czwartek, 31 stycznia 2013

Post dziękczynny

Królowa Matka nie miała specjalnej chęci, by w konkursie na Bloga Roku startować.

Rok temu popatrzyła, pomyślała, wysnuła wnioski, a jednym z tych wniosków było, że może jednak niekoniecznie "do trzech razy sztuka", jak sobie, startując po raz pierwszy, pomyślała (i nie, nie miała na myśli, że za trzecim razem wygra, tylko, że zamierza trzy razy spróbować :)).

Zasady, jakimi kieruje się konkurs bowiem nie są to zasady kompatybilne z charakterem, usposobieniem i ogólną sytuacją osobisto-towarzyską Królowej Matki.

Dla przykładu, Królowa Matka ma na Facebooku sześćdziesięciu ośmiu Znajomych, z własnej i nieprzymuszonej woli, bo przyjmuje tylko osoby bliskie, i w dodatku jakieś 80% tych osób zna w tzw. realu.

Obserwatorów na blogu (gdy zaczynał się konkurs) miała dziewięćdziesięciu siedmiu, z czego część pokrywa się ze Znajomymi z Facebooka.

Znajomych w życiu prywatnym... eee, zaraz, przecież ona NIE MA życia prywatnego, widuje się z własną Matką, Siostrą, jeśli przypadkiem jest w kraju oraz Koleżankami i Przyjaciółkami od baaardzo, baaardzo przypadkowego czasu do czasu, ostatni raz miesiąc temu, wszystkie wymienione wyżej osoby są albo w facebookowych Znajomych, albo wśród obserwatorów bloga, albo w obu tych miejscach, a część z nich jest za granicą i niczego na konkurs Onetu przysłać nie może.

Żebrać może i umie, ale nie lubi :). Zdecydowanie nie.

Słowem, przy pełnej mobilizacji może liczyć na jakieś sto głosów.

Może na trochę więcej, przy pełnej mobilizacji Znajomych Znajomych (która nastąpiła, Bello, pozostanę Ci na zawsze wdzięczna :)).

A przecież mimo tych ograniczeń Królowa Matka obudziła się pewnego pięknego dnia i ujrzała swój blog na pozycji szóstej. Przez dłuższą chwilę nie bardzo wierzyła w to, co widzi. Jak już uwierzyła popędziła na wspomniany FB dziękować, bo wiedziała, że oto zaczęła się nieubłagana jazda bloga w dół, co też istotnie nastąpiło.

Wcale Królowa Matka nie udaje, że jak się zaczyna na szóstym miejscu, a kończy na dwudziestym pierwszym, to ta jazda w dół nie boli i nie jest przykra, bo jest, nawet jeśli się człowiek niczego nie spodziewał i wiedział od samego początku, że zasady wyłaniania finałowej dziesiątki tak wincy szans mu nie dają.

Ale bardziej niż jest przykro cieszy każdy głos od Czytelnika, Jawnego czy też Tajnego, Subtelnie Zaszantażowanego czy Skłonionego Subtelną Perswazją, takiego, który trafił tu przez przypadek i mu się spodobało (i może zostanie?), i takiego, który twierdzi, że dzień bez nowego wpisu jest dniem straconym :). Od każdego.

Bowiem konkursy się kończą, a Czytelnicy zostają.

Dziękuję, dziękuję, że Wam się chciało.


Tylko tyle mogę, ale wiedzcie, że jesteście warci  Wszystkich Bukietów Świata :).


środa, 30 stycznia 2013

O naczelnych :)


Pompon Starszy, któremu zabroniono wchodzić do mniejszego pokoju w mieszkaniu Matki Królowej Matki po ogłoszeniu wszem i wobec nader gromko (bunt dwulatka bowiem kwitnie mimo niesprzyjającej pory roku bujnym kwieciem), co o tym myśli udał się do kuchni, cała dwuletnią osobą prezentując, że wcale nie przestał źle myśleć o całej Rodzinie, po czym pojawił się ponownie, sapiąc gromko acz z ukontentowaniem, i niosąc przed sobą ze sporym wysiłkiem taboret niewiele mniejszy od niego (Królowa Matka obserwowała wszystko siedząc na kanapie, ciekawa, co z tego wyniknie). Przystawił taboret do drzwi małego pokoju, wdrapał się na niego, wydając pełne entuzjazmu pomruki (Królowa Matka wstała, dochodząc do wniosku, że sytuacja zaczyna dojrzewać do interwencji), stanął i nacisnął klamkę...

Brawo, Synu, osiągnąłeś etap rozwoju trzyletniego szympansa!

Teraz tylko czekać, aż osiągnie go również Braciszek, a Królowa Matka do końca osiwieje.


PS. Gdyby jeszcze się komuś chciało, to Królowa Matka przypomina, że do jutra, do południa, można głosować na jej bloga w konkursie Blog Roku wysyłając SMS o treści A00653 na numer 7122 :).


sobota, 26 stycznia 2013

Królowa Matka recenzuje Przebój :)

- Dlaczego sobie to robisz? - zapytywał z bolesnym zdziwieniem Pan Małżonek, widząc Królową Matkę co wieczór pochyloną nad ekranem i pochłaniająca dużą ilość słowa pisanego z wypiekami na twarzy. - Po co ci to w ogóle?
Och, Królowa Matka nie ma pojęcia, która to regularnie udzielana odpowiedź nijak Pana Małżonka nie zadawalała. Może chce zrozumieć, o co tyle krzyku. Może chce pojąć, co mają na myśli wszystkie te znane jej osoby, które - w zależności od temperamentu i charakteru - albo z wyrazem szczęśliwego masochizmu, albo nieopanowanej odrazy na twarzy mówią zawsze coś w rodzaju: "Ranyjulek, jakie to monstrualne... badziewie!!!". A może polubiła pisanie zjadliwych recenzji i kobieca intuicja jej podpowiedziała, że będzie mogła wyżyć się w tym względzie. A że Szajs już recenzowała, nadeszła pora na spróbowanie czegoś nowego.

Nie wiadomo.

Dość, że postanowiła przeczytać "50 twarzy Grey'a".



Zaopatrzywszy się w dwa e-booki, po angielsku i po polsku (ten ostatni udostępniony przez Koleżankę z okrzykiem "Czytaj, żebym ja nie musiała!") Królowa Matka spędzała wieczory porównując oryginał z tłumaczeniem, albo tłumaczenie z oryginałem, wydając z siebie zjadliwe chichoty, wznosząc udręczony wzrok do nieba (męski i mhrrroczny bohater dzieła tłukłby Królową Matkę praktycznie bez przerwy, aż by z sil opadł), poczyniając notatki i ogólnie bawiąc się doskonale, co pozwala domniemywać, że najbardziej jednak rajcuje ja popełnienie recenzji, innego bowiem powodu bawienia się doskonale podczas lektury tego konkretnego dzieła nie ma i - subiektywnym zdaniem Królowej Matki - być nie może.

Opisywanie wrażeń po lekturze przeboju ma tę dobrą stronę, że przeboju nie trzeba streszczać, bo i tak go wszyscy doskonale znają, ale Królowa Matka jednak coś tam skrobnie, dla formalności.

Otóż jest sobie Ona, jest On, i uprawiają seks. I to by było wszystko, jeśli chodzi o tak zwaną treść.

Ona jest szarą myszką, obijającą się o meble niby piłeczka pingpongowa, przewracającą w drzwiach i potykającą o własne nogi, z tych, co to "ach-gdzież-mnie-do-mej-boskiej-przyjaciółki-pomyślała-patrząc-niechętnie-na-zbyt-wielkie-niebieskie-oczy-i-burzę-włosów-nie-dających-się-ujarzmić", nieprawdaż, oraz niedoświadczoną seksualnie, jakby chowano ją w klasztorze od dziesiątego roku życia, taką, co się nie całowała ("no, raz, może dwa"), nie migdaliła, nie miała erotycznych snów i nie wie, jak samej sobie sprawić przyjemność (i nie, Czytelniku, nie chodzi o tę przyjemność, którą każdemu sprawia zjedzenie dużego kawałka tortu), a ponadto jest młodą i niezależną kobietą, co wiemy wskutek tego, że Pani Autorka tak napisała, i to nawet kilka razy.

On jest boski, boski i mhrrroczny, oraz boski, ma potargane, och, jakie seksowne włosy z seksownym, rudawym połyskiem, i seksowny głos, seksowne ciało, seksowne szare oczy, odziewa się w seksowne i bardzo drogie ubrania w seksownych, szarych odcieniach (opisywane z dużą dokładnością, przy trzydziestym opisie opinających seksowne biodra dżinsów już jednak nieco nużącą), i czy Królowa Matka już wspomniała, że jest boski? Poza tym jest milionerem, a nawet multimilionerem, właścicielem prężnie działających firm i innych holdingów, śmigłowców, odrzutowców, wieżowców, dużej ilości szkła i metaloplastyki, kolekcji obrazów, salonu z widokiem, windy (a nawet kilku wind), Audi R8 Spyder oraz Suva, jeszcze jednego Audi i na pewno jeszcze czegoś, o czym Królowa Matka zapomniała...

 potrafi fenomenalnie tańczyć, świetnie grać na fortepianie, płynnie mówi po francusku oraz po staro-cerkiewno-słowiańsku, jest wielbicielem muzyki późnego baroku wykonywanej na instrumentach z epoki, czytuje "Eneidę" dla przyjemności i w oryginale oraz ma pasy we wszystkich kolorach tęczy w karate i ju-jitsu, o czym szczegółowo informuje nas Autorka na co drugiej stronie (a jeśli pominęła kilka drobiazgów z wymienionej wyżej listy to wyłącznie przez niedopatrzenie).

Aha, poza tym lubi ostry i mhrrroczny seks, i posiada we włościach ukryty Czerwony Pokój Bólu zaopatrzony w łoże, będące "olbrzymim, ozdobnie rzeźbionym meblem w stylu rokoko, z czterema
kolumienkami" oraz "całą otoczkę rodem z elżbietańskiego buduaru" które, jak to elżbietańskie rokoko,"wygląda (...) na koniec dziewiętnastego wieku", a przy tym "całe to drewno, ciemne ściany, nastrojowe oświetlenie i ciemnobrunatna skóra czyniły to pomieszczenie delikatnym i romantycznym...", co jest typowe dla pomieszczeń obwieszonych kajdankami, pejczami i konstrukcjami do podwieszania ludzi.

Nie trzeba dodawać, że boski Christian leci na naszą niezależną szarą myszkę od chwili, gdy ta wpada mu prosto twarzą na dywan do gabinetu, pojawiwszy się w zastępstwie chorej koleżanki, by przeprowadzić z nim wywiad (bo to, że w wypadku choroby prosi się o zastępstwo nie innego dziennikarza ale kumpelę z akademika jest rzeczą dla wszystkich oczywistą i zrozumiałą). Ona również leci na niego, chociaż nie ma pojęcia, co to jest seks do tego stopnia, że nie miewa nawet snów erotycznych. Lecenie objawia się zamienianiem się w zahipnotyzowanego króliczka nie mogącego oderwać przerażonych oczu od pochylającego się nad nim drapieżnika na widok wskazującego palca (długiego i szczupłego, o czym Autorka przypomina z naciskiem w co drugim akapicie), którym to boski Christian wykonuje przeróżne porywające czynności, jak na przykład kładzie go na swej dolnej wardze albo naciska nim guzik w windzie. W drugim rozdziale palec wskazujący schodzi na plan dalszy, a na czoło listy Najbardziej Seksownych Rzeczy Ever wybija się przygryzanie wargi, które to przygryzanie skutkuje groźbami przelecenia naszej bohaterki brutalnie i natychmiast, nie bacząc na czas i miejsce, oraz które występuje z taką częstotliwością, że można zacząć podejrzewać nieszczęsne dziewczę o zaawansowany przodozgryz.

Poza przodozgryzem, plączącymi się kończynami i patologiczną czystością seksualną naszą Heroinę charakteryzuje łatwość rumienienia się pozwalająca przypuszczać, że cierpi ona na jakąś tajemnicza chorobę (poza objawiającą się nieustannym praktycznie łomotaniem serca tachykardią komorową, którą Królowa Matka rozpoznaje bez pudła, a jest wszak prawie fachowcem w tym względzie). Królowa Matka zaczęła z nudów liczyć, i okazało się, że przy okazji robienia przez Bóstwo zakupów w sklepie, w którym Heroina pracuje dorywczo, oblała się ona rumieńcem siedem razy (podczas kupowania taśmy malarskiej! strach pomyśleć, co by było gdyby dziewczyna pracowała w pasmanterii...). W kolejnym rozdziale - jedenaście. Naprawdę, łatwiej byłoby napisać, kiedy pozostawała interesująco blada, ujęłoby to powieści z pięćdziesiąt stron, pomyśl, Czytelniku, jaka to ochrona lasów! 

Główny Bohater w ramach uwodzenia daje popis swej znajomości natury ludzkiej w przepojonych głębią rozmowach w stylu:

"I wiem, że pragniesz mnie teraz, Anastasio.

Skąd to wie?

– Wiem, ponieważ...

O kuźwa, odpowiada na pytanie, które zadałam w myślach.

Na domiar wszystkiego jest jasnowidzem?

(ależ tak, Anastasio, zorientować się, że kobieta, która zamiast jeść z tobą kolację oblewa się rumieńcem, dyszy, wpatruje się w twoje usta nieledwie z wywalonym jęzorem, nie jest w stanie sklecić trzech zdań, a z rąk leci jej wszystko, czego się dotknie myśli o czymś zupełnie innym niż jedzenie może wyłącznie jasnowidz, a wykoncypować, o czym - jasnowidz z dyplomem Niewidzialnego Instytutu Nostradamusa, przyp.Królowej Matki)

– ...zdradza cię twoje ciało. Zaciskasz uda, jesteś i zarumieniona i masz przyspieszony oddech." 

a Główna Bohaterka nie daje popisów znajomości absolutnie niczego, bo przez całe sześćset stron powieści zajęta jest wyłącznie pożądaniem Christiana Grey'a lub zaspakajaniem tego pożądania.

Na początku będącej, bądź co bądź, opasłym tomiszczem powieści Heroina wie o Mhrrrrocznym i Boskim Christianie tyle samo, co na końcu, czyli nic. On - jako osobnik będący kandydatem na Stalkera Roku - namierza jej telefon, śledzi (lub każe śledzić podwładnym), nachodzi w domu, ustaliwszy przedtem adres niezupełnie legalnymi metodami, oraz najeżdża w czasie urlopu, słowem, można uznać, że dla odmiany wie o Heroinie wszystko. Lecz tak naprawdę też nie wie nic i nic go nie interesuje. Nie rozmawiają ze sobą o niczym istotnym (a tak naprawdę, bądźmy szczerzy do bólu, w ogóle o niczym, poza, oczywiście, przepełniającym ich po dziurki w nosie pożądaniem), jeśli ona ośmiela się zadać pytanie, zaledwie muskające powierzchnię tłoczących się (jak nam Pani Autorka sugeruje z uporem godnym lepszej sprawy) w bezdennych głębinach jestestwa Pięknego Christiana sekretów, on marszczy gniewnie brew, potem mówi: "Zjedz coś, Anastasio, musisz jeść", jeszcze potem: "Nie przygryzaj wargi, Anastasio", po czym przystępują do uprawiania seksu. Ich związek nie ewoluuje, nie zmienia się, nie rozwija i nie więdnie, trudno zresztą, by zwiędło coś, co nie istnieje, a ich związek nie istnieje, i - nie tylko on.

W zasadzie brak też innych bohaterów, Anastasia niby ma rodzinę i przyjaciółkę, z którą dzieliła mieszkanie w trakcie studiów, Christian też niby ma rodzinę i podwładnych, ale wszyscy oni stanowią blade i mało interesujące tło, które - gdyby je usunięto - skróciłoby powieść o kolejne trzydzieści stron, nie więcej, za to w żaden sposób nie wpłynęłoby na to co (i czy w ogóle) myślimy o bohaterach dzieła .

Niestety, poza Nim i Nią (i papierową, bladą rodziną w tle) występuje jeszcze coś, co się nazywa Wewnętrzną Boginią. Wewnętrzna Bogini objawia się ni z gruszki ni z pietruszki w trzecim bodaj rozdziale. Naprawdę, Królowa Matka jest otwarta na eksperymenty literackie i taki twór jak Wewnętrzna Bogini nie oszołomiłby jej zanadto, gdyby jego pojawienie się zostało jakoś zasugerowane, zapowiedziane albo gdyby charakter Heroiny pozwalał przypuszczać, że może ona coś takiego jak Wewnętrzna Bogini posiadać. A tu nic z tych rzeczy, Anastasia sprzedaje sobie taśmę malarską i śrubki w sklepie, niezależnie i samodzielnie potyka o meble, wpatrując się we wskazujący palec Bohatera, a tu nagle - pyk!- i znikąd pojawia się Wewnętrzna Bogini, która w dodatku zachowuje się przedziwnie, na przykład tańczy właśnie merengue z dodatkowymi krokami salsy albo zatacza się i mdleje. OK, ogłuszona pojawieniem się Bogini Królowa Matka pomyślała mgliście, że jest to pewnie taki dowcipny zabieg literacki mający rozbawić czytelnika, uśmiechnęła się nawet i uznałaby, że jest to zabieg udany, gdyby Bogini nie zaczęła się panoszyć. Co Królowa Matka przewinęła stronę, pojawiała się Wewnętrzna Bogini, siedząca w pozycji kwiatu lotosu i uśmiechająca się przebiegle, mocno z siebie zadowolona. Albo podskakująca i klaszcząca w dłonie jak pięciolatka, z pojawiającym się na jej twarzy pogodnym uśmiechem gdy przestaje skakać. Lub też tak promieniejąca, że zdołałaby oświetlić całe Portland. Podskakuje, wymachując pomponami, i krzyczy: „Tak!”. Robi przewroty w tył godne rosyjskiej gimnastyczki olimpijskiej (z czego można wnosić, że jest znacznie bardziej wygimnastykowana niż wiecznie się potykająca Zewnętrzna Heroina). Czasem leży na dywanie jedząc winogrona i strzelając palcami w niecierpliwym wyczekiwaniu niedzieli. Wiruje jak światowej klasy balerina, wykonując jeden piruet za drugim lub też taniec siedmiu welonów. A zdarza się też, że piorunuje Anastasię wzrokiem. Wszystko to luźno lub wręcz wcale nie związane z akcją powieści.

Co gorsza, Wewnętrzna Bogini wchodzi często w konflikt z Podświadomością Bohaterki, która to Podświadomość na przykład marudzi, zaciskając usta w cienką linię. Albo w czasie gdy Wewnętrzna Bogini wykonuje swoje piruety Podświadomość jest wściekła, a w swym gniewie wygląda jak Meduza. Zdarza się też, że się denerwuje i niespokojnie obgryza paznokcie albo robi minę z "Krzyku" Muncha. Lub też wychyla się zza kanapy z wyrazem szoku na twarzy harpii tylko po to, by chwilę później znów siedzieć za kanapą, kryjąc twarz w dłoniach.

A gdy już, już doszły do porozumienia i w tym samym czasie zamiast mierzyć się wrogim wzrokiem Podświadomość Heroiny gorączkowo się wachluje, a Wewnętrzna Bogini wygina się w jakimś pierwotnym, zmysłowym rytmie (oczywiście tak, trafnie zgadujesz, Czytelniku, czcząc w ten sposób kolejny fantastyczny seks w życiu niedoświadczonej Anastasii) nagle... pojawia się ta trzecia!!!

Anastasia oto zamyka oczy i próbuje się uspokoić, by nawiązać połączenie ze swoją Wewnętrzną Uległą, która jest tam gdzieś, chowając się za Wewnętrzną Boginią.

Aaaaa!!!

Zaczyna to wyglądać na roztrojenie jaźni, od dialogów Bogini z Podświadomością robi się gęsto, za chwilę dojdzie do nich jeszcze Wewnętrzna Uległa, na szczęście w tym momencie powieść dobiega końca, i bardzo dobrze, bo jeszcze z dziesięć stron i ani Anastasia, ani Christian nie byliby w stanie wcisnąć ni słowa w dialogi licznych wewnętrznych bytów głównej Heroiny.

Teraz, Czytelniku, Królowa Matka poczyni wyznanie osobiste.

Dawno temu, tak mniej więcej w środku studiów, miała Królowa Matka egzamin z filozofii. Dodajmy, że egzamin u profesora nie dość, że wymagającego, to jeszcze lubianego przez Królową Matkę tak, że nie chciała się przed nim zbłaźnić. Wymagający profesor podał swoim studentom dłuuugą listę lektur obowiązujących na egzaminie i nie chcąca się zbłaźnić Królowa Matka pracowicie pochłaniała wszystkich tych Kantów, Kierkegaardów i Schopenhauerów.

A żeby mózg jej się nie zagotował i nie wypłynął uszami, w wolnych od kucia chwilach czytała "Harlequiny", bo nie była w stanie wymyślić nic innego, przy czym do tego stopnia nie trzeba było myśleć.

Przeczytała ich tuziny.

By potem, gdy zdała egzamin, porzucić ich lekturę na rzecz książek mądrzejszych, zabawniejszych, wzruszających i takich, które znacznie bardziej odpowiadały jej temperamentowi i wyrobieniu czytelniczemu.

Po czym nie bez zdziwienia odkryła, że właśnie po latach zupełnie niechcący po raz kolejny przeczytała "Harlequina".

Bo tym i tylko tym jest "50 twarzy Grey'a". Nie fanfikiem "Zmierzchu" (gdyż nawet "Zmierzch" miał nieporównanie lepiej opisane tło i tzw. drugi plan), nie erotyczną rewolucją dla Amerykanek (a jeśli tak, Królowa Matka szczerze współczuje Amerykankom), ale harlequinem. Rozwlekłym, trzytomowym harlequinem, z zarysowanym według najlepszych harlequinowych zasad konfliktem (ona - szara myszka, którą jednocześnie coś odpycha i ciągnie, on - obrzydliwie bogaty i oszałamiająco przystojny, lecący na myszkę z niezrozumiałych dla nikogo powodów oraz kryjący w sobie tajemnicze urazy z dzieciństwa/ wczesnej młodości/ na skutek porzucenia przez ukochaną kobietę) , z identycznym rysunkiem psychologicznym postaci (czyli żadnym, mimo haczyka w postaci zasugerowania Traumy Z Dzieciństwa Boskiego Christiana, który to haczyk ma za zadanie subtelne doholowanie czytelnika do części drugiej Dzieła), z identycznie zarysowanym tłem (czyli żadnym), i nade wszystko - z identycznym sposobem opisywania scen erotycznych.

Jest tu cały obowiązujący zestaw - męskość napierająca na dżinsy, którą ona czuje przez ubranie, piersi idealnie pasujące do rąk, obowiązkowe jęki, rozgniatanie ust w łapczywym pocałunku, wchodzenie jednym, głębokim pchnięciem, dwadzieścia orgazmów na minutę (u dziewicy!!!) oraz mężczyzna zdolny do kilku aktów miłosnych następujących po sobie bez żadnej przerwy, rozpadanie się na milion kawałków z rozkoszy i "ogarnianie go sobą". Wszystko jest, cała klasyka gatunku.

Problem polega na tym, że przeciętny Harlequin miał 160 stron. A "50 twarzy Grey'a" ma ich 608.

Liczący 608 stron "Harlequin" jest, cóż, nudny. Nawet pisany wyśmienitym językiem, jakim Harlequiny nigdy pisane nie są, tego nie wyłączając ("głos ma nabrzmiały szczerością", "mam serce w gardle, gdy gładzi mój tyłek", "Jego oczy są zbolałe", "hormony sieją spustoszenie w moim organizmie", oraz główna Heroina, wybijająca się studentka literatury, mówiąca w chwilach zakłopotania "o, rety" - Królowa Matka czekała jeszcze na "olaboga" - zaś w chwilach uniesień, uwaga, "O święty Barnabo" - i nie, Królowej Matce nie chciało się wynotowywać, które z licznych klap językowych były wynikiem  inwencji własnej Autorki, a które pracy tłumaczki, owszem, godnej najwyższego współczucia, bo musiała brnąć przez też powiedzmy, że prozę i jeszcze usiłować sklecić z niej coś nadającego się do czytania, ale umówmy się, że na Oscara Tłumaczy wynik jej pracy nie zasługuje) pięciusetstronicowy opis aktów seksualnych jest nudny dla każdego poza płonącą chęcią poznania owocu zakazanego młodzieżą w wieku pokwitania.

Której to młodzieży Królowa Matka radzi przeczytać jednak Harlequina :).

Sama do części drugiej Dzieła nie zamierza zaglądać.

Urywa się z haczyka :).

czwartek, 24 stycznia 2013

Okolicznościowy post żebrzący :)

Ku zaskoczeniu Królowej Matki, która z racji nurzających się w feriowym nieróbstwie Potomków i cieszącego się zasłużonym urlopem Pana Małżonka nie orientuje się, jaki mam dzień tygodnia (o dniu miesiąca nie wspominając), nadeszła oto chwila, gdy losy bloga Królowej Matki (i wszystkich innych zgłoszonych do konkursu na Bloga Roku blogów) spoczęły w rękach Czytelników, Przyjaciół, Krewnych i Znajomych, (i Nieznajomych skłonnych za pomocą prośby, groźby względnie subtelnej sugestii do wystosowania SMS-a też).

Królowa Matka, która sobie przez ostatni tydzień sporo o blogu roku poczytała, dowiedziała się między innymi, że blogi osób chorych, a także, proszę ja kogo, rodziców piszących o dzieciach powinny (zdaniem niektórych blogerów) posiadać własną kategorię (z podkategorią dla rodziców dzieci chorych ani chybi), bowiem grają na emocjach i w ten sposób wyciskają SMS-y z wrażliwych i podatnych na wzruszenie telefonów czytających.

Królowa Matka doznała najpierw spektakularnego załamania na myśl o tym, że nie wpadło jej do głowy  wyeksponowanie na blogu własnej choroby i uczynienie z niej znaku rozpoznawczego oraz pułapki na SMS-y, po czym pocieszyła się, uświadamiając sobie, że nie przekreśla to jej szans na poruszenie czułych stron w sercach Czytelników w związku z posiadaniem przez nią Potomstwa, sztuk cztery, i natychmiast poczyniła kroki, by Potomstwo to bezwzględnie i nie po macierzyńsku (ale cel uświęca środki!) wykorzystać i podstępnie oraz brutalnie zagrać na emocjach.

No to lu, zaczynamy łagodnie trącać emocjonalne struny w sercach wszystkich Czytających, a już zwłaszcza tych, co są w posiadaniu telefonów komórkowych i skłonni są zainwestować 1,23 PLN brutto (z VAT), aby w ramach konkursu wysłać SMS z numerów należących do operatorów telefonicznych działających na terenie Polski: (T-mobile, Plus, Orange i Play, a przynajmniej tak twierdzi Punkt G 1.5 Regulaminu):


Temperament kolejnego Modela sprawia, że do grania na czułej strunie wkrada się fałszywy ton powodując lekki zgrzyt w ogólnej atmosferze wyciskania łez wzruszenia i chwytania za komórki celem wystukania unikalnego numeru bloga Królowej Matki...


... więc Królowa Matka w panice chwyta się niby tonący brzytwy ostatniej szansy na zrobienie przez mózgi Czytających zbiorowego "oooochh!!!" i pomyślenia, że przecież musimy zagłosować na blog Mamusi mającej takie urocze Potomki (i chorej! chorej w dodatku! - że Królowa Matka nienachalnie przypomni)...


... po czym, po wykorzystaniu wszystkich swoich atutów, Królowej Matce pozostaje tylko przypomnieć, że jej własne słowa sprzed roku (poczynając od tych bezpośrednio pod obrazkiem, aż do "podoba" :)) pozostają w mocy.

Od teraz aż do południa 31 stycznia losy bloga Królowej Matki zależą, Czytelniku, tylko od Ciebie :).



( Wzruszeni i emocjonalnie zaszantażowani Czytelnicy proszeni są o wysłanie SMS treści A00653 na numer 7122. Proszę pamiętać aby nie wstawiać w SMS spacji, nie trzeba też nic więcej pisać. "0" - to zero, nie litera "o".
Dochód z SMS'ów zostanie przekazany integracyjno - rehabilitacyjne obozy dla dzieci z ubogich rodzin i dzieci niepełnosprawnych. )

środa, 23 stycznia 2013

Dowód :)

Króciutko.

I z podstępnie niewinnym początkiem, który ma skłonić wszystkich Czytających do zastanawiania się: "A tej o co znowu chodzi???"...


Wpis po to tylko, by przekonać ewentualnych Wątpiących...


... że Dom w Dziczy...


NAPRAWDĘ jest w Dziczy :).


I że czasem całkiem warto jest w nim mieszkać :).

wtorek, 22 stycznia 2013

Na depresję i inne demony

Blue Monday był wczoraj, wiedzieliście? Poniedziałek ostatniego pełnego tygodnia stycznia, najbardziej depresyjny dzień roku podobnież. Królowa Matka nie wiedziała, po samopoczuciu jakoś nie poznała, etap zaprzyjaźniania kotów ze sobą i oswajania się z nową sytuacją domową jest zbyt intensywny, by sobie głowę zwracać jakimiś tam amerykańskimi badaniami, które coś tam wykazują, no, ale od czego mamy Facebooka. Facebook Królowej Matce o Blue Monday powiedział, a co gorsza, facebookowe koleżanki zaczęły dla pocieszenia i ku ukojeniu psychiki zamieszczać zdjęcia w następującym stylu:


No rzeczywiście, kojące jak cho... że ho, ho, Królowa Matka siedziała przed monitorem i śliniła się niby w ostatnim stadium wścieklizny, oraz dopiero patrząc na pocieszające fotki doznawała napadu depresyjnych myśli w stylu: "Chcęęę tooo, zaaaaraaaaz!", depresja zaś wynikała z bolesnej świadomości, że żadnej z apetycznie wyeksponowanych na zdjęciach rzeczy w jej domu nie ma, a w związku z faktem, że najbliższy sklep leży 1,5 km od wspomnianego domu, za lasem pokrytym w tej chwili wielką i grubą śniegową czapą,  nie tylko nie ma, ale również raczej nie będzie.

Na depresję pomaga jednak podobno zajęcie się czymś konstruktywnym, więc Królowa Matka postanowiła własnemi ręcyma przyrządzić czekoladowy pocieszacz, tym bardziej, że posiadała pod swym dachem czekoladę nieco już przeterminowaną, którą Pan Małżonek schował przed nienażartymi Potomkami, zapomniał o niej i odkrył onegdaj, bardzo smutny i nie mający odwagi spróbować, czy rzecz się nadaje do bezpośredniej konsumpcji.

Do robienia ciasteczek czekoladowych nadawała się ona jednak bez najmniejszych wątpliwości.

Podniesiona na duchu Królowa Matka wygrzebała w "Zakładkach" przepis, którego dotąd nie wypróbowała i zabrała się do dzieła.

Posiekała na spore kawałki połowę tej (naprawdę dużej) czekolady, którą odnalazł był w głębinach szuflad Pan Małżonek, a drugą połowę plus jedną tabliczkę gorzkiej, ukrytej przez nią specjalnie na takie okazje, w sumie ok. 300 g, roztopiła w kąpieli wodnej.

Wymieszała w misce 220 g mąki pszennej, trzy łyżki (o jedna więcej, niż wymagał przepis, ale kusił ją bardziej czekoladowy smak) dobrego kakao, płaska łyżeczkę sody i szczyptę soli. W drugiej zaś misce utarła (ręcznie, choć powinna mikserem -  tym razem nie użyła miksera z powodu śpiących Pomponów, których sen jest dobrem tak wyczekiwanym i wytęsknionym, a także deficytowym, że Królowa Matka starałaby się nawet nie oddychać, gdyby oddychanie czyniło hałas) 200 g bardzo miękkiego masła i 100 g ciemnego cukru, a gdy się dobrze połączyły, dodała ostudzoną czekoladę i dwa jajka, po dodaniu każdego mieszając maź starannie i dokładnie.

Gdy wszystko połączylo się w jednolitą, puszysta masę powinna była dodać aromat waniliowy, ale zapomniała, i od razu przystąpiła do stopniowego wsypywania mieszanki mączno-kakaowej, zaś na sam koniec dorzuciła posiekaną czekoladę (oraz drobno posiekane orzechy, ale nie jest to obowiązkowe).

Uformowane w kulki kawałki ciasta Królowa Matka kładła na blachę pokrytą papierem do pieczenia, spłaszczając wilgotną łyżeczką, po czym piekła w piekarniku z włączonym termoobiegiem, nagrzanym do 180 stopni, przez około 15 minut.

I już.

Już miała swój prezent na Najbardziej Depresyjny Dzień Roku.


(chociaż tak ścisle rzecz biorąc, dzień nie był depresyjny wcale a wcale, ale nie czepiajmy się nieistotnych szczegółów).


Doskonałe, nie za słodkie, bardzo czekoladowe, bardzo pachnące ciasteczka, świetne na każdą okazję, a wręcz zbyt dobre, by kojarzyć je z jakimiś posępnymi okolicznościami.

A poza tym może dobrze się stało, że upieczone bez aromatu waniliowego, to tak na marginesie :).

niedziela, 20 stycznia 2013

Rodzina nam się powiększa

I nie, nie w ten sposób, co sobie wszyscy od razu pomyśleli :D.

O tym, by wziąć drugiego kota Rodzina Królowej Matki myślała już od pewnego czasu, a konkretnie mniej więcej od końca października, gdzie truć na ten temat zaczął Potomek Starszy. Potomek Starszy bowiem jest mistrzem w truciu. On nie prosi, nie namawia, nie żebrze i nie negocjuje umów, on truje, nawija w dzień i w nocy, w środku rozmowy na inny temat, podczas każdej rozmowy znajdując lukę w którą może się z truciem wcisnąć, przez sen, podczas jedzenia i robienia lekcji, podróży samochodem i mycia zębów, truje maniacko i w końcu człowiek zgodziłby się na wszystko, na dinozaura w domu, na podróż na Galapagos, na przeprowadzkę na Grenlandię, na wszystko, co Potomkowi Starszemu przyszłoby do głowy, byle to męczące brzęczenie na chwilę uciszyć.

W sprawie kota jednakże nawet brzęczenie nie pomogło, zwłaszcza, że Potomek Starszy w listopadzie wykonał parę efektownych numerów w szkole oraz zaliczył pełnoobjawowy epizod buntu ośmiolatka (nieistotne, czy podobna rzecz występuje w piśmiennictwie fachowym, w Domu Królowej Matki zaistniała) i obdarzenie go kotem, żywym stworzeniem, które wymaga opieki, troski i stabilnego emocjonalnie opiekuna Rodzice Zbuntowanego Potomka uznali za pomysł więcej niż zły.

Ziarno zostało jednak zasiane.

Królowa Matka, która nieopatrznie przyznała się do kocich rozważań na Facebooku zaczęła byc umiejętnie (znacznie bardziej umiejętnie niż przez Potomka :)) urabiana przez Ukochane Koleżanki, z których niektóre są nawet Fachowcem w Temacie, podsyłano jej zdjęcia przeróżnych kocich sierotek, których nie mogła przygarnąć ze względu na zachowanie Potomka, oraz arystokratek, których nie mogła przygarnąć ze względu na cenę (i kompleksy, które wywoływał w niej fakt posiadania przez kota dłuższego i bardziej efektownego rodowodu niż ma ona sama ;D), szukano kotów o określonych cechach charakteru (kot w domu, w którym mieszka czworo dzieci, w tym jedno emocjonalnie wybujałe, a dwa dwuletnie nie może być, na przykład, niedotykalskim samcem Alfa) aż wreszcie pojawiła się Ona.

Sierotka i arystokratka w jednym.


Kotka, która została zwrócona przez poprzednich właścicieli, bo nie pasowała do wykwintnego wnętrza, wypasionych mebli i fikusa, który przypuszczalnie za bardzo ją interesował. Właściciele, jak domniemywuje Królowa Matka, pragnęłi posiadać efektownego kota, który mruczy spoczywając wdzięcznie przy kominku i robiąc wrażenie na gościach, po czym przeżyli wstrząs odkrywając, że efektowny kot potrzebuje kuwety, przychodzi do nich w nocy spać oraz - jak to każdy w miarę normalny kot - nie przychodzi do człowieka wtedy, gdy człowiek chce, a już na pewno nie siada grzecznie w kąciku, gdy człowiek się już nim pobawił, jest ciekawski, wszędobylski i potrafi łazić po meblach. Oraz fikusach.

Po dwóch tygodniach pobytu w ekskluzywnym świecie kotka została zwrócona światu nie-ekskluzywnemu, i już ją mogła rodzina Królowej Matki zaadoptować. A nawet musiała, została bowiem obdarowana przez wspomniane wyżej Ukochane Koleżanki wyprawką wykwintną i obfitą, i tak okazałą, jakiej na pewno nie miały przed narodzinami jej dzieci (oczywiście ilościowo rzecz biorąc. Bowiem zasadniczo dla Królowej Matki jasne jest to, że jej dzieci potrzebowały innych rzeczy niż kuweta albo klatka do przewożenia... zaraz... klatka... eee... zaraz, to może powróćmy jednak do tematu zasadniczego).

Wczoraj do Domu w Dziczy zjechała Królowa Babcia, by zająć się Drobnymi (i Mniej Drobnymi też) Dziatkami, a Królowa Matka i Pan Małżonek odbyli w śnieżycy i po oblodzonych drogach ośmiogodzinną (w sumie) podróż, by przywieźć do Domu nową Domowniczkę.

A zatem, Drogi Czytelniku, poznaj Kamczatkę.


Obiekt Miłości od Pierwszego Wejrzenia wszystkich Potomków oraz Pana Małżonka (a Królowa Matka zachowuje resztkę rozsądku tylko dlatego, że ktoś w rodzinie musi :)) i, oczywiście, podejrzliwej niechęci Kociej Starej Domowniczki, która przypatruje się Nowej podejrzliwie i pilnuje, żeby smarkata sobie za dużo nie pozwalała :).

Przytulny, żwawy i lubiący się bawić Kot, który nie pasuje do wykwintnych kanap i fikusa.

Co nic a nic nie szkodzi, albowiem ani wykwintnych kanap, ani fikusa w Domu w Dziczy nie ma :).

piątek, 18 stycznia 2013

Urodzinowe ciasto Pomponów

- Jaki torcik pieczesz dla Pomponów? - spytała ciekawie Matka Królowej Matki podczas rozmowy telefonicznej, wykonywanej dla złożenia skomplikowanych, piętrowych i dotyczących większości Rodziny życzeń.
- Żadnego - odrzekła niefrasobliwie i wyrodnie Królowa Matka. - Mam zamiar cieszyć się świadomością, że to ostatnie urodziny, z których Pompony nie zdają sobie sprawy i nie mają w związku z tym szeregu oczekiwań, od wypasionego tortu począwszy, a na wypasionych prezentach skończywszy.
- Och - rzekła Matka Królowej Matki po chwili bolesnego przetrawiania kolejnego dowodu na beznadziejność i emocjonalną ruinę własnej córki. - To maluchy nie zdmuchną dziś żadnej świeczki...?

"Hm. Hm - pomyślała Królowa Matka po zakończeniu rozmowy. - Hm. No, może faktycznie. No, właściwie... No, dooobra...", po czym podniosła się ze stęknięciem z fotela i poszła zagłębić się w swój zeszyt z przepisami (no dobrze, niezupełnie zeszyt, raczej plik karteczek poupychanych tu i ówdzie. Ale kiedyś to będzie zeszyt, na pewno) ,by znaleźć coś łatwego, coś, do czego wymagane składniki znajdują się w Domu w Dziczy oraz - najlepiej - coś nowego.

Przepis znalazła prawie natychmiast, przy odrobinie modyfikacji dało się ciasto spreparować z tego, co jest w domu, i Królowa Matka zabrała się do siekania orzechów z czekoladą, zastanawiając się w popłochu, skąd ma ten przepis?! Bo że z netu to była pewna, ale skąd dokładnie? Gdyż jakże to tak, piec i opisywać bez podania źródeł?


Przypomniała sobie, gdy orzechy i czekolada były posiekane, z ulubionego bloga kulinarnego (no, dobrze, jednego z ulubionych) go miała, uspokojona w tej kwestii nastawiła piekarnik na 180 stopni, a sama przystąpiła do mieszania ze sobą 380 g mąki, 20 dkg kakao (zdaje się, ze dała go więcej, wysypała po prostu wszystko, co miała z napoczętej torebki, wskutek czego ciasto wyszło bardziej czekoladowe) i 10 dkg cukru (pół na pół białego i ciemnego) oraz szczyptę soli. Następnie dodała do wymieszanego suszu dwa jajka, 18 g proszku do pieczenia oraz wcześniej posiekane 120 g czekolady (mlecznej, bo innej w domu nie było) oraz 100 g orzechów (pół na pół włoskich i laskowych, chociaż wymagane w przepisie-matce włoskie w domu były, ale cóż, laskowe lubimy bardziej), z której to czekoladowo-orzechowej mieszanki ujęła wcześniej dwie duże łyżki i odłożyła je do miseczki, gdzie czekały swego przeznaczenia.


Gdy maź była gotowa, Królowa Matka zaczęła ją pracowicie i monotonnie mieszać, dodając stopniowo 200 ml mleka i 110 gram bardzo, ale to bardzo, no po prostu BARDZO miękkiego masła, po czym powstałe w ten sposób ciasto przelała do natłuszczonej formy i włożyła do piekarnika, który zdążył się już odpowiednio nagrzać, na 20 minut.


Po 20 minutach wyciągnęła je, posypała pozostawionymi wcześniej orzechami z czekoladą, i wsunęła do piekarnika na kolejne 10-15 minut.

A po upieczeniu i ostudzeniu wykonała jeszcze polewę z cukru pudru, wody i dwóch łyżeczek kakao, całość zaś obsypała cukrowymi gwiazdkami, nie jest to jednakże obowiązkowe i nie wpływa znacząco na smak gotowego produktu, który to produkt jest stosunkowo mało słodki, a na skutek użycia większej ilości kakao - nieco gorzkawy szlachetną gorzkawością ciemnej czekolady, i chrupie. Zdaniem Królowej Matki - doskonałość.

I w dodatku do zrobienia w godzinkę :).

czwartek, 17 stycznia 2013

Oto jest dzień...

Dzień urodzin Pomponów, dwa lata z którymi minęły jak jeden... no, dobra, bardzo, bardzo długi. I czasem męczący. A czasem taki, że chciało się tylko oczy zamknąć i obudzić nazajutrz. Ale też czasem najpiękniejszy na świecie. Zabawny. W każdym razie ustalmy, że po prostu jak jeden, jedyny dzień.


Dzień rocznicy śluby Królowej Matki i Najlepszego z Mężów, jak podpowiada przyjaciel Gugiel, glinianej,


sama Królowa Matka nie wie, czemu (poprzednia była spiżowa, a jeszcze poprzednia miedziana, oba to materiały, które zdają się nieco stabilniejsze niż glina),

Źródło

albo też generalskiej - i proszę bardzo, generalska może być, jak najbardziej (czy, że się Królowa Matka zastanowi przelotnie, następna będzie marszałkowska???).



Oraz dzień, w którym Królowa Matka uznała, że jak nie dziś, to kiedy?... i zgłosiła bloga do konkursu na Bloga Roku, ulegając sile perswazji licznych (ekhm, ekhm) Wielbicieli... no dobra, Czytelników, Wiernych i Zaślepionych Czytelników, i Jeszcze Wierniejszego i Jeszcze Bardziej Zaślepionego Pana Małżonka, którzy ją do tego kroku namawiali.

Królowa Matka, jak łatwo wywnioskować na przykładzie pierwszych Bliźniąt w obu Rodzinach, które akurat jej udało się powić, lubi kumulacje :).

Proszę oczekiwać stosownego wpisu żebrzącego o głosy i inne SMS-y w najbliższej przyszłości :).

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Smutna prawda

Potomek Młodszy - Ja to jestem Szeregowy, mamusiu, bo jestem słodki, i miły, i kocham jednorożce.






Tatuś to jest Skipper...









Potomek Starszy (nadymając się słuszną, ekhm, dumą) - A ja jestem Rico!








Królowa Matka (filozoficznie) - Cóż, wygląda na to, że dla mnie zostaje tylko Kowalski...




Potomek Starszy (przypatrując się Królowej Matce krytycznie) - No tak... nawet jesteś z wyglądu podobna...




O, mamusiu.

Ten smutek...

Ten żal...


niedziela, 13 stycznia 2013

Królowa Matka i Potomek Młodszy oglądają film

Potomek Starszy wzgardził towarzystwem swej Rodzicielki i wybrał towarzystwo Rodziciela oraz jakiejś wydającej głośne, warczące dźwięki gry komputerowej, Pompony oddały się z zapamiętaniem zabawie jednym ze swych Prezentów Gwiazdkowych (a konkretnie Strzałem W Dziesiątkę, wyhaczonym przez Królową Matkę w nawale hipermarketowych propozycji okołoświątecznych, który to Strzał został z powątpiewaniem podsumowany przez Pana Małżonka: "Ale ty wiesz, że będą się tym lali?", by tydzień później zostać okrzykniętym Odkryciem Roku - piankowymi klockami, które Dzieciątka z namaszczeniem ustawiają w skomplikowane wieże i domki, wożą w taczkach, a jak się zirytują i tym cisną przez pokój, to też się nic nie staje, przedmiot robi ciche "plaf!" o najbliższą ścianę i spada miękko na podłoże), zaś Królowa Matka, złożona bolesnym atakiem wrogiego dysku, który obluzował się w kręgosłupie i coś tam uwierał złożyła swe obolałe ciało na przygotowanej specjalnie dla niej kanapie, obłożyła się poduszkami i zapodała komedię romantyczną, po czym nie bez zdziwienia odkryła, że ma towarzystwo w postaci Potomka Młodszego, który wyraził życzenie zgłębienia dzieła wraz z nią.

Filmy z Potomkami Starszymi Królowa Matka oglądać lubi, zawsze bawi się przy tym świetnie (pewnie dlatego, że jednak unika oglądania w tak doborowym towarzystwie dzieł ambitnych i nie znanych jej na wylot, świadoma, że to, co ambitne nie będzie miało szans się przebić przez slowotok Potomków, a to, co nieznane prawdopodobnie nadal takie właśnie pozostanie), aczkolwiek przyznać musi, że oglądający z nią filmy Potomek Starszy wykazuje się większą dyscypliną umysłową, wskutek czego analizując jego wypowiedzi można nawet zgadnąć, jaki film akurat został obejrzany.

Nie da się tego w najmniejszym stopniu odgadnąć zagłębiając się w strumień przemyśleń Potomka Młodszego, które to przemyślenia pozostają w luźnym (a czasem wręcz - w żadnym) związku z akcją na ekranie. 

Potomek Młodszy: Czemu ten pan tak lata? Boi sie pszczoły? Ja też się kiedyś bałem, ale zrozumiałem już dawno, że jak się tylko stoi i patrzy to pszczoła nie żądli. Albo jak się na jednej nodze stoi. Albo na rękach. I w ogóle jak się ma dowolną figurę, tylko nieruchomą.

- A to, mamusiu, jest reklama? Ale to jest reklama oszukaństwa czy dobra reklama?

- Ta pani ma materac w domu? Babcia też ma materac. Dawno już to wiedziałem. Bo ja znam wszystkich sekret. W ogóle wszystko wiem. Że Alan najbardziej lubi czerwony kolor i Zygzaka Maskłina. Nawet buty ma w Zygzaka Maskłina. Nawet plecak. Wszystko mi Alan powiedział, jak był moim dobrym kolegą, i ja za nim tęsknię, bo jak się miało takiego dobrego kolegę, to się za nim tęskni...

- Żółwie to są łagodne zwierzęta, prawda, mamusiu? Nawet by zabrały człowieka na wodną przejażdżkę...

(Królowa Matka pracowicie i szybko, oraz w miarę dyskretnie usiłuje utrwalić w notesiku strumień myśli Potomka, i tak gubiąc po drodze połowę, gdyż nie nadąża za nagłymi zwrotami akcji).

Potomek Młodszy, z zainteresowaniem: A ty to zapisujesz? (Królowa Matka, z wewnętrznym zgrzytem zębów, do siebie - Damn!) A to teraz co mówię możesz zapisać? (Królowa Matka, wewnętrznie z ulgą - ufff!, na głos, ciekawie: Dlaczego?) Bo ja by chciałem, żebyś zrobiła taki album słów. Żebyś zapamiętała na zawsze nasze wszystkie słowa.

- A siadać, mamo, to można w różny sposób, o tak, i tak, i tak (każdy sposób siadania zaprezentowany na żywym przykładzie - a to noga na nogę, a to obie nogi prosto, a to podwinięte...), o, albo tak, na kokardkę nóżki! Patrz, mamo, jestem prezencikiem!

- Ten pan chce iść z panią na drinka? Też bym poszedł z tym panem na drinka (Królowa Matka, u której na słynnej i kilkakrotnie wspominanej na blogu liście Top Fifty Najfajniejszych Facetów pan zajmuje od lat miejsce w ścisłej, a zdarzało się, że w bardzo, bardzo, BARDZO ścisłej czołówce, tęsknie - O, tak, ja też!..) ... tylko, że zapomniałem, co to jest drinek.

- Ja cię mogę pocałować, ale nie muszę, bo już cię całowałem! Z prawdziwej miłości, wiesz? (Królowa Matka wie :)).

- A jak już urosnę i będę dorosły, to kto będzie moim tatą? (Królowa Matka, osłupiała - No... tata.) O! Ten sam tata? To znaczy, że będę miał dziadka. Bo stary tata to dziadek, a stara mama to babcia. Ja już dużo wiem, prawda?

- Ta pani się trochę zna na zwierzętach? Ja się bardzo dobrze znam! Na przykład kangury daleko skaczą, mogłyby nawet most przeskoczyć, a ogon mają, żeby utrzymywać równowagę. A psy potrafią świetnie pływać, i biegać, i wspinać się, bo mają pazury, i jeszcze widzą daleko, na pięć kilometrów. Albo siedem.

- Bardzo lubiłem oglądać ten film z tobą, mamusiu, bardziej niż bajeczki!

Królowa Matka też lubiła.

Cieszy się jednak nadzwyczajnie, że dobrze go znała :).

Potomek Młodszy o kochaniu

Potomek Młodszy - Bo, mamusiu, jak ja kogoś kocham, to od razu myślę w wyobraźni o pucharku z lodami!!!


Jaka przyjemna wizja, i to nawet w tak mroźny dzień, jak dzisiejszy :).



czwartek, 10 stycznia 2013

Potomki komunikują swoje potrzeby :)

Królowa Matka o Rodzicielstwie Bliskości slyszała, i owszem, próbuje stosować w Rodzinie, ale przyznaje samokrytycznie, że za dobra w te klocki nie jest, prawdopodobnie dlatego, że nie jest łatwo wsłuchiwać się w komunikaty wysyłane przez czworo Pacholąt (zazwyczaj w tym samym czasie i na całkiem inny temat), zwłaszcza, jeśli czasem chce się zrobić też coś wyłącznie dla siebie (na przykład zaszaleć i wyjść do toalety. Bez towarzystwa). Co oczywiście nie jest żadnym usprawiedliwieniem.

Czasem jednak nie trzeba być Rodzicem Wyrobionym W Rodzicielstwie Bliskości, by nie uslyszeć tego, co Dziecię chce powiedzieć.

Potomek Starszy (siedzi na schodach i pochlipuje).
Królowa Matka (troskliwie) - Synek, a czemu ty płaczesz?
Potomek Starszy (chlipiąc głośniej) - Bo tata na mnie nakrzyczał!
Królowa Matka (dociekliwie) - Ale... czemu nakrzyczal?
Potomek Starszy (lejąc łzy na całego) - Powiem ci potem!!! Jak już skończę płakać!
Królowa Matka (nietaktownie naciska) - A może jednak teraz?
Potomek Starszy (przez łzy, zdecydowanie) - Nie, teraz jeszcze płaczę!!! A nie można robić razem tego i tamtego!
Królowa Matka (gubi się) - Jakiego tego i tamtego?
Potomek Starszy - No, płakać i mówic jednocześnie!!!

Potomek Młodszy (wściekly na Królową Matkę, która nie pozwoliła mu nadprogramowo pograć na komputerze w "Klopsiki") - Ja by chciałem być tylko z tatą!!! I by wolałem, żebyś tu nie mieszkała, tylko u babci!!!
Królowa Matka - Wiesz, jeśli naprawdę tak wolisz... jak tata wróci z treningu to mogę jechać do babci, a on się wami zajmie...
Potomek Mlodszy (nadal wściekły tak, że mu para uszami uchodzi) - Nie musisz tego robić!!!
Królowa Matka (znów się gubi - coraz częściej jej się to zdarza w rozmowach z Potomkami) - Jesteś pewien? Bo przecież sam powiedziałeś, że wolałbyś,  żebym z wami nie mieszkała...
Potomek Młodszy - Ale jak tata przyjedzie, to ja już dawno nie bedę na ciebie zdenerwowany!!!

Nie sposób nie usłyszeć tego, co chcą przekazać :D...

(Tylko co, ach, co można zrobić z podobnym komunikatem: "Babcia mnie nie chce nosić, tata mi nie chce dać placka, mam dziś BEZNADZIEJNE życie!". Wie ktoś? :)).

wtorek, 8 stycznia 2013

Potomki Starsze się kłócą (obrzucając obraźliwymi słowy, acz dbając jednocześnie o czystość polszczyzny)

Potomek Starszy (buduje skomplikowaną budowlę lego-handmade-ekologiczną, czyli taką, w której wykorzystuje się wszystko, co ma się pod ręką, także, a czasem przede wszystkim to, co można podwędzić Młodszemu Braciszkowi).

Potomek Młodszy (do Starszego Braciszka, głośno, a w zasadzie, co się będziemy czarować, BARDZO głośno) - Zostaw mnie! Ty się wcale nie chcesz ze mną bawić! Ty chcesz mnie tylko martwić! I nagabawać mnie, żeby ja płaczyłem!!!

Potomek Starszy (zero reakcji, skupia się na utrzymaniu budowli w pionie. Mniej więcej. Ale raczej mniej).

Potomek Młodszy (z groźbą w głosie) - Nie rób tego więcej, bo powiem na ciebie wariat albo kretynka!!!

Potomek Starszy (pouczająco) - Do pań się mówi "kretynka". Jak już do mnie, to "kretyn".

Jakkolwiek źle świadczy to o Królowej Matce, to jest najbardziej kultowa kłótnia spośród wszystkich, które kotłowały się pod jej dachem...

niedziela, 6 stycznia 2013

Wieczór Trzech Króli :)

Z racji posiadania jednego imiennika jednego z Trzech Króli pod własnym dachem Królowa Matka świadoma była, że część niedzieli przyjdzie jej spędzić w kuchni. Nie martwiło jej to jednak, albowiem jakiś czas temu natrafiła  w sieci na przepis na ciasto Trzech Króli, zwane także Koroną Trzech Króli, i nie dość, że natrafiła, to jeszcze udało jej się zapamiętać, że na nie natrafiła, jak również, że obiecała sobie wykorzystać je przy pierwszym nadchodzącym stosownym święcie, a to z kolei sprawiło, że rwała się do kuchennej pracy niby ten rasowy rumak do wyścigów.

Od samego początku Królowa Matka wiedziała, że najtrudniejszą, sprawiającą jej najwięcej problemów rzeczą w całym procesie produkcji będzie zamoczenie pół szklanki rodzynek w 2-3 łyżkach rumu i zostawienie ich na kilka godzin. Kiedy udało jej się ująć cugle swej rozwydrzonej pamięci żelazną dlonią, zalać rodzynki i zostawić je pod przykryciem na całą noc wiedziała, że reszta pójdzie jej po prostu jak z platka.

Powstawszy rano z łoża, zeszła do kuchni i jeszcze nim przyrządziła Posiłek wygłodniałemu Potomstwu roztarła w miseczce 3 dkg świeżych drożdży, jedną łyżkę mąki, jedną - cukru i jedną - ciepłego mleka. Zaczyn przykryła lnianą ściereczką i odstawila w ciepłe miejsce, by zaczął pracować, a sama oddała się smażeniu jajecznicy na wysokocholesterolowe śniadanie dla swej Gromadki.

Gdy Gromadka rzuciła się na jajecznicę i finezyjne, wykonane własną ręką Pana Małżonka kanapki, Królowa Matka przesiała dwie i pół szklanki mąki do miski, po czym do mąki dodała 1/4 lyżeczki soli i 1/2 łyżeczki kardamonu (który z uczuciem roztarł w moździerzu sam Pan Małżonek). W osobnym garnuszku utarła jedno jajko i jedno żółtko z 1/3 szklanki cukru, zaś białko ubiła na sztywną pianę.

W tym czasie rozczyn był już na etapie wychodzenia z miseczki na spacerek po piekarniku i okolicach, w związku z czym Królowa Matka przełożyła go do mąki, dodała masę cukrowo-jajeczną, pianę z białka, skórke otartą z jednej cytryny i 1/4 szklanki ciepłego mleka. Wszystko to zamieszała i wyrobiła, dolewając stopniowo 6 dkg stopionego i wystudzonego masła, zaś gdy ciasto zaczęło odchodzić od rąk i coraz wyraźniej przypominać nie rozdyźdaną ciapaję, ale kulę - dorzuciła namoczone na noc rodzynki i szklankę dowolnych, posiekanych drobno, bakalii (w wypadku Królowej Matki, ktora jest podłą egoistką, i ciasto robiła co prawda dla Drogiego Solenizanta, ale sama również zamierzała go skosztować, a nie lubi żadnych bakalii poza rodzynkami, migdałami i różnymi rodzajami orzechów, wspomniana szklanka zawierała to właśnie, z niewielkim ustępstwem na rzecz suszonej żurawiny. Każdy jednakże może włożyć sobie do ciasta to, co ceni najbardziej - suszone śliwki, morele, daktyle, figi i co mu tam jeszcze do głowy przyjdzie).

Utoczywszy kulę, Królowa Matka ponownie przykryła ją ściereczką, odstawiła do wyrośnięcia i poszła jeść swoją jajecznicę.

Gdy jajecznicę zjadła, a kula podwoiła swój rozmiar, Królowa Matka wysmarowała masłem i wysypała bułką tartą zwykłą tortownicę, ponieważ nie miała odpowiedniej okragłej formy z kominkiem (za rok już będzie miała, takie spóźnione postanowienie noworoczne sobie  poczyniła), kulę ciasta podzieliła na cztery części, następnie każdą część znów na cztery części, uformowała kulki i ułożyła je w kształt wieńca, dwupiętrowo, na piętro niższe dając większe kulki. Posmarowała całość roztrzepanym jajkiem z odrobiną mleka i odstawiła  do wyrośniecia po raz ostatni, niedługi, wystarczający, by piec nagrzalł się do 160 stopni, w których to 160 stopniach ciasto piekło się około 30 minut.

Po wyjęciu go z pieca i wystudzeniu można je dodatkowo polukrować i dowolnie ozdobić, nawet, jeśli nie ma się pod ręką Potomka Młodszego, który może slużyć w tej kwestii natchnieniem i wszechstronną pomocą :).

Po czym zjeść, kończąc w ten sposób okres Bożego Narodzenia.

sobota, 5 stycznia 2013

Przed- (Chyba. Może. Kto to wie) -konkursowo

Jak niewątpliwie nie wszystkim Czytelnikom wiadomo, wystartowała kolejna edycja konkursu na Blog Roku. W związku z czym Królowa Matka siedzi przy komputerze i podczytuje zgłoszone blogi, szuka znajomych, tu się pośmieje, tam się bardziej pośmieje, a gdzie indziej wzruszy albo i zadziwi. Pan Małżonek zaś błąka się w okolicy i namawia ją, by się sama zgłosiła.

Pan Małżonek (zdecydowanie) - Powinnaś się zgłosić, to chyba oczywiste!
Krolowa Matka (flegmatycznie klikając w ikonkę kolejnego Kandydata do Nagrody Głównej) - Eeee, jakby co, to mam jeszcze dziewiętnaście dni...
Pan Małżonek (bardziej zdecydowanie) - I co z tego?! Im wcześniej, tym lepiej! I im wiecej, tym lepiej! Wszędzie się powinnaś zgłaszać, moim zdaniem!
Królowa Matka (niezmiennie flegmatycznie) - Jest taki konkurs na Bloga Winiarskiego Roku...
Pan Małżonek (niesiony chwalebną Wiarą W Możliwości Małżonki) - Tam też!
Królowa Matka (łagodnie) - Tylko że, wiesz, jeśli chodzi o wino, to ja mam na blogu jeden wpis ze zdjęciem, ten z przemyśleniami Potomka Młodszego, z tym, że tam nie padło nawet słowo "wino"... i jeszcze jeden bez zdjęcia nawet, jak Młody cukierka z alkoholu oczyszczał w toalecie...
Pan Małżonek - I wystarczy!!!

Taaak. Wygraną w konkursie na Bloga Winiarskiego Roku Królowa Matka ma praktycznie w kieszeni :D.

Realizm magiczny :)

Wczoraj wieczorem Królowa Matka pozwoliła Potomkom Starszym obejrzeć kawalek "Władcy Pierścieni", świadoma ich uwielbieniu dla fajerwerków, które, jak wiadomo, na początku filmu wybuchaja obficie i atrakcyjnie.

Potomek Mlodszy (jednym okiem rzuca w ekran, a całym sobą skacze po kanapie).
Królowa Matka (zdecydowanie) - Synuś, jeszcze raz skoczysz z mebla, a nie zobaczysz nawet kawałka "Władcy Pierścieni" więcej!
Potomek Młodszy (wyjaśniająco) - Ja nie skoczyłem. Ja się przeszedłem po niebie.

:)



(Był też realizm realny, a jakże.

Potomek Starszy _A to kto to jest, mamo?
Królowa Matka - To Nazgule, one są straszne.
Potomek Starszy (drąży temat) - Jak straszne?
Królowa Matka - No, bardzo, bardzo straszne. Moim zdaniem.
Potomek Starszy - To na wszelki wypadek zrobię sobie okienka przy oczach!

I zaczął oglądać film przez rozstawione palce, które zsuwał natychmiast, jak tylko na ekranie pojawiało się coś, co go wystraszyło.

Zaś Królowa Matka uznała, że oto nadszedł kres zapoznawania się z dziełami klasyki światowego kina dla Potomków na ten konkretny wieczór :)).

czwartek, 3 stycznia 2013

Potomek Starszy dba o to, by Rodzicom nie zabrakło wrażeń

Królowa Matka ma telefon komórkowy, jak prawie każdy.

Telefon nie służy Królowej Matce do prowadzenia rozmów, bowiem rozmawiać przez telefon nie umie i nie lubi. Służy jej on do wysyłania SMS-ów w ilości średnio trzy tygodniowo, odbierania SMS-ów w nieco większej ilości, i może jeszcze ze dwóch telefonów, wszyscy jej znajomi są poinstruowani, że do Królowej Matki się smsuje, wtedy jest szansa, że ona kiedyś wiadomość odbierze, lecz nie dzwoni, bowiem Królowa Matka zazwyczaj nie ma pojęcia, gdzie odłożyła komórkę (a sieje nią wszędzie, często w takich miejscach, z których nie słyszy dzwonka). Słowem, nabożeństwa do maszynerii nie ma żadnego, owszem, posiada i nawet usiłuje pamiętać, by mieć ją przy sobie, gdy wychodzi z domu (na wypadek zasłabnięcia czy omdlenia, Potomki Starsze przeszkolone są, dokąd w takim wypadku dzwonić), ale - zwłaszcza w połączeniu z jej iście gargantuicznym życiem towarzyskim - tak naprawdę dziwić się należy, że telefon Królowej Matki nie leży gdzieś, zapomniany i pokryty sporą warstwą kurzu.

Nic dziwnego, że gdy wczoraj tuż przed piętnastą odebrać musiała siódmy tego dnia telefon (wcześniej kilka razy dzwonił Pan Małżonek, dwa razy Koleżanka Królowej Matki oraz jej Siostra) rzuciła ona uwagą w rodzaju: "Czy ich wszystkich pokręciło dziś, już nie mają do kogo dzwonić!", lecz, ponieważ akurat przypadkiem wiedziała, gdzie jest telefon i nawet nie musiała do niego biec, by odebrać nim przestanie dzwonić, cóż, odebrała.

Dzwoniła Wychowawczyni Potomka Starszego, która głosem dygoczącym z paniki oznajmiła, że Potomek Starszy opuścił szkołę wraz z kolegą i nikt nie wie, gdzie w tej chwili jest.

Nie skończyła jeszcze mówić, gdy Królową Matkę poderwało na nogi. Odziewając się pospiesznie i rzucając własnej Matce urywane informacje słuchała Wychowawczyni, wyjaśniającej, że - gdy Potomek Starszy nie dotarł na WF - wuefistka poinformowała o tym Wychowawczynię, ta wypytała chłopców, którzy oznajmili, że Potomek Starszy i jeszcze jeden Kolega wyszli ze szkoły, Kolega legalnie, bowiem Mama zwolniła go z ostatniej lekcji, i w dodatku dotarł już do domu. Potomka Starszego zaś nie ma ani u Kolegi, ani nie wrócił do szkoły, ani, najwyraźniej, do domu Babci.

Babcia, w stanie histerii i sina na obliczu wyległa na balkon, Potomek Młodszy, mocno wystraszony, został obarczony zadaniem pilnowania Pomponów, a Królowa Matka leciała ulicą myśląc mętnie, że jak tylko zobaczy tego gówniarza, to go osobiście zabije na środku ulicy, za nic mając te wszystkie beznadziejnie głupie akcje typu "Kocham, nie biję", że o "Kocham, nie daje klapsów" nie wspomni. Jakąś resztką mózgu wygenerowała rozsądny pomysł, by zadzwonić do Wychowawczyni i spytać o adres Kolegi, bowiem tak się składa, że Matka Królowej Matki mieszka na samym niemal końcu największego miejskiego osiedla i Królowa Matka po dojściu do skrzyżowania ścieżek, którymi zazwyczaj chadza Potomek Starszy, stanęła bezradna i bez pomyslu, co robić dalej.

Uzyskawszy adres ustaliła kierunek marszruty i pobiegła w stronę wieżowca, w którym zamieszkiwał Kolega (jedno przejście przez jezdnię bez świateł, jedno ze światłami, przejście przez tory tramwajowe), wyglądając małej istoty we wściekle kolorowej czapce z czerwonym chwostem (co za szczęście, że zrobiła te czapki, świecą na głowach Potomków jak drogowskaz!!!).

Dobiegła. Potomka ani śladu. Obeszła całą ulicę (szczęśliwie krótką), obejrzała place zabaw, zawracała dziesiątki razy, wydawało jej się bowiem, że jej ten czerwony chwościk czapeczki mignął, kucała, żeby sprawdzić, czy spod domu Kolegi osoba o wzroście Potomka jest w stanie zauważyć jakieś punkty charakterystyczne osiedla, typu kościół czy budynek Spółdzielni, i twardo trzymała na wodzy rozszalałą wyobraźnię, by nie dopuścić do siebie wizji będących najstraszliwszym koszmarem wszystkich rodziców świata.

Około pół do czwartej zaczęła się jednak załamywać. Zmierzchało, nie było już widać ani czerwonych, ani żadnych innych chwostów na czapkach, na osiedlu nadal mieszkało 26 000 ludzi i ryzyko, że Potomek Starszy skręcił w jakąś nieznaną mu uliczkę i błąka się po wielkiej połaci między blokami, górkami, kępami drzew wystraszony i zagubiony rosło znaczaco, natomiast to, że Królowa Matka (która co prawda zna tutejsze uliczki, ale co z tego) błąka się w innej części tej połaci, wśród innych bloków, górek i kęp drzew, i też wystraszona, nic a nic nie przybliżało nikogo do rozwiązania problemu.

W związku z czym Królowa Matka podjęła decyzję, by udać się do szkoły (Potomek Starszy bowiem ubóstwia łazić po szkolnych zakamarkach i istniała nikła szansa, że nie widziała go co prawda żadna Nauczycielka, ale za to Woźne - tak) i jednak zadzwonić do Pana Małżonka, bo sytuacja zaczęła chyba dojrzewać do bardziej radykalnych rozwiązań, typu wykonanie telefonu na Policję.

Pod szkołę Królowa Matka dotarła równo z dzwonkiem na przerwę, podeszła do pierwszej Woźnej, którą zobaczyła, by spytać, czy wpadł jej gdzieś tam w szkolnych czeluściach w oko błąkający się Potomek Starszy, gdy nagle, kątem oka, zauważyła wściekle kolorową czapeczkę z czerwonym chwostem. Urwała pytanie w połowie i wytrzeszczyła oczy, a czapeczka tymczasem zniknęła w tłumie. Po chwili znów mignęła. Królowa Matka runęła w kierunku opuszczającej szkołę grupy chłopców, jednocześnie rycząc w słuchawkę telefonu do pana Małżonka (który już siedział w samochodzie, urwawszy się z pracy za pełną zgodą przejętego Kierownictwa) "JEST!!!" i wyszarpnęła zdziwionego Potomka Starszego spośród kolegów.

Potomka Starszego, który wyraził zdumienie, że ktoś się przejął, bo nic się przecież takiego nie stało, nie mógł znaleźć stroju do WF, więc poszedł sobie do Damiana, jego mama kazała mu wracać, więc wrócił i poszedł na lekcję, ale juz sie nie przebierał, bo było już niedużo czasu do dzwonka, i w ogóle gdyby Pani Wychowawczyni nie zadzwoniła to by się nikt nie dowiedział, jak to, Pani miałaby problemy, gdyby coś mu się stało??? Ojej, nie wiedział o tym, no, ale się nie stało, prawda? Oczywiście, że trafił bez problemu, bo z domu Damiana widać i kościół, i przedszkole Potomka Młodszego, i Babci dom, i szkołę ("Chociaż to!!!" pomyślala mgliście Królowa Matka), i czy może w takim razi iść do Damiana jutro, już legalnie (Królowa Matka, baaardzo łagodnie: "Synu, przez jakiś czas wstrzymałabym się na twoim miejscu z wystosowywaniem podobnej prośby...")???

O, bogowie...

Wnioski:

Po pierwsze - telefony komórkowe się jednak czasem przydają,
Po drugie - czapki dla dzieci bezwzględnie powinny być kolorowe i przyozdobione na czubkach rzucającymi się w oczy elementami dekoracyjnymi, 
Po czwarte - skoro Królowa Matka jeszcze żyje to musi oznaczać, że jej serce jest w lepszym stanie niż zakłada podejrzliwa Medycyna

i

po czwarte

i najważniejsze

- co to za szczęście dla Potomka Starszego, że ma Rodziców, którzy uważają, że pranie tyłka na kwaśne jabłko to jest najgłupszy z możliwych sposób rozwiązywania problemów!!!