanapy i wykonanie rzutu płaskiego na dywan, skok z dywanu a la atakujący ninja z powrotem na kanapę, itede, itepe), co jest jego ukochaną rozrywką (w przeciwieństwie do Królowej Matki, która odnosi się do niej - powiedzmy eufemistycznie... tak, bardzo eufemistycznie... niezwykle, niewymownie, tak, to dobre słowo, niewymownie eufemistycznie - niechętnie).

Królowa Matka (beznadziejnie, bo wie, że to czynność mocno przypominająca rzucanie grochem o ścianę) - Synek, błagam cię, przestań. Zostaw te meble w spokoju, bo zwariuję...
Potomek Młodszy - Mamo, ja się usiłuję skupiać, ale mózg mi każe szaleć, a mózg ma zawsze rację.

Potomek Młodszy (który ostatnio zaliczył wizytę u - "to-był-najlepszy-dzień-w-moim-życiu-mamusiu!" - dentysty, badając palcem uzębienie) - Mamusiu, a czy w tych kolczastych zębach też się czasem robią dziury?

Potomek Młodszy (seria pytań-wystrzeliwanych-jak-z-cekaemu-mode - on) - Mamo, a czemu śnieg jest miękki? A dlaczego, skoro śnieg jest zimny, to w igloo jest ciepło? Czy ze śniegu można wyrzeźbić kształt spodni?
Królowa Matka (po odpowiedzeniu na poprzednie pytania, żeby nie było) - Można, jeśli jest dostatecznie wilgotny.
Potomek Młodszy - A pieluchy?
Królowa Matka (z wewnętrznym jękiem) - Też można...
Potomek Młodszy - Aha. A bodów?

Aaaaa!

Proszę, niech ktoś czasem wyłączy to dziecko!!!

piątek, 12 kwietnia 2013

Potomek Starszy pracuje w pocie czoła

Królowa Matka wczoraj rano została Słomianą Wdowa i Słomianą Samotną Matką Czwóreczki i przy okazji porzucenia przez Głowę Domu (dokąd udała się Głowa Domu, Wierny Czytelniku? No, dokąd? Tak! Brawo! Na mistrzostwa kendo!!!) zmuszona została także oddać się idei homeschoolingu i dopilnować, by Potomek Starszy nie wagarował i przerobił cały materiał, który jego mniej szczęśliwi i nie mający przedłużonego weekendu koledzy przerabiają, tyrając niby górnik na przodku, w szkole.

Królowa Matka - Synu, w poleceniu stoi jak byk, żeby napisać to ćwiczenie w zeszycie na wzór ćwiczeń z podręcznika... gdzie masz zeszyt?
Potomek Starszy - W tornistrze...
Królowa Matka - No to idź i przynieś.
Potomek Starszy (dramatycznie) - Do czego ty zmuszasz moje biedne, stare nogi!!!

Potomek Starszy (rozwiązuje krzyżówkę) - Ułamała dla brata kawałek piernika z domku Baby Jagi... Łatwizna... "małgosia"...
Królowa Matka (beznadziejnie) - I jak piszesz "Małgosia"? Jak? Co ci biedaczka zrobiła, że ją tak traktujesz?
Potomek Starszy (pracowicie gumkuje i poprawia imię nieszczęsnej baśniowej heroiny) - Jest dziewczyną. Wszystkie dziewczyny są do niczego. Oprócz tych należących do mojej najbliższej rodziny.

 Potomek Starszy - Czuję się, jakbym był stary! Jakbym miał ze trzydzieści lat...
Królowa Matka (urażona do głębi) - Trzydzieści lat! Stary! No, wiesz!!! Co to za starość jest?
Potomek Starszy (ugodowo) - No, to siedemdziesiąt. Czy siedemdziesięciolatek jest stary?
Królowa Matka - Jeśli ma sprawny, świeży, bystry umysł to nie...
Potomek Starszy - No to sto dwadzieścia. A zresztą ile bym nie miał wyraźnie czuję, że starość to nie jest radość!

Królowa Matka (z rozpaczą) - Dziecię, jak ty napisałeś "Kopernik",  jak się pisze nazwiska, a?
Potomek Starszy (wyjaśniająco) - No, dużą literą...
Królowa Matka - A ta litera to jaka jest? Całe szczęście, że facet nie miał na imię no, na przykład "Franciszek", wtedy nawet imię miałby napisane z małej litery, nieszczęsny! Wstydź się, ty, ty... ty toruńczyku, ty!
Potomek Starszy (z oburzeniem) - Ja nie jestem żadnym toruńczykiem!!!
Królowa Matka (z jeszcze większym oburzeniem) - No jak to nie, oczywiście, że jesteś!!! Urodziłeś się w Toruniu, jeśli nie jesteś toruńczykiem to niby kim?!!!
Potomek Starszy (dobitnie) - Patyczakiem!

Trudno zaprzeczyć...

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Nareszcie

Ostatnie tygodnie spędziła Królowa Matka w stanie umysłowej hibernacji (z jednym krótkim przebudzeniem) i na emigracji wewnętrznej, odmawiając przyjęcia do wiadomości tego, co za oknem oraz w telewizyjnych prognozach pogody, które buntowniczo ignorowała. Siedziała w jednym miejscu (tyle, ile się da w jej, nie sprzyjającej emigracjom wewnętrznym, sytuacji), jadła głównie ciastka cynamonowe, od których się uzależniła (co za szczęście, że nie tyje!) i szydełkowała posępnie przeróżne rzeczy, jak na przykład spódnicę z bambusa


(z bambusa!!! z chłodzącego materiału, Czytelniku!!!), chociaż głos w głębi duszy szeptał jej, ze lata nigdy już nie będzie, a to czyni produkcję czegoś z materiałów chłodzących splatanych misternie w dziury czynnością głęboko irracjonalną, 

kwiatki,


które miały zawisnąć w miejscu, gdzie zimą wiszą gwiazdki, a jesienią - dynie, wiosna zaś i lato nie miały do tej pory swojego wieszadełka, niedopuszczalna rzecz, nieprawdaż,

mandalki, w tym także takie, w które wrabiała otrzymane w darze frywolitki


tworząc w ten sposób nowy gatunek, zwany mandalitką (albo frywdalką, jak kto woli),

ptaszęta przynoszące szczęście


na specjalne życzenie Pana Małżonka,

oraz ptaszęta zwane pieszczotliwie Rainbow Birds


do zawieszenia na oknie, i, tak, Czytelniku, one już wiszą, wszystko to wisi, Królowa Matka  z wzrokiem szaleńca i zmierzwionym włosem nad rozpalonym czołem już, już zabierała się do taśmowej produkcji Potworków, którymi planowała obwiesić z kolei pokój Potomków, Dom w Dziczy zaczął przypominać jakąś podupadającą galerię sztuki rękodzielniczej, obwieszoną zdecydowanie nazbyt gęsto eksponatami, których nikt nie chce kupować, a Pan Małżonek zaczął zadawać pełne troski, acz nieco niespokojne pytania, czy z Królową Matką wszystko jest w porządku, gdy na szczęście i ku uldze wszystkich wczoraj w godzinach wczesnopopołudniowych wyszła ona do ogródka.

Wróciła do domu błyskawicznie, po aparat, bowiem w piasku, pod gałązkami sosny ujrzała to:


Oto, Miły Czytelniku, jest przyszly tulipan


oraz przyszłe nie-wiadomo-co, bowiem Królowa Matka, tak się złożyło, skutkiem nieco nazbyt przedłużającej się zimy zapomniała, gdzie co posadziła.

I gdy tak stała nad przyszłym nie-wiadomo-czym i roztkliwiała się myślą, że otóż jednak, otóż chyba wreszcie, tak jakby na pewno... chyba... - nagle usłyszała gdzieś wysoko okrzyk, podniosła głowę, a potem, jednym szarpnięciem także aparat i, nie celując właściwie, nic nie ustawiając, nie pochylając się z troską nad doświetlaniem i ustawianiem koloru po prostu nacisnęła to, co się tam w aparacie naciska, by zrobić zdjęcie...


i prawie się popłakała ze wzruszenia.

Jest. Jest. Można się odhibernować. Można wrócić z emigracji wewnętrznej. Poczytać. Popisać recenzje. Zdjąć jedną warstwę odzieży i teraz ubierać się tylko na potrójną cebulkę. Pooglądać rosnące tulipany i nie-wiadomo-co.

Bo wczoraj, o mniej więcej godzinie 14, Wiosna Królowej Matki oficjalnie nadeszła.

PS. Ale Potworki Królowa Matka zrobi i tak :D!

sobota, 6 kwietnia 2013

Pamiętliwie, czyli co łaczy Potomka Młodszego ze słoniem

Potomek Młodszy (ni z gruszki, ni z pietruszki, przerywając sobie celebrowanie spożywania dziennego przydziału chrupków, złowrogo) - A ty, Mikołaj, nie myśl, że ja nie pamiętam, co ty mi zrobiłeś na wakacjach!!!
Potomek Starszy (z osłupieniem) - A co ja ci zrobiłem?
Królowa Matka (z niezdrową ciekawością) - Właśnie, właśnie, co on ci takiego zrobił?
Potomek Młodszy (dobitnie) - On mi zjadł ŁYŻKĘ JOGURTU!!!

Krótko mówiąc - o ty, co skrzywdziłeś człowieka biednego!!!...

nie bądź bezpieczny! Potomek Młodszy pamięta...


czwartek, 4 kwietnia 2013

Witaj, Wiosno :)

Potomek Starszy - Mama, ty się nie starasz być piękna, prawda? Ty tak po prostu, sama z siebie, jesteś. Jak koty.


No, ba :D.

Jednym słowem.

Źródło


Witaj, Wiosno

i kwitnij :).