środa, 30 października 2013

O filmowych absurdach po nazwiskach

Jakie są bezpośrednie zyski pozostania Królowej Matki w domu w towarzystwie li tylko Pomponów?

Dla jej Rodziny kulebiaczki na obiad


oraz (nieco sponiewierane pracowitą dłonią Pomocnika) jagodzianki na podwieczorek,


zaś dla Wiernych Czytelników - tekst o Ukochanych Filmowych Idiotyzmach (i tym razem będzie, a jak! po tytułach!).

Królowa Matka została ostatnio poproszona o przeczytanie czegoś nadającego się do analizy (czyli, cóż, najlepiej czegoś głupiego) i nawet ma dwoje kandydatów, owszem, ale że czyta teraz sobie Michaela Palina nie chce psuć sobie wrażeń, to raz, a dwa, że jednak o wiele łatwiej jej coś obejrzeć niż przeczytać, bo to, wiadomo, można jednym okiem w telewizor rzucać, notatek robić nie trzeba, i cała operacja trwa krócej. A jeśli chodzi o ilość głupoty też można zostać mile zaskoczonym.

Obejrzawszy więc jakiś wyprodukowany za ciężkie pieniądze hollywoodzki odmóżdżacz w gwiazdorskiej obsadzie Królowa Matka pomyślała, że coś dawno nie było u niej o filmach (jakie dawno, gdzie dawno! w ogóle rzadko bywa), w związku z czym usiadła, przypomniała sobie dużą część ukochanych bzdur z licznych filmowych dzieł, i teraz się nimi z Szerokim Ogółem podzieli.

Zacznie od swojego absolutnego faworyta z filmu o Jamesie Bondzie. Filmy o Jamesie Bondzie są w ogóle apetyczną zbieraniną wszelkich szaleństw scenarzystów, jakie tylko można sobie wymarzyć, (że Królowa Matka od niechcenia przypomni tylko Pierce Brosnana wyskakującego z samolotu - bez spadochronu, spadochrony nie są dla twardzieli! - i w locie wskakującego do drugiego), ale jej ukochanym nonsensem jest pochodzący z "Żyje się tylko dwa razy" wątek, gdy Sean Connery najpierw przechodzi dwutygodniowe (!) szkolenie na ninja, po czym zostaje przebrany w czarne ubranko, otrzymuje domalowane skośne oczy i voila! mamy Japończyka! I absolutnie nikt nie orientuje się, że z tym ninją, któremu głowa wystaje ponad tłum innych ninjów jest coś nie tak, tylko wszyscy uparcie wierzą, że on się zlewa z tłem skutkiem wspaniałej charakteryzacji i precyzyjnego wyszkolenia. 

Skoro wspomniany już został łapiący samolot w powietrzu Pierce Brosnan, nie wolno pominąć "Operacji Słoń", w którym to filmie różni zaangażowani w ochronę przyrody (w postaci tego konkretnego Słonia) panowie przewożą zwierzątko z punktu A do punktu B samolotem, ponad terenem działań wojennych w Wietnamie, przy czym w punkcie B muszą je spuścić z samolotu na spadochronie. Wyrzucają więc biedaka, spadochron się nie otwiera, zatem jeden z panów wyskakuje chwilę później za słoniem, dogania go w powietrzu  (SŁONIA!!!), podczepia mu spadochron i lądują razem, nie dość, że bezpiecznie, to z dala od skośnych (nie namalowanych) oczu Vietkongu.

Łeb w łeb ze zlewającym się z drobnymi Japończykami dwumetrowym Szkotem idzie scena z filmu "Fu Manchu", w którym to filmie Christopher Lee, wcale jeszcze niepodobny do Sarumana (zapewne również wskutek posiadania namalowanych skośnych oczy, skośne oczy, jak Królowa Matka właśnie zauważa, stają się leitmotivem jej filmowych doznań), usiłuje przekonać ogół widzów, że jest złowrogim Chińczykiem pragnącym opanować świat za pomocą ekologicznej broni chemicznej. Królowa Matka oglądała dzieło z Panem-Wtedy-Jeszcze-Nie-Małżonkiem, początkowo usiłując podejść doń z pełną powagą, aż wreszcie nastąpiła scena, gdy jeden pan usiłował wydostać się z pomieszczenia, z którego starał się go nie wypuścić drugi pan, a usiłował go nie wypuszczać za pomocą zamknięcia drzwi na klucz i mordobicia. A więc zły pan bije, dobry pan się wyrywa i pcha do tego kluczyka w drzwiach, coby go przekręcić i uciec, uparty jak osioł i zamknięty na inne rozwiązania, jak na przykład walnięcie w drzwi, oszklone w górnej połowie, jakimś krzesłem i utorowania sobie drogi na wolność, scena się przedłuża, aż nagle odzywa się Pan-Jeszcze-Wtedy-Nie-Małżonek poważnie i głosem pełnym wystudiowanego przejęcia: "On szyby w tych drzwiach nie może wybić, bo to jest SZYBA POMALOWANA NA BIAŁO!!!". Od tej pory tak właśnie mawia się w domu Królowej Matki, gdy w jakimś filmie bohaterowie łamią sobie głowę, jak rozwiązać problem, z którym bez trudu poradziłby sobie Potomek Młodszy.

Oglądałeś, Drogi Czytelniku, "Sumę wszystkich strachów"? Ukochanym królewskomatczynym wątkiem w tym filmie jest wątek zgubionej bomby atomowej, którą znajdują na pustyni prości autochtoni. Uchachani jak dzieci zabierają ją w charakterze trofeum do rodzinnej jurty, po czym, gdy znajdują ich poszukujący w panice zgubionej bomby Wysoko Postawieni i Źli Ludzie jest już właściwie za późno (dla autochtonów, że Królowa Matka uściśli), bo umierają biedacy na galopująca chorobę popromienną, na którą zapadli skutkiem czułego głaskania bomby po głowicy. W tym samym filmie główny bohater (kreowany przez Bena Afflecka) oraz jego narzeczona przeżywają wybuch bomby atomowej, fala uderzeniowa miota nimi przez pół szpitala, w którym narzeczona Bena Afflecka pełni ofiarnie Służbę Wobec Ludzkości, po czym jakiś czas później widzimy ich kwitnących i w najlepszym zdrowiu, śniadających na kocyku w parku z widokiem na Biały Dom. Wielką zaprawdę siłę ma Kultura Amerykańska, bezsilne jest wobec niej nawet promieniowanie jądrowe!

Kultura Amerykańska (a już Hollywoodzka to na pewno) zapewnia swoim bohaterom jeszcze inne, niezwykłe cechy. Na przyklad daleko posuniętą nietykalność osobistą, przejawiającą się tym, że kiedy Superbohater zdetonował/wysadził w powietrze jakiś budynek, i powoli odchodzi (zamiast biec ile sił) w stronę zachodzącego słońca latające dookoła odłamki, części samochodów, fragmenty budynków oraz innych, mniej fartownych osób nigdy go nie trafiają. Albo spadający helikopter, którego śmigła zawsze zatrzymują się kilka centymetrów przed jego twarzą, mowy nie ma, żeby mu zanadto fryzurę zburzył, w każdym razie nie nastapiło to ani w przypadku Jeffa Bridgesa w "Blown Away", ani Harrisona Forda w "Czasie patriotów".

(Inna rzecz, że Hollywoodzcy Bohaterowie mieli całe wieki, by się nauczyć właściwej reakcji w obliczu wybuchających obiektów, wszak wybuchnąć zdarzało się nawet rydwanom w "Gladiatorze").

Skoro jesteśmy przy Harrisonie Fordzie, to w "Air Force One" pokazał on, że jeśli do Bycia Amerykańskim Bohaterem doda się Bycie Amerykańskim Prezydentem, to człowiek się robi w zasadzie całkowicie wodo-, ognio-, powietrzo-, kulo- i co-tam-jeszcze-odporny, i może na przykład bez większych trudności prowadzić walkę z Wrażym Przeciwnikiem przy otwartym luku bagażowym w lecącym samolocie, zabezpieczając się przed wydmuchnięciem w powietrze za pomocą przytrzymywania się jedną ręką metalowego słupka.

Prawdziwy Amerykański Bohater ma też niezwykłe szczęście i w kilkunastomilionowej aglomeracji, takiej jak jak Nowy Jork, Los Angeles, czy inne San Francisco jadąc samochodem/idąc chodnikiem znajduje szukaną i akurat niezbędnie potrzebną mu (do ratowania świata albo wyrwania ukochanego dziecka z rąk porywaczy) osobę po prostu idącą sobie w tym momencie ulicą... (np. w "Zmianie pasa" z Benem Affleckiem). Bohater nigdy nie musi też korzystać z mapy/nawigacji. Wsiada do auta i dojeżdża bezbłędnie do celu, najczęściej szybko i nie stercząc nie tylko godzinami, ale nawet kwadrans w korkach.

O drobiazgach takich jak recytowanie z pamięci potrzebnego numeru telefonu, przy czym nie jest to bynajmniej numer telefonu recytującego ale np. jego niewidzianego od lat znajomego z Wietnamu, lub też podawanie z pamięci numerów kont (szczytem tego typu jest w filmie "Firma" podawanie przez Toma Cruise'a z głowy szeregu kilkunastocyfrowych kont w banku na Kajmanach, czy w jakimś innym raju podatkowym) nawet wspominać nie warto.

Jeśli (jakie "jeśli", co za "jeśli"! "Kiedy"! "Kiedy"!), a więc kiedy już Bohaterowi uda się rozbroić lecącą w stronę Ziemi asteroidę pokazywany jest cały świat świętujący tę chwilę - zarówno w USA, Australii, Arabii Saudyjskiej i Paryżu jest wtedy zawsze środek dnia (jak na przykład w "Dniu Niepodległości"). W "Armageddonie" cały świat - młodzież w kafejce w Paryżu, Chińczycy w jakiejś zapadłej wiosce, muzułmanie pod meczetem na Bliskim Wschodzie (zawsze zgrabnie upozowani na tle jakiegoś zabytku klasy "0") - słuchają w skupieniu i ze wzruszeniem przemówienia prezydenta USA z radioodbiorników i megafonów, w licznych wypadkach poobijanych i trzymanych na kijach, ale co tam! Słuchają nabożnie, nie mając nijakich trudności ze zrozumieniem języka ani faktu, dlaczego u nich jest ta sama godzina, co w USA, chociaż powinien wstawać świt/ zapadać wieczór/ trwać ciemna noc/ być pora lunchu.

Ale że wystarczy być tylko Bohaterem, niekoniecznie zaraz Amerykańskim, by zyskać cenną umiejętność orientacji w nawet najbardziej zawiłych budowlach, po których goni się lub ucieka zawsze - choć są to wszak budynki oglądane pierwszy raz w życiu -  bezbłędnie trafiając w odpowiednie drzwi/ na odpowiednie piętro/ skręcając we właściwy korytarzyk/ zaglądając do tej jednej, właściwej szafy można przekonać się oglądając  "Przygody młodego Sherlocka Holmesa".

Prawdziwy Bohater z łatwością przenika też do wszelkich obiektów chronionych. Przed rozpoznaniem chroni go błyskawicznie zdobyty fartuch bądź uniform (zawsze doskonale pasujący, po prostu jakby był szyty na miarę). Mija lub wydaje polecenia personelowi i nikt się nie orientuje, że pierwszy raz człowieka na oczy widzi, jakby ludziom w robocie było obojętne komu podlegają i kto się po niej wałęsa.

To właśnie jest jedynym niedociągnięciem (a wręcz obsuwą), którą Królowa Matka wypatrzyła w "Ocean's Eleven", filmie, który uwielbia, i który mogłaby oglądać codziennie, oraz który uważa za arcydzieło logiki i precyzji. I w tym arcydziele precyzji bohaterowie, niezbędnie potrzebujący Maszyny, Która Robi "Ping!" i tym "pingiem" wyłącza prąd w mieście, po prostu wchodzą do jednego z dwóch w kraju ośrodków, gdzie takie ustrojstwo się znajduje (w dodatku zupełnym a szczęśliwym przypadkiem jeden z ośrodków znajduje się o góra godzinę jazdy samochodem od Las Vegas), i je sobie biorą. Podjeżdżają do Specjalnego Państwowego Supertajnego Ośrodka furgonetką, włażą doń przez okno, wynoszą Maszynę, Która Robi "Ping" przykrytą jakimś prześcieradłem, ściga ich dwóch ochroniarzy bez przekonania biegających po schodach, absolutnie nikt nie podnosi rejwachu na cały kraj, żadne siły specjalne nie zostają postawione w stan gotowości, a w dodatku na przygotowanie i przeprowadzenie akcji uprowadzenia maszyny Bohaterowie mają dwa dni. Aż dziw, że podobne coś mogło się trafić w filmie tak przemyślanym (który Królowa Matka kocha mimo to :)).

Niestety, nie każdy Bohater Filmowy może być Bohaterem Pełnoobjawowym. Czasem jest Bohaterem Steranym Życiem I Po Przejściach, w takim wypadku zazwyczaj pracuje w policji i jest na przymusowym urlopie/zawieszony, ale i tak posiada Supermoce, dzięki którym pod jego marynarką mieszczą się: dwa pistolety, kilka magazynków, pudełko cygar (lub papierosów), odznaka (jeśli przypadkiem Bohater nie jest akurat zawieszony), notesik z tymi adresami  i numerami telefonów, które akurat okażą się niezbędne, zapalniczka, okulary przeciwsłoneczne, kluczyki do samochodu i mieszkania, portfel z gotówką zawsze akurat wystarczającą na kawę i pączka, karta kredytowa (do włamywania się do willi szefa mafii/pokoju hotelowego skorumpowanego kandydata na gubernatora), kawałek druta i/lub komplet staromodnych wytrychów (do włamywania się do magazynów z heroiną), paczka gum do żucia, telefon komórkowy z aktywną klapką (który i tak się rozładuje w najmniej odpowiedniej chwili, a ładowarka jest czymś, czego Bohater tego typu nie ma przy sobie NIGDY), szczypce boczne i poręczny śrubokręcik (do rozbrajania bomb), chusteczka (do chwytania dowodów rzeczowych bez zostawiania odcisków palców), zestaw woreczków (do wkładania do nich podniesionych przez chusteczkę dowodów rzeczowych), dyktafon (do nagrania pełnych zeznań Czarnego Charakteru, które czyni on rechocząc wrednie w mylnym przekonaniu, że są to ostatnie chwile Dobrego Bohatera na tym padole, a które następnie można puścić przez telefon, żeby Zły Bohater WIEDZIAŁ, albo przez głośniki, żeby WIEDZIAŁO całe miasto/wszyscy w miejscu pracy Czarnego Charakteru/ cały kraj w wypadku, gdy Czarny Charakter jest prezydentem kraju), piersiówka z whisky (do schlania się, "bo Liz odeszła dokładnie 5 lat temu"), zdjęcie Liz, zrobione polaroidem, złożone w kostkę zdjęcia pamięciowe domniemanego mordercy (który jest, oczywiście, mordercą faktycznym, bo prawdziwy glina wie od początku o kogo chodzi, choć zdaniem wściekłego komendanta "to przecież najbardziej szanowany obywatel w mieście"), oraz ten fragment gazety sprzed dwóch miesięcy/ fotografii podejrzanego na bankiecie/notatki sporządzonej przez sekretarkę/kartki z przypadkiem znalezionego dziennika ofiary, który sprawi, że wszystkie elementy układanki zaczną nagle do siebie pasować i doprowadzą jak strzelił do pięciominutowej bijatyki na najwyższym piętrze znajdującego się jeszcze w budowie najwyższego budynku w mieście, zakończonej zrzuceniem Czarnego Charakteru  pięknym łukiem w dół, i osiągnięcia niezbędnego dla dobrostanu widza triumfu sprawiedliwości.

W zasadzie chłopak nie powinien móc chodzić z takim obciążeniem, a w najlepszym razie zwracać uwagę absolutnie wszystkich nietypową figurą i wyraźnymi trudnościami w poruszaniu się. A nie tylko chodzi i nie zwraca, ale jeszcze włamuje się do tych will i pokoi hotelowych, i do magazynów z heroiną też, zbiera rzeczowe dowody, ogląda zdjęcie Liz pociągając z gwinta z piersiówki i wymierza sprawiedliwość przestępcy, obiwszy mu uprzednio mordę.

I jak tu nie kochać Prawdziwych Hollywoodzkich Bohaterów.

26 komentarzy:

  1. I jeszcze za plecami Amerykańskiego Bohatera bomby wybuchają w zwolnionym tempie i ani mu włosy nie drgną! Najwyżej w odwrotnym kierunku, tak, by nie zasłonić pełnej twarzowego napięcia facjaty :)
    Moim ulubieńcem jest scena z filmu (wstyd, tytułu nie znam, ale zawsze trafiam tylko na tę scenę i z wesołości zmieniam kanał) gdzie ziemię czeka zagłada bo wybucha zdaje się wulkan pod Yellowstone, co wieszczy głos wołającego na puszczy... Żonę głównego bohatera nazwiskiem Cusack zastaje ta apokalipsa w markecie, pod nogami pęka jej ziemia i skutkuje to pęknięcie tylko rozłączeniem jej z narzeczonym, który znajduje się na drugim brzegu leja. Sam zaś Cusack ucieka przed pęknięciami samochodem i ZAWSZE skręca we właściwym kierunku nic a nic nie zwalniając. I jeszcze udaje mu się żonę przybrać po drodze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że tego nie widzialam (może ze wzgledu na irytacje, jaka budzi we mnie John Cusack), nie wiem teraz, czy się cieszyć czy martwic ;D...

      Usuń
    2. Bezdzietna Filmologia1 listopada 2013 09:35

      Jarecko, to jest cudowny gniotuch nad gnioty zwany "2012" oczywiscie od domniemanej apokalipsy calej Ziemi, co niby to mieli przewidziec Majowie swoim sprytnym kalendarzem na gregorianska date 21.12.2012 *hihi*. Straszliwy wybuch to juz kulminacja, akcja zaczyna sie od ZUYCH neutrino przylatujacych nagle ze Slonca I GOTUJACYCH WODE GLEBINOWA wewnatrz skorupy ziemskiej (nie wiedziec czemu pozostawiajac oceany I morza calkiem chlodne, spokojne I blade). Ugotowana woda glebinowa postanawia wybuchnac, ale tylko w Indiach, gdzie straszliwe tsunami (coz za holywodzkie wyczucie taktu!) pochlania hinduskich naukowcow, z ktorych jeden jest oczywiscie najlepszym przyjacielem Cusacka z dawnych lat. Zanim naukowiec zginie, oczywiscie zdaza ostrzec naszego bohatera, dzwoniac do niego z komorki z laboratorium we wnetrzu ziemi oraz jeszcze sie pozegnac ostatni raz, tuz przed pochlonieciem przez fale gejzerotsunami...
      Koniecznie polecam obejrzec te wyborna komedie, jesli sie ma ochote pekac ze smiechu jak ziemia pod nogami ^_^

      Usuń
  2. Spłakałam się. Idealnie dobrana dawka jadu i ironii :) Aż pożałowałam, że na filmy akcji reaguję mdłościami i wysypką, jedynym filmem do strawienia dla mnie jest "Die Hard" (oh, Bruce:) ). Chociaż jak tak przyjrzałam się, to Harrisonem Fordem też bym nie wzgardziła ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo filmy akcji trzeba ogladać ze specjalnym nastawieniem :). Oraz chcialam dołaczyć do swych spostrzeżen Bruce'a Willisa, wykańczajacego jednym magazynkiem oddzial komandosow strzelajacych tyralierą, ale by mi sie wpis rozrósł, dobrze, że się powstrzymałam, jeszcze bym uczucia urazila :)...

      Usuń
  3. Krolowo Matko, czy Krolowa Matka ogladala trzeci sezon "Falling skies"? To czysta, przepiekna kwintesencja absurdu czy tez tego "jak maly Dyzio wyobraza sobie cos tam".
    Na zachete : przygodnie spotkany profesor fizyki zna sie na fizyce nuklearnej wiec zna rozklad pomieszczen najblizszej elektrowni atomowej i wie, uwaga, jak ja wylaczyc!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie! Ale poczułam się zachęcona :D.

      Usuń
    2. Wylaczaja ja rzecz jasna ladunkami wybuchowymi, po czym odjezdzajac patrza czy wszystko ok. No bo jak nie ma grzyba atomowego to jest ok, co taka elektownia moze :)

      Usuń
  4. Tada!!! O takim drobiazgu jak kuloodporność nie ma co nawet wspominać, bo to się samo przez się rozumie :) A z moich obserwacji jeszcze wynika, że prawdziwy superbohater musi też w każdym filmie przynajmniej raz wisieć - trzymając się rękami np. skraju dachu najwyższego budynku w mieście lub czegoś podobnego. Bez wiszenia się nie liczy. (Nawet Frodo wisiał!)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A, prawda, jeszcze wiszenie. I obowiązkowe zlapanie za nogę Dobrego Bohatera przez pozornie martwego Złego Bohatera. O ilu rzeczach czlowiek zapomina ;)!

      Usuń
    2. I jeszcze co poniektórzy przez szybę wylatują/wyskakują! Oczywiście bez uszczerbku na fryzurze/makijażu...

      Usuń
    3. żeby tylko Frodo! Ja widziałam film "Mała księżniczka" gdzie wisiała (i się podciągała) bohaterka tytułowa!
      Bromba

      Usuń
  5. Aż nabrałem ochoty na zawieszenie na kołku mojego logicznego (buahahahaha!) myślenia i obejrzenie jakiejś bzdurki z milionem wybuchów i latającymi Chińczykami :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ nie, nie zawieszaj!!! Jak się zawiesi, to wszystko to, co powyżej (plus jeszcze więcej) łyka się, jak gęś kluski. Najlepsza zabawa jest wtedy, jak się mysli logicznie własnie :D.

      Usuń
    2. Bezdzietna Filmologia1 listopada 2013 09:41

      wisiec moze tylko dobry bohater, ostatnimi palcami na krawedzi przepasci!
      nie na darmo przerwanie akcji w najstraszniejszym momencie nazywa sie po hollywodzku cliffhangerem!

      Usuń
  6. ...dlatego tak lubię oglądać parodie filmów akcji - np te z Leslie Nielsenem - jest w nich wszystko, o czym pisze Królowa Matka:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I więcej jeszcze :). Tez lubię, ale chyba wolę "oryginaly", w pewnym sensie to zabawniejsze ;D.

      Usuń
  7. Zawsze mówiłam, że filmy z Jamesem Bondem to super komedie ;-) I najlepsza odstresowująca rozrywka - to oglądnąć film tego typu, z modelowym superbohaterem ratującym świat (a przynajmniej najbliższą okolicę) przed zagładą, i odkrywać liczne "must be" z tym związane :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jesli ma się odpowiednie towarzystwo, to juz całkiem cymes :D!

      Usuń
  8. Uśmiałam się jak norka:) I nawet przeczytałam Mojej Połowie, bo to on czasami zmusza mnie do oglądania tego typu filmów:) Mimo, ze mam absolutnie takie samo zdanie co do nich jak ty:) Najważniejsze to podejść do takich produkcji jak do komedii, wtedy zabawa gwarantowana:):)
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, ja je lubię, te filmy (chociaż np. Jamesa Bonda ogladałam zmuszona okolicznosciami, nie całkiem dobrowolnie :). Ale resztę filmów - już dobrowolnie, a nawet niektore bardzo chętnie). Tylko nie podchodze do nich ze smiertelna powaga, to bardzo pomaga :).

      Usuń
  9. A jeśli Bohater zrobił coś złego (np. wysadził w powietrze pół miasta) to i tak wszystko zostanie mu wybaczone, bo robił to ze szlachetnych pobudek (np. by ratować swoją małą córeczkę, porwaną przez bandziorów).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaaa, a jesli połozy kanonadą z jednego magazynka dwadziescia kilka osób, to tez nie musi raportów pisac i wyjaśniac słuzbowo, czy uzycie broni bylo uzasadnione...

      Usuń
  10. Że też mi nie przyszło do głowy pójść na casting w Hollywood. Jakoś przeoczyłam że umiejętność recytowania kont bankowych daj zarobki Toma C. Fatalnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może jeszcze nie jest za późno :)?

      Usuń
  11. Dlatego dla mnie klasyką ever, którą będę kochała dozgonnie są Indiany Jonesy. Zwłaszcza ta ostatnia, najnowsza część, w której nieustraszony archeolog przeżywa wybuch bomby atomowej nakryty... a to już trzeba samemu zobaczyć! Na swoje nieszczęście byłam na tym w kinie - popkorn został opluty, osmarkany i zroszony obficie łzami ze śmiechu.

    OdpowiedzUsuń