niedziela, 30 czerwca 2013

Osłupiały strumień świadomości z elementami analizy, część trzecia, ostatnia, i wnioski

Na wstępie Królowa Matka chciałaby serdecznie przeprosić swoich Czytelników za to, że zmusza ich do przeczytania aż trzech części nierenalizy (ta ma cztery tysiące słów, bogowie moi, bogowie, Królowa Matka staje się ałtorką!!!). Chciała się ograniczyć do dwóch, słowo. Jeszcze jak drugą część pisała to miała szczere chęci, by na tym poprzestać, niestety, poniewczasie okazało się, że proza pani Michalak jest typu hamletycznego (Królowa Matka wyjaśni - typ hamletyczny literatury to taki, gdzie przez 4/5 dzieła nic  wielkiego - a już na pewno nic rozstrzygającego - się nie dzieje, bohaterowie spacerują, oddają się układaniu błyskotliwych planów zemsty, monologują wzniośle,  i snują głębokie przemyślenia, po czym w ostatnim akcie/na ostatnich kilkudziesięciu stronach dociera do nich - albo do autora - że terminy gonią, że to nie ma być "Wojna i pokój", tylko jednotomowa opowiastka, że wydawnictwo za chwile zażąda zwrotu już wydanej zaliczki, więc wszyscy bohaterowie zostają zgromadzeni w jednym miejscu i kwadrans później sprawa zostaje rozwiązana za pomocą kilku prostych zabiegów i narzędzi, jak na przykład zatrutego wina, zatrutego rapiera, pierścionka zaręczynowego w szampanie, księdza gotowego do spełnienia obowiązków zawodowych lub jeźdźca na karym rumaku. Oczywiście w wypadku pisarstwa Katarzyny Michalak należy z powyższego opisu wykreślić słowo "głębokie" i "błyskotliwe").

Jako typ hamletyczny autorka mniej więcej 50 stron przed końcem zaczyna mnożyć trudności i dodawać wątki, dopychając je kolanem, żeby się zmieściły. Królowa Matka przyznaje, że już dobry kawałek temu osiągnęła etap, gdy do dalszej lektury zmuszało ją jedynie poczucie Obowiązku Wobec Ludzkości, ale, niestety, obowiązkowa była zawsze, więc teraz brnie dalej.

Pozostawiliśmy Herołinę w chwili, gdy nalewka się przegryzała, poczekajczanie nadal jej nie lubili, Holender nadal był chmurny i wyniosły, PŁ zaczynał przejawiać pewne objawy zniecierpliwienia, a biedaczce nie wychodziło zakochiwanie się w nim, chociaż się starała.

I oto sprawy zaczynają się (jeszcze bardziej) komplikować.

Podczas jednego z dyżurów w ZOO umiera czarna pantera (mając taka opiekę? - toż mus nam tu wszystkim pocmokać z niedowierzaniem!), Herołina, zamiast skonstatować ten smutny fakt, a potem zrobić sekcję, jak każdy normalny lekarz weterynarii, wpada do klatki zwierzątka, rzuca się na kolana i, tuląc jego głowę do łona, zawodzi: "Jaga, nie umieraj!". Zostaje z klatki wyciągnięta siłą, a potem wezwana na dywanik do Dyrektora. Podczas, gdy Dyrektor, ten dusza człowiek, zamiast udzielać jej  reprymendy i grozić wyrzuceniem na zbitą buzię rozpływa się w zachwytach nad "kolejną rzeczą, która wejdzie do legend naszego ZOO, ach, jaka szkoda, że mnie tam nie było, droga pani Patrycjo!!!", drzwi się nagle otwierają i staje w nich Holender. Chce się wycofać, ale Dyrektor zaprasza go do środka i demaskuje w sposób tyleż finezyjny (encore, brawa dla autorki!), co zaskakujący (Herołinę, bo chyba nikogo więcej): " - Będziesz miał o czym pisać. Pani doktor, jak zauważyłem, bohaterka twej najnowszej powieści, dzisiaj wyprawiła na tamten świat twoją ulubioną modelką, czarną panterę. Ale najpierw utuliła ją czule do wiecznego snu.
Holender zmarszczył brwi, nic nie rozumiejąc. Patrycji straszne podejrzenie zjeżyło włosy na głowie.
Jaga - modelka. Holender - Gabriel. Pani doktor - bohaterka powieści. Dyrektor sięgnął na półkę uginającą się od dziesiątków tomów i wyciągnął jeden z nich. Na okładce skradała się czarna pantera. Tytuł brzmiał: Cień Wielkiego Kota. Autorem był Gabriel A. Mroczny - posiadacz skrytki numer 34 na poczcie w Lublinie".

Wstrząśnięta Herołina leci do domu (nie bardzo wiadomo jak, wygląda na to, że wybiega z ZOO w godzinach pracy i zasuwa, szlochając, 20 kilometrów na piechotę), niestety, w domu nie może oddać się rozpaczy, bo zastaje siedzącego przy jej własnym stole poczekajkowego Gandalfa, który - chociaż jest jasnowidzem i wróżem - nic nie rozumie z jej bełkotu przeplatanego ze szlochem, więc Herołina wyjaśnia mu dobitnie, o co się wścieka: " - Bo mój Amre, mój wspaniały wymarzony Amre, okazał się parszywym, podłym bandziorem. Skurwielem, który kobietę zakatował niemal na śmierć. - Każde słowo, wypowiedziane wolno i dobitnie sprawiało, że staruszek kurczył się w sobie. — A ja zdążyłam go pokochać". Słusznie wpadasz w zdumienie, Luby Czytelniku, Królowa Matka też objawów tego uczucia (ani, mówiąc szczerze, żadnego innego) nie zdołała zaobserwować, ale nic to, wyznanie słyszy też Holender (najwyraźniej lecący 20 kilosów w ślad za spłakaną Herołiną), który nie dość, że nie odnosi się do niego romantycznie, to jeszcze brutalnie oznajmia Patrysi, że jej listami to on, o , w piecu pali! i  dziewczynie nie pozostaje już nic innego jak tylko popaść w depresję, uprzednio wyniósłszy wszystkie książki Gabriela A. Mrocznego na strych, bo nie może już na nie patrzeć bez uczucia bolesnego skurczu serca.

W zanurzaniu się w rozpaczy przeszkadzają Patrycji lokalsi, których cieląca się krowa doznaje komplikacji, że zaś weterynarz powiatowy leży gdzieś pijany zmuszeni są wezwać na pomoc Herołinę, chociaż silnie są do niej nieprzekonani, i to mimo faktu, ze nie czytali książki i nie wiedzą, jak fachowo pani weterynarz zajmuje się powierzonymi jej zwierzątkami w ZOO (" - Gówno tam, niech zdychają. Babie kroić nie dam"), a łamać się zaczynają dopiero przy: "Zapłacisz pan, gdy operacja się uda. Jeśli nie, ja zapłacę: i za krowę, i za cielaka".  Królowa Matka, ta czepiająca się z zasady wszystkiego istota, sprawdziła, po ile według brata Gugla chodzą krowy z cielętami, wyszło jej, że po około 3,5 tys, co po prostu musi oznaczać, że za usługi weterynarza zamojskie ZOO płaci jak za zboże, skoro na tego typu zakupy stać osobę odciętą od mamusinej sakiewki. No ale to drobiazg, grunt, że pani weterynarz udatnie przeprowadza zabieg cesarskiego cięcia, okoliczni silni mężczyźni mdleją jak dziewice w gorsetach, krew się leje, ale krowa i krowię przeżywają, a Patrysia zyskuje w oczach okolicznego pospólstwa ( a jak - że Królowa Matka nieco wybiegnie w streszczaniu - nazajutrz przegalopowuje przez wieś w tę i nazad na czarnej jak skrzydło kruka rasowej klaczy, na którą wymieniła swój samochód - i, tak, Kochany Czytelniku, Królowa Matka znowu dokonała porównania cen i oto, co jej wyszło - samochód typu ford, powiedzmy, ford fiesta z, powiedzmy, 2004 roku - 4,5 tys, klacz czystej krwi arabskiej rodowodowa, około 11 tys plus koszty utrzymania, wnioski - Królowa Matka też chce być taka biedna jak Patrysia!!! - no więc, jak przegalopowuje na swoim spełnionym marzeniu, które następnie zrzuca ją przez łeb prosto u wejścia do pubu to już w ogóle lud wiejski uznaje, że teraz to pani doktor powinna się ino nauczyć pić i już całkiem swoja kobita się z niej zrobi).

Zanurzać się w rozpaczy nadal jednak nie może, bowiem nieoczekiwanie najeżdża ją Hania, przepiękna przyjaciółka, konsekwentnie opisywana jako osobniczka wbita w niebotycznie wysokie szpilki, najbardziej mini minispódniczki, jakie istnieją i ze zjadliwie niebieskim cieniem na powiekach oraz makijażem niemal scenicznym ("Haneczka w pełnym makijażu, sukni wieczorowej niemalże i szpilkach, w których jej nogi na wybojach chwiały się komicznie", "Bez postarzającego ją o naście lat makijażu i dziesięciocentymetrowych szpilek wyglądała wreszcie po ludzku" - pozwala to wysnuć daleko idące wnioski na temat poczucia piękna u pani autorki), której entourage jednakże najwyraźniej zachwyca okoliczną męską młódź. Hania tarza się w ogólnym zachwycie z błogim uśmiechem, łypie chętnym okiem na Łukaszka, bo to wiadomo, on piękny, ona piękna, pasują do siebie, zaś zdesperowana i wciąż nie zakochana Herołina postanawia zrobić coś ze swoim pozbawionym emocji życiem, lecz, niestety, nie może, odkrywa bowiem, że ktoś jej zarąbał już przegryzioną nalewkę ("Jakaś cholera ukradła butelkę z urocznym winem i teraz zapewne zakochiwała się w pierwszej istocie, którą napotkała na swej drodze (...) Następna pełnia będzie dopiero za miesiąc, a jak sobie przypomniała rwanie nago lubczyku i wyciskanie purchli na ropusze...").

Do kradzieży przyznaje się już wkrótce dziadek Aureliusz (znaczy się, Gandalf), tłumacząc, że nie chciał, aby "wiązała się siłami Magii z Łukaszkiem"), racjonalne i błyskotliwe argumenty ("Znam obu, i Artura, i Łukasza: Diabła w ludzkiej skórze i Władcę Pieniądza") do Herołiny nie przemawiają, więc dziadek jej wino oddaje, po czym niemal natychmiast przez pomyłkę upijają się  nim Hania i Najpiękniejszy Z Całej Wsi Zenek, którzy zaczynają bezzwłocznie planować ślub (w tym "niemal" mieści się, brutalnie usunięte ze streszczenia przez Królową Matkę, której się już w głowie od tych wszystkich... eeee... zwrotów akcji kręcić zaczyna, co następuje: wiejskie disco z mordobiciem - "Bodziesz? Jak bydle? Bier sztachetę, bij się jak człowiek!" - męska rozmowa Gabryjela, Łukaszka i Artura, zakończona wymianą iście dyskotekowych argumentów - "Patrycji skrzywdzić nie pozwolę! - Ty nie pozwolisz?! Ty?! - Łukasz roześmiał mu się w twarz, posyłając porozumiewawcze spojrzenie Arturowi stojącemu za plecami Holendra. Ten uniósł wyniesioną z pola walki sztachetę i z rozmachem uderzył niczego niespodziewającego się mężczyznę w krzyż. Holender padł jak ścięte drzewo. Ból obitych nerek mało nie odebrał mu przytomności - Co, bydlaku - Artur złapał leżącego za włosy, by zajrzeć mu w twarz - sam masz ochotę na panią doktor? (...) Odrzucił głowę Gabriela, aż rąbnęła o ziemię." - , zaprzęganie rasowej klaczy do wozu drabiniastego celem użycia jej do zwożenia siana - "Koń, istota o mózgu nie większym od mandarynki, doszedł do wniosku, że w tej sytuacji najlepiej... się położyć" - prześmieszne opisy prób nauczenia Patrysi prowadzenia traktora, sielskie opisy sianokosów, desperacka próba zdobycia Patrysinego wianka przez Łukasza, jeszcze bardziej desperacka - oświadczyn oraz zwiedzanie przez Patrycję i jej Dyrektora ZOO w Lublinie, "na obchodach którejś tam rocznicy czegoś tam", zapewne powstania w dalekiej przyszłości, bowiem ZOO w Lublinie nie istnieje, a jego budowa, i to w wersji mini, planowana jest na rok 2014, o, tu, prosimy bardzo, linkuś)

Na szczęście dla Hanusi nawet moc nalewki nie wytrzymuje konfrontacji z dojeniem krów i prowadzeniem sporego gospodarstwa rolnego, wietrzeje z głowy (nie to, co w literackim pierwowzorze, tak, Królowa Matka zauważyła tę... hm... przypadkową zbieżność, bo, doprawdy, nie chce jej się wierzyć, że mogłaby to być świadoma inspiracja) i dziewczę, uwolnione od mocy magii, opuszcza Poczekajkę pozostawiając Patrycję jej depresji.

Chyba z tej depresji właśnie Patrycja lekceważy podesłanie jej drugiej karty tarota - tym razem Wisielca - i wreszcie wpada do studni, na co czytelnicy czekają od początku książki. Wpada popchnięta od tyłu, udaje jej się chwycić łańcuch, na którym wisi wiadro, teraz oprócz wiadra wisi też Herołina i czeka na pomoc, niestety, gdy podnosi głowę, by wołać o pomoc zauważa, że "Nad studnią pochylała się... Janka. I nagle Patrycja zrozumiała, kto chciał się jej pozbyć (...) i kto czekał teraz, z oczyma nieruchomo utkwionymi w jej twarzy, oczyma wypełnionymi chorą nadzieją i nie mniej chorą nienawiścią, aż rywalka pójdzie na dno.
- Pomóż mi - poprosiła Patrycja, wiedząc, że prosi na próżno. Janka milczała. Oczy miała zimne i nieruchome jak rekin"
, a Królowa Matka ostatecznie przekonuje się, że Janka jest jej ulubioną bohaterką tej powieści, bowiem z żadną inną występującą w niej osobą nie zdarzyło się Królowej Matce do tego stopnia identyfikować.


Ostatecznie po długim czasie wyciąga Herołinę z tej studni Holender (już wiesz, Czytelniku, że pytanie, dlaczego akurat on, co robił w okolicy i takie tam byłyby zupełnie bezsensowne, więc po prostu etap stawiania niewygodnych pytań pomińmy), ale gdy tylko zaczyna być miły rozmowa schodzi na Łukaszka i nasze gołąbeczki z miejsca zaczynają się kłócić, zaś Czytelnik, świadom, że do końca książki zostało ze trzydzieści stron, zaczyna podejrzewać, że oni się jednak nigdy nie zejdą i po co w takim razie, do licha, było wprowadzać cały ten wątek.

W dodatku Patrysia traci też pracę, to znaczy, nie traci, ale ZOO nie dostaje zgody na zatrudnienie weterynarza na cały etat, co oznacza, ze Herołina nie dostanie kredytu na zakup chatki i będzie musiała wrócić z podkulonym ogonem do mamusi. Czytelnicy zaczynają zastanawiać się z rosnącym napięciem, PO CHOLERĘ w ogóle w takim razie napisana została cała ta książka, na szczęście w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze pojawia się czarodziej Aureliusz, który, zdobywszy włos Patrycji i Holendra, czyni z nimi magiczne coś przy świecy w dziwnym lichtarzu i tajemniczych symbolach wypisanych na stole, a zatem możemy być chociaż o przyszłość tego stadła całkowicie spokojni.

I rzeczywiście, już na drugi dzień nadciąga potworna burza z huraganem, dziadek Aureliusz skłania Holendra, by udał się do chatki Patrycji, i pilnował jej, gdyż "znając tę szaloną dziewczynę, zamiast się bać, stanie pod broną i będzie podziwiać pioruny" (niechętnie przyznając, że Gandalf bezbłędnie ocenił inteligencję panienki Królowa Matka jednocześnie nie może mu wybaczyć, że zlikwidował kolejną okazję, by raz na zawsze nieodwołalnie wyeliminować geny Patrycji z genetycznej puli ludzkości), żeby się Holender rwał do powierzonego mu zadania to powiedzieć się nie da, no ale ostatecznie idzie, siedzą w chatce, iskrzy między nimi, co wiemy wskutek tego, że pani Kasia tak napisała, i wreszcie burza nadchodzi, idiotka Herołina uparcie stara się te geny wyeliminować ("Gabriel wepchnął Patrycję do środka, przez chwilę walczył z drzwiami (walki tej nie ułatwiała mu uratowana, podskakując nad jego ramieniem, by dojrzeć, co też się wyrabia na zewnątrz"), ostatecznie jednak daje się zamknąć w letniej kuchni, jako, że jest przemoczona przebiera się w ciągle wiszącą na drzwiach szafy ślubną suknię, Gabriel zaś, przeciwnie, rozbiera się ("Tak wspaniale umięśnionego mężczyzny, o tak pięknie opalonej, lśniącej i gładkiej skórze nie widziała w całym swoim dwudziesto-z-hakiemletnim życiu, No dobra, szczerze, w ogóle niewielu półnagich facetów oglądała" - bowiem w tym tajemniczym świecie, w którym błądzi umysł pani autorki, dziewicom na plaże wstęp jest surowo zabroniony), po czym oczywiście nareszcie staje się to, co stać się miało ("Jęknął, po czym przelał żar trawiący lędźwie w jeden pocałunek") i to tak efektownie, że stare łóżko Patrycji idzie w drzazgi, do kulminacji wszakże nie dochodzi, gdyż tuż-tuż przed nią Holender zauważa biegnącą drogą Jankę, która, podpaliwszy chatkę sama zajęła się ogniem.

Chatkę gasi deszcz, Janeczkę - gołymi rękami - Holender, oboje poparzonych zabiera pogotowie, zaś Herołina dostrzega jeszcze jedną łunę - płonie wiatrak Holendra, podpalony przez wrażego Arturka i prawie równie wrażego Łukaszka w mniemaniu, że pozbawiony ukochanego dachu nad głową Holender wyniesie się ze wsi, a tym samym Patrycji nic w Poczekajce nie będzie już trzymać.

Wiatrak pali się do gołej ziemi, zszokowaną Patrycję dostarcza do domu Łukaszek, dzielnie odgrywający rolę rycerza na białym koniu, niestety, dość szybko dowiaduje się, że rycerzem został ktoś inny, wściekły rzuca więc uwagę o tym, że jeśli Patrysia pragnie zostać panią hrabiną to, przykro mu bardzo, ale ten etat jest już zajęty, po czym okazuje się, że, blefując, trafił, i nasz Gabryjel istotnie jest żonaty, co do tej pory skutecznie ukrywał nawet przed dziadkiem Gandalfem.

W tej sytuacji Patrysi pozostaje tylko cierpieć widowiskowo, co czyni z poświęceniem, co autorka z równym poświęceniem (i wracając do języka dwunastoletniej egzaltowanej i raczej histerycznej gimnazjalistki, który po fatalnym początku nieco wygładziła w środku powieści) opisuje, i co z niewyobrażalnym poświęceniem Królowa Matka przeczytała i Wam, Kochani Czytelnicy, tu streszcza ("Jej ciche słowa, w których nie było wyrzutu czy potępienia, a tylko suche stwierdzenie faktu, trafiły prosto w jego zbolałe serce. (...) Wyszła wreszcie z cienia i mógł zobaczyć jej oczy pełne cierpienia. (...) Uniosła wzrok, zajrzała pytająco w szare oczy i już wiedziała, że przegrała. Tak jak one teraz wyglądałby ptak schwytany w dłoń. Strach i odraza — te dwa uczucia widziała tylko przez ułamek sekundy: mignęły w oczach, ściągnęły rysy twarzy. Szklaną taflą odcięły jej drogę do tego mężczyzny"). W trakcie efektownej pyskówki Holender rzuca naszej naiwnej Herołinie w twarz, że jej narzeczony (czyli Piękny Łukaszek, że Królowa Matka uświadomi tę bardziej oszołomioną część Czytelników) wziął pieniądze od jej mamusi (chociaż niedokładnie wie, za co), Herołina mu nie wierzy, czemu się trudno dziwić, żąda wskazania jej drogi do domu narzeczonego, gdy zaś do tego domu podjeżdża (konno!) wchodzić na rozstrzygająca rozmowę już nie musi, przez okno widzi bowiem, jak jej mamusia (która zjechała była nieoczekiwanie na inspekcję), oszołomiona urodą Łukasza, oraz on sam... jakby to elegancko ująć... o - nawzajem obdarzają się rozkoszą. Zupełnie otępiała, idzie przed siebie tłukąc przy okazji szpicrutą kogo popadnie ("Świst szpicruty. Zduszony krzyk mężczyzny chwytającego się za płonący krwawą pręgą policzek. Szalone z nienawiści oczy dziewczyny, mierzącej końcem szpicruty prosto w jego twarz. I trzy słowa - Nie. Dotykaj. Mnie."), nieświadoma, że za jej plecami poczekajkowy Gandalf, zbrojny w znalezioną w ruinach wiatraka nadpaloną zapalniczkę i ukrytą w kieszonce na piersi, włączoną komórkę, połączoną z policją, przeprowadza zasadniczą rozmowę z Łukaszkiem i Arturkiem (który okazuje się być nie Zuy, ale nawet Jeszcze Gorszy i tym samym staje się Jeszcze Gorszym Arturem, w skrócie JGA), w której na jaw wychodzą przeróżne ciekawostki.

Jak na przykład ta, że Janeczka wcale a wcale nie chciała dobrowolnie oddawać wianka Łukaszowi, no skądże znowu, była dziewczęciem słodkim i pięknym, i czystym jak krynica górska, ale została spojona drinkiem z tabletką gwałtu, którymi w wielkich ilościach dysponował JGA ("od lat trudnił się rozprowadzaniem w kręgach dubbingowych pigułki gwałtu. Jako lekarz weterynarii miał do tego specyfiku nieograniczony dostęp..."), i której użyczył przyjacielowi niezdolnemu pogodzić się z faktem, że chodzi po tej ziemi dziewczyna, która go nie chce. Skutki znamy, pan hrabia dał w mordę i Łukaszkowi, i narzeczonej, nie uszkodził jej tak ostatecznie, jak to przez 5/6 książki sugeruje autorka, ostatecznie uszkodziła się sama, łykając ogromną ilość kolorowych (inne by pewnie nie podziałały) tabletek i usiłując umrzeć w towarzystwie ściskanego w dłoni zdjęcia przedstawiającego ją i Holendra w rozkwicie ich tak brutalnie zdławionego uczucia. 

Źli, źli panowie zostają przez dziadka Aureliusza ukarani rzuceniem uroku na ich męskość (nie, Czytelniku, to ci się nie śni), ale tego wszystkiego funkcjonująca półprzytomnie Patrycja się nie dowiaduje, dowiaduje się za to, że bank sprzedał jej chatkę komuś, kto zapłacił żywą gotówką i w obliczu tego ostatniego ciosu pozostaje jej tylko jedno - podciąć sobie żyły.

Co też czyni.

W szpitalu na oddziale psychiatrycznym ratują ja jak mogą, bo - nie znając jej dobrze - nie wiedzą, że rzecz jest  z definicji skazana na niepowodzenie, mimo to stawiają ją jakoś tam na nogi i wypisują ze szpitala, który, notabene, wcale nie jest mordownią z pasami, tak udatnie opisaną w najnowszym dziele autorki. 

Podleczona na ciele (bo o umyśle to już na początku książki nie było co wspominać) Herołina jedzie do ZOO, pożegnać się z Dyrektorem ("Uniósł jej dłoń do ust i ucałował. - Jest pani najlepszym lekarzem, z jakim miałem zaszczyt pracować. To miejsce będzie na panią czekało" - współczucie dla zwierząt pana Dyrektora w tej chwili niemal Królową Matkę zabiło, takich strasznych wizji jak Patrysia w roli najlepszego lekarza nie należy rzucać w twarz osobom chorym na serce!), personelem ("- Ten pyton-albinos...  - ten z długiej listy zwierząt, które pani doktor wykończyła, że Królowa Matka przypomni - - Kierownik umilkł, przełykając. Z trudem.- To był ginący gatunek, ale... pani była cenniejsza. Nawet od niego"), i nareszcie jedzie do swej chatki, przed którą stoi, tłumiąc szloch, tłum poczekajczan, którzy zdążyli pokochać Herołinę jak własne dziecko czy tam matkę, niestety, nie ma wśród nich Gabryjela i nie może mu Herołina niczego powiedzieć na pożegnanie (" (...) nie dało czasu na wyrwanie z poranionego serca i zdławionego łzami gardła tych najważniejszych słów. „Powiedz, że go kocham!", krzyczały jedynie oczy Patrycji. „Zawsze będę go kochała! Powiedz mu to!") i już, już, już się Patrycja kieruje w stronę samochodu, który ma ją uwieźć w świat bez marzeń, gdy nagle...

Zaczyna się dziać.

"Mieszkańcy rozstąpili się nagle, szmer rozmów ucichł, zmieniając się w pełne podziwu i respektu milczenie. Wolnym krokiem, ze swym tajemniczym uśmiechem na twarzy, nadeszła Berenika, zamiatając kurz drogi pyszną ciemnozieloną suknią. Dziadek pochylił się, całując czarownicę w rękę, a potem sięgnął do kieszeni i wyciągnął kopertę zaadresowaną do Patrycji. Pismo było dziwnie znajome. Zawartość również. Karta tarota. Tylko jedna. „Kochankowie". Odwrócił oniemiałą Patrycję w stronę łąk, przez które na złamanie karku gnał jeździec na czarnym jak źrenica kota rumaku".

Zdław szloch, Czytelniku, otrzyj łzę, która mąci Ci wzrok, przed Tobą jeszcze zdziwko stulecia: "Sięgnął do sakwy przytroczonej do siodła i podał jej... Podał gruby plik listów przewiązany wstążką.
- Tylko one ocalały z pożaru.
Spojrzała na niego, a potem znów na listy adresowane jej ręką na skrytkę pocztową numer 34 w Lublinie"
i niestety, nie uzyskasz odpowiedzi, jakim cudem, a to jest jedyna rzecz, która w tym dziele Królową Matkę naprawdę zainteresowała.


I to już...

...jest...

UFFF!!!

KONIEC

Źródło

A teraz wnioski.

W czasie jednej z rozmów Patrycji z koleżanką z pracy pada zdanie: "Polonistka w liceum powiedziała, że jestem grafomanką. Nigdy z żadnego wypracowania nie dostałam więcej niż trzy z minusem", z jakiegoś wywiadziku, linka do którego Królowa Matka nie ma (jeśli ktoś ma, byłaby wdzięczna za podesłanie) wie ona, że zdanie jest autobiograficzne i podobno zablokowało autorkę na szesnaśnacie lat, i taki imperatyw Królowa Matka poczuła, by tej nauczycielce szczerze i z głębi serca pogratulować fachowości, chłodnego oka i trafnego osądu, miło jest wiedzieć że w szkołach pracują (miejmy nadzieję, że jeszcze!) prawdziwi fachowcy.

Z jednym tylko Królowa Matka się nie zgadza - Katarzyna Michalak nie jest grafomanką. Z tego, co Królowa Matka wie o grafomanach, tryskają oni pomysłami niczym fontanna di Trevi, podczas gdy Katarzyna Michalak nieustannie cytuje samą siebie. Królowej Matce wystarczyła lektura dwóch i pół książek oraz recenzji Zwierza by dostrzec kalkę na kalce kalką poganiającą -  proste i niewinne dziewczę po trudnym dzieciństwie pragnące nade wszystko domku na wsi, nabywanie domku w ten sam, kretyński sposób, bez obejrzenia go, w  "Nadziei" IDENTYCZNY wątek co w "Poziomce", też dziewczę chore na raka trzustki, bezobjawowego (podobnie jak bezobjawowa jest np. ciąża poziomkowej bohaterki, która to bohaterka w siódmym miesiącu lata z drabiną po ogrodzie i rozwiesza na drzewach 21 domków dla ptaków) też jedzie we świat, tyle, że nie do Afganistanu, ale Iraku, i też okazuje się uzdrowiona cudem, w "Mistrzu" motyw dziewczęcia, co się stacza, bo samo na świecie zostało, ale kończy studia na UJ, piękne dziewczyny, którymi "aż dziw, że żaden facet się nie chciał zaopiekować, bo przecież każdy powinien chcieć, i to za darmo", wszyscy piszą i czytają książki pani Michalak, wszyscy nad nimi płaczą (ze wzruszenia, ze wzruszenia, Królowa Matka wie, że ta kwestia wymaga doprecyzowania), normalnie autoplagiat. Taka automania, nie grafomania, książki pisane metodą, "wezmę to, co już napisałam, pozmieniam imiona, a jak mi zabraknie weny wezmę coś, co napisał ktoś inny, na pewno nikt się nie zorientuje!" (inna rzecz, że jak pani autorka podaje swoją inspirację to bez jej wskazówek też nikt by się nie zorientował, i tak na przykład określenie Patrycji współczesną Anią z Zielonego Wzgórza może spowodować wyłącznie opad szczęki, albowiem Patrycję - infantylną kretynkę, w porównaniu z którą ameba ma bogate życie wewnętrzne - i Anię - pełną wdzięku, błyskotliwą istotę o barwnej osobowości - łączy jedynie płeć i kolor włosów, i może ktoś powinien uświadomić panią autorkę, że zafiksowanie na czarach, wróżbach, sabatach i rycerzu na karym rumaku NIE JEST tożsame z żywą wyobraźnią).

We wszystkich recenzjach, i pozytywnych (czyli w większości, co będziemy ściemniać), i w negatywnych, pada pytanie, dla kogo są te książki. Zawsze wymieniane są młode nastolatki, kury domowe, przysłowiowe kucharki - i z żadną z tych opinii Królowa Matka się nie zgadza, bo o wszystkich wymienionych grupach ma znacznie wyższe mniemanie, a już zwłaszcza młodym nastolatkom, pragnącym przeczytać historię o miłości niewinnego dziewczęcia i posępnego, chmurnego mężczyzny, ukrywającego w swym domostwie obłąkaną żonę, która wymyka się spod nadzoru i dokonuje zamachów na dziewczę oraz podpalenia domostwa Królowa Matka radziłaby z serca przeczytać zamiast "Poczekajki" oryginalną powieść, z której pani Michalak zerżnęła ten wątek, przynajmniej będą obcowały z pięknym językiem i literaturą światową.

Oszczędzona zostanie im również ekspozycja na wyjątkowo szkodliwe poglądy autorki, na jej niewyobrażalną mizandrię (dobry mężczyzna to mężczyzna albo mający czworo dzieci, albo stojący nad grobem, reszta to szuje,gwałciciele, brutale, alkoholicy itepe, itede) połączona ze zdumiewającym w obliczu tej mizandrii przeświadczeniem, że głównym celem życia kobiety jest zacumowanie u męskiego boku za wszelką cenę (no i napisanie powieści Katarzyny Michalak, co jest równie szkodliwe), a także dziwacznym antyfeminizmem, wręcz mizoginią (wszystkie bohaterki to albo zdziry i nimfomanki, albo dziewice bez charakteru, ale za to piękne, wszystkie z umysłowością, w porównaniu z którą rozwielitka jest Imanuelem Kantem), na wyroki ferowane z zadziwiającą łatwością i pewnością siebie osoby wszechwiedzącej...

A propos osób wszechwiedzących.

Tak się złożyło, że ostatnio (no, w ciągu ostatnich dwóch lat :)) Królowa Matka przeczytała pozycje jeszcze dwóch autorek, które wydały jej się koszmarne. Takie okropne jak "Poczekajka" nie (takie okropne nie jest nic), ale źle napisane, irytujące, lecące stereotypem. Mimo to nie wywołały w niej one chęci rozerwania obu pań  na strzępy, a to z jednego powodu - obie autorki, nie ukrywając, że wydając książki spełniły swoje marzenia, ciesząc się tym i opowiadając o swoich powieściach na forach (i na pewno także przejmując się recenzjami negatywnymi) nie biegały jednocześnie po internecie, lansując się gdzie popadnie, a potem obrażając wszystkich, którzy nie popadli posłusznie w zachwyt i wymagając na moderatorach for usuwanie wątków na swój temat. 

Słowem, ekspozycja na wybujałe "ego" autorki może być dla co wrażliwszego czytelnika równie szkodliwa, co na jej poglądy.

Królowa Matka, sięgając po "Poczekajkę" wiedziała, że nie sięga po "Ulissesa", ale jest ona osobą, która dzieli literaturę na tylko dwa rodzaje - złą i dobrą (teraz na trzy - złą, dobrą i Katarzynę Michalak), a z założeniem, że literatura tzw. kobieca musi być niższych lotów, musi odmóżdżać i musi być prosta w odbiorze dogłębnie się nie zgadza. Nie, nie musi, podobnie jak nie muszą być prostymi kryminały, przez wiele lat podobnie oceniane.

Problem w tym, że - zdaniem Królowej Matki - powieści pani Michalak są absolutnie dla nikogo i w ogóle nie powinny być wydane, są bowiem fatalne, napisane niechlujnie, bez żadnej troski o realia, na jedno kopyto - wiele dziwnych, nudnych, źle napisanych rzeczy Królowa Matka czytała w życiu, ale nigdy czegoś... czegoś... TAKIEGO. Pod koniec "Poczekajki" czuła się, jakby jej mózg poddawany był wyrafinowanym torturom (a dla równowagi psychicznej jednocześnie czytała "Wolf Hall" Hilary Mantel, książkę o epoce Tudorów pełną interesujących smaczków z epoki w rodzaju gotowania żywcem królewskiego kucharza, więc na torturach zna się jak mało kto).

Cokolwiek mówiłoby się o jakichkolwiek innych książkach jakiegokolwiek rodzaju WSZYSTKO to przy "Poczekajce" (et consortes :)) arcydzieło (nawet harlequiny, które przynajmniej pisane są dla pieniędzy, pod pseudonimami i nikt nie udaje, że mają one zbawić świat),  Królowa Matka pisze  to całkowicie poważnie - "Poczekajka" to najbardziej niechlujna, najgorzej napisana, najbardziej pozbawiona sensu rzecz, jaką czytała, i porównywanie jej do jakiegokolwiek dzieła jakiegokolwiek autora uwłacza temu innemu autorowi. I jego dziełom też.

A teraz -

Królowa Matka żegna się z Katarzyną Michalak, serdecznie gratuluje tym z Czytelników, którym udało się przebrnąć przez wszystkie trzy strumienie świadomości i informuje tych, którzy sugerowali, że powinna ruszyć na "Ferrin", że nie, dziękuje :). Na bardzo, bardzo, BARDZO długo (jeśli w ogóle).

Ale raczej w ogóle.

Albowiem  "dusza dziewczyny leży zwinięta w kłębek gdzieś na samym dnie jaźni (i bełkocze) i ma zamiar tam pozostać do końca świata".

Otóż to :).

93 komentarze:

  1. O, moiściewy... Podziwiam Cię, o Matko, żeś przez to przebrnęła... Zdarzyło mi się czytać różne durnoty nie do myślenia, ale Michalak to bym nawet w akcie desperacji nie ruszyła. Dobrześ mnie ostrzegła! Swoją drogą, wiesz, że ona ma swojego bloga? Wlazłam na chwilę, poraziło mnie bezkrytyczne uwielbienie, jakim "ałtorkę" tamże obdarzają wyznawcy i uciekłam... Ale pewnie się nie znam- w końcu zwykła ze mnie wiejska polonistka a nie sławny krytyk literacki. Pozdrawiam bardzo serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na blogu nie uświadczysz negatywnych uwag, bo autorka go moderuje żelazna dlonią (i ma prawo, jej blog, jej sprawa, gorzej, ze usiluje tez wpływac na resztę internetu, czasem skutecznie - no, ale myslę, że zaczyna się fala, ktorej nie sprosta...).

      Usuń
  2. Przeczytałam, wszystkie trzy części Twojej nierenalizy. Chyba najdłuższy artykuł w internecie jaki przeczytałam w całości, nie pomijając ani jednego słowa. A dlaczego? Bo jest genialny, błyskotliwy, zabawny, uargumentowany (tu się powtarzam wiem) i te lineczki, ahh, ahh! Jest wiele książek pisanych dla kasy, część mi się podoba, ale żadna z nich nie aspiruje do miana dzieła, a już nie daj Boże tekstu z przesłaniem i dlatego można je czytać bez narażania się na zidiocenie bądź totalnie zwątpienie w inteligencję czytelników. A tym podcięciem żył przez Patrycję, to mnie dobiłaś. Już widzę oczyma wyobraźni jak na wiadomość o tym, że Poczekajkę ktoś kupił, leci do kuchni, sięga po pierwszy lepszy nóż i tnie się do żywego. Aż mnie to bawi!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przedtem sie najadła tabletek i coś tam jeszcze, ale nie pamietam co (już wyparlam :)).
      Wlasnie, nie aspiruje do miana dzieła - dlatego nie podam nawet nazwisk tych innych autorek, nie mój problem, ze moim zdaniem źle pisza, żadna sie za takie opinie na świat nie obraza, a jedna to w ogole jest urocza, niech piszą na zdrowie!
      Ale tworzyć ten zbiór bzdur i gnoic ludzi za to, ze dla nich to wlasnie bzdury sa, i to źle napisane... no, zrozumienie tego mnie przerasta.

      Usuń
    2. bo ona naprawde wierzy ze to kjest dobre i głebokie moze? ludzie miewaja rozne uposledzenia

      Usuń
  3. Jeszcze raz ja, o, Matko... Nieopatrznie wpisałam w guglu parę haseł i teraz walę głową w klawiaturę, oglądając teledysk (!) do "Poczekajki"... Za co taka kara, za co... Nie podam linka, przerasta mnie to...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam linka :). Kochane kolezanki podeslały, ale obejrzałam dopiero, gdy umysł mi okrzepl po lekturze "Poczekajki" (zauważylas, jaki Łukasz jest piękny w teledysku, prawda? No miód malina :D)!

      Usuń
    2. Dziewczyny, nie bądźcie żyły, podzielcie się linkiem do teledysku!

      Usuń
    3. Link jest pod pierwszym komentarzem do drugiej części analizy :). Chyba pierwszym... w kazdym razie gdzies na początku komentarzy jest na pewno.

      Usuń
  4. Anutku, jedna uwaga - nienawiść w stosunku do mężczyzn to mizandria, nie mizoginia.
    I ad rem: dziękuję, dziękuję, dziękuję! Za wybicie ze mnie jakiejkolwiek masochistycznej chęci zapoznania się z tfu!rczością pani Michalak.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wasza Wysokość, przede wszystkim dziękuję Ci, że nie musiałam czytać całej "Poczekajki". Za to Twoje teksty z przyjemnością, trochę mściwą, ale zawsze przyjemnością ;) .
    Popularność dzieu AłtorKasi mocno mnie intryguje. Agresywna autopromocja, słodkopierdzące komcie fanek a nawet pazerni wydawcy to chyba trochę mało, żeby takie gnioty aż tak wypłynęły (o objęciu matronatem przez CPK nie mówiąc). Sama Ałtorka też nie powala charyzmą (a miałam okazję znać osobiście). Może to jakaś zbiorowa hipnoza, na którą niektórzy mają wrodzona odporność? A może za AłtorKasią stoi jakaś Czarna Alis czy Lily Weatherwax ;).
    Zaczynam się bać, bo ostatnio, jak chciałam koleżance wysłać maila z moją opinią o pani M. to skasowało całą wiadomość!
    A wywiad z tekstem o polonistce jest tu http://www.youtube.com/watch?v=D541L6KQdwM
    Jeszcze raz dziękuję za uchronienie przed martwicą mózgu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obejrzałem wywiad, jaki cudem jej wypracowania były nienaganne gramatycznie i stylistycznie, jak teraz książki nie są?
      A argumentem, że nie może znać całej Polski mnie powaliła. Nikt jej nie każe pisać o Kołobrzegu, jak go nie zna, prawda?

      Usuń
    2. Pocieszała się :). Z tego, co zauwazylam, jest w tym świetna :D.

      Usuń
  6. Szkoda, Królowo Matko, że nie ruszasz na Ferrin. Tylko Ty dałabyś mu radę, jednak aby przeczytać powieść, gdzie piękna Anaelcia jest alter ego autorki potrzeba czasu i chęci i ... siły. Bo zdrowie można na tej powieści stracić. Przeczytałam wszystkie 3 strumienie świadomości i jestem nimi zachwycona ! Poprawiły mi humor na całe wakacje, a że moje trwają do końca września to... No własnie :) jednak jestem ciekawa czy "Poczekajka" jest aż tak zła. Twoja recenzja, opinia zachęca do przeczytania, aby przekonać się na własnej skórze czy Poczekajka jest aż tak straszna.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli chodzi o Ferrin, mogę polecić http://czarne-owce.blogspot.com/2012/12/swiateczny-odcinek-specjalny-gra-o.html i dwie następne części. Ma być ich więcej, ale autorka coś się leni i analizuje inne dziełka.

      Usuń
    2. Czytałam :). Nie dziwię się autorce, ze się przerzuciła na inne dzieła, po trzech częściach "Poczekajki" sama mam dość na dłuuuuugo (niewykluczone, że na zawsze)...

      Katie @ Ja uważam, ze sama powinnaś coś przeczytać i sprawdzić, może ci podejdzie pisarstwo pani KM, ja po dwóch i pół książki pani Michalak odpadam.

      Usuń
  7. Dzięki, dzięki :) czytałam w pociągu i setnie się bawiłam :)

    Dla resetu polecam nową książkę Miłoszewskiego "Bezenny" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, zjadło mi literkę. Bezcenny miało być.

      I jeszcze jedno pytanie do trzeciej części mam: co to są "kręgi dubbingowe", w których rozprowadzane są na potęgę pigułki gwałtu??

      Usuń
    2. Nie ciebie jedną to dręczy, ja wymyśliłam, ze to "kręgi clubbingowe" z literówką...

      Usuń
  8. Podziwiam Cię, Aniu, za obowiązkowość. Mnie ostatnio nie chce się nawet całkiem niezłych książek kończyć, a taką pewnie odłożyłabym już po przeczytaniu informacji na obwolucie ;)
    Ale napiszę jeszcze jedno, co mi cały czas chodziło po głowie, kiedy czytałam wszystkie Twoje strumienie. Jak - JAK - to jest możliwe, że wydawane są takie pomyje? Kiedy pisałam powieść w odcinkach do gazetki szkolnej, to cały czas miałam z tyłu głowy myśl, żeby nie trącić stereotypem, nie zanudzać, nie powielać... czyli w wieku mniej więcej lat 13 miałam większą świadomość pisarską niż ta - ekhm - autorka. To znaczy, że trzeba jednak nie być ambitnym, imprezować, z kim trzeba czy o co chodzi?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Informacja na obwolucie to jest akurat zwodniczo zachęcająca, niestety...

      Co do twojego pytania, to, niestety, nie wiem. Nie wiem. Ja naprawdę wcale nie miałam złych chęci, gdy zaczynałam czytać KM, ale tym, co dostałam zostałam po prostu ogłuszona i od tej pory pytanie, dlaczego ktos to wydaje (w planie na następny rok osiem książek! Osiem książek wydanych w jednym roku - to NIE MOŻE byc dobre!!! Po prostu, to technicznie niemozliwe!) nie daje mi spokoju...

      Usuń
    2. nawet Dick nie przekraczał 4 powiesci rocznie. ale ona ma pewnie bogate zasoby w szufladzie. z pisanie takich dzieł ogranicza chyba tylko szybkosc posługiwania sie klawiatura

      Usuń
  9. Królowo Matko, czy ja już pisałem z pytaniem, czy autorka wyjaśnia, co to są "kręgi dubbingowe"? Czy chodzi o aktorów podkładających głosy? Zafrapowało mnie.
    Po prostu nie mogę się oderwać od tematu Katarzyny Michalak, ciągle czytam posty na jej temat. ;) Mam nadzieję, że nie sięgnę po jej książki, z próbek prozy w recenzji czuję, że niechybnie zwariuję. A wtedy będą mnie polewać lodowatą wodą w szpitalu psychiatrycznym, jak wiadomo. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przywiązanego pasami ;).

      POJĘCIA nie mam, co to sa kręgi dubbingowe, sama się zastanawialam (hej, hej, wie ktoś? Jesli tak, prosze nas oświecić!), wymysliłam, że chodzi o "kręgi clubbingowe" i to jest literówka, ale nie mam juz wersji papierowej i nie moge sprawdzić :).

      Usuń
    2. Mnie też się wydaje, że to błąd ze skanowania.

      Usuń
  10. A czemu weterynarze maja dostep do pigulek gwaltu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama chciałbym wiedziec, moze czyta to jakis weterynarz i nam wyjasni (bo do autorki to chyba nie ma co pisać, raczej nie odpowie...)

      Usuń
    2. Flunitrazepam (z grupy benzodiazepin,wg mojej wiedzy główny składnik pigułek gwałtu) był podobno dostępny w Polsce do 2006 r. pod nazwą Rohypnol i stosowany w medycynie ludzkiej (obecnie w Polsce chyba nie dopuszczony do obrotu). Studia weterynaryjne skończyłam w 1999r (cholera, to było w ubiegłym wieku!) i jako żywo nie przypominam sobie używania tej substancji czynnej u zwierząt, ale teoretycznie, wet mógłby wypisać na to receptę i wykupić w aptece, jak każdy inny lekarz. Nie sądzę, żeby był to lek szczególnie łatwo dostępny dla weta. A może to tylko ja taka nierozgarnięta, że nie wykorzystałam możliwości dorobienia w "kręgach dubbingowych" ;)
      To pisałam, ja, weterynarka, łubudubu...
      No dobra, od paru lat nie siedzę w branży, więc może coś się zmieniło, jeśli dowiem się, że jestem niedouczona i obecnie w każdej lecznicy na półeczce leżą setki tabletek flunitrazepamu, do których weterynarze mają nieograniczony dostęp to Was poinformuję i w pierś się uderzę.
      M.

      Usuń
    3. Dzięki za wyjasnienia, i, pozwolę sobie domniemywac, ze nie jestes niedouczona, w przeciwieństwie do pani autorki, obawiam się, której bohaterowi - poza zajmowaniem się szeroką dystrybucją ogólnie im dostępnych pigulek gwałtu - zwiedzaja tez np. ZOO w Lublinie, ktore nie istnieje... :)

      Usuń
    4. W sumie to może i lepiej, że AłtorKasia zrezygnowała z weterynarii i zajęła się pisarstwem. Nieistniejące ZOO w Lublinie, czy Patrysia-kretynka i tak mało szkody narobią w porównaniu z diagnozami branymi z sufitu, czy chwilowego "widzimisia" lek-weta opierającego się głównie na własnym tupecie.
      Oj, po tym zdaniu czuję już na karku oddech "wujka prawnika" ;)
      M.

      Usuń
    5. (pociesza) Zawsze możesz tylko zostac negatywną bohaterka powieści, taka, bo ja wiem, społecznie szkodliwą zołzą, co sobie kupila dyplom (chociaz po az trzech strumieniach swiadomożci, obawiam się, że ja mam na to większe szanse :D).

      Usuń
    6. No to teraz koniecznie muszę śledzić tfurczość KM, żeby zobaczyć co z nas zrobi jej wyobraźnia. To straszne!

      Ha! A jednak jestem niedouczona! Muszę się w pierś uderzyć jak obiecałam bo działanie "pigułki gwałtu" (utrata przytomności+amnezja) mogą mieć również:
      1. kwas gamma-hydroksymasłowy - ponieważ był też stosowany jako "dopalacz" zwiększający wydzielanie hormony wzrostu u sportowców to może i np. u koni sportowych (tak se gdybam, kompletnie się nie znam na tym i może bredzę).
      2. ketamina - powszechnie stosowana w weterynarii; faktycznie obecna w każdej lecznicy, ale lek "ścisłego zarachowania", więc zwiększone zużycie byłoby b. podejrzane (lecznice są kontrolowane pod tym kątem).
      Czyli jednak ułatwiony dostęp weta do tego typu specyfików nie jest tak absolutnie z palca wyssany, choć nadal trochę naciągany.
      M.

      Usuń
    7. E, ktoś nam podrzuci stosowne cytaty, taką mam przynajmniej nadzieję ;D.

      Byłaś niedouczona, ale sie poprawilas i douczyłas, nie liczy się :DDD!

      Usuń
  11. Śpieszę donieść, że o ile mnie pamięć nie myli, w tej sukni ślubnej kupionej za grosze w lumpeksie, w której to oddała się Gabrysiowi, w drugiej części (o wdzięcznym tytule Zachcianek) Patrysia wychodzi za mąż za Pięknego Łukasza :D Który to przejmuje funkcję Amrego na czarnym koniu po Gabrielu, ten zaś niemal dorównuje podłością Arturkowi. I Patrycja wydaje książkę - Poczekajkę właśnie -, i kręcą do niej teledysk, i Janeczka cudownie zdrowieje, i w ogóle się dzieje.
    A w trzeciej części Patrysia zapada w śpiączkę na wiele miesięcy, potem budzi się i doznaje amnezji, ale że wydana jest już i Poczekajka, i Zachcianek, i chyba nawet sama Zmyślona, to nawet nie próbuje jakiegoś leczenia czy terapii, tylko czyta sobie własne dzieła i w tempie przyśpieszonym powtarza studia weterynaryjne. A Gabriel jest z Haneczką. Ale nadal kocha Patrysię. I jeszcze więcej zagmatwania plus Tragedia Wyciskająca Łzy Z Oczu, Zwłaszcza Matkom.

    Może się jednak Wasza Wysokość skusi? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. (słabiutko) Na czytanie czy na analizę?...

      Usuń
    2. Czytalam gdzieś, na pewno w recenzji wielbicielki, ale nie pamiętam, gdzie dokladnie, że trzecia część ją (wielbicielkę!!!) dobiła, zaczynam dziewczynę rozumieć teraz, gdy usiłuje oswoic się z ilością (i jakością) wlasnie otrzymanych danych...

      To mówisz, że Patrycja leczy amnezje czytajac wlasne powieści... Nie, ja sie musze napić. Mimo branych leków.

      Usuń
    3. Analizę, koniecznie analizę!

      Po pierwsze, najmocniej przepraszam na narażenie królewskiego zdrowia i psychiki, ale nie mogłam pozostawić Waszej Wysokości w przekonaniu, że najgorsze ma już za sobą :D

      Po drugie, obie te kiążki czytałam już jakiś czas temu, więc coś mogłam przekręcić, ale obawiam się, że w tym przypadku nie ma to kompletnie znaczenia.

      Co do amnezji, to o ile pamiętam pogrążona w śpiączce Patrycja pozostaje w domu pod opieką męża i małej córeczki (!), potem budzi się, nie pamięta kompletnie, kompletnie nic, nawet tej córki, ale za to jest (po kilku miesiącach pod kroplówką) całkiem sprawna fizycznie, część historii poznaje z książek, coś dopowiadają przyjaciele i tyle. Wszystko w temacie, koniec wątku. Nie mam akurat ksiązki pod ręką, więc nie zarzucę cytatem, niestety. Zasadniczo główną bohaterką Zmyślonej jest inna dziewczyna, imienia nie pamiętam, ale jest ona tylko elementem służącym jeszcze większemu zagmatwaniu historii.
      Mniej więcej w środku powieści ma miejsce tragedia, która zamiast do łez doprowadziła mnie do furii, bo dla mnie to było zagranie perfidnie obliczone właśnie na łzy tych wszystkich kucharek i kur domowych. Nie chciałabym spojlerować, lepiej nie uprzedzać faktów na wypadek, gdyby jednak Królowa Matka zdecydowała się sięgnąć po to dzieło, może wtedy brak skrupułów Michalak (albo mój brak serca) będzie lepiej widoczny.

      W drugiej części Patrycja pisze Poczekajkę i zalewa się nad nią łzami rozbawienia. A wydawnictwa to się wręcz biją o prawo do wydania. Gabriel nie chce się żenić, a w ogóle to on tu jest łajdakiem, bo poinformował Łukasza, że zaliczył Patrycję smsem. A Łukasz ma smutną przeszłośc i gołębie serce, bo pomaga spłacić Chatkę, jeszcze zanim może liczyć na wzajemność czy jakoś tak. I to on na końcu jest Amre i podjeżdża na czarnym koniu, a potem jest już tylko próba gwałtu w wykonaniu Jeszcze Podlejszego Arturka i ślub xD I dziecko w epilogu.
      I tak, bredzę, ale w książce wcale nie jest lepiej i to w dodatku przez prawie trzysta stron.

      Pozdrawiam jak najserdeczniej i życzę zdrowia - Anna (bo aż mi się zapomniało podpisać wcześniej z zaaferowania).

      Ps. Niech mi będzie jeszcze wolno tak całkiem prywatnie wtrącić, że Zachcianka i Zmyśloną dostałam kilka lat temu od koleżanki ze studiów, w ramach dorastania, bo lat dwadzieścia to juz czas najwyższy, żeby skończyć z ta całą fantastyką (Pratchett) i poczytać coś o prawdziwym życiu...

      Usuń
    4. PS-em mnie ómarlas :DDDD.

      E-booki obu dalszych części "Poczekajki" mam pożyczone i teraz zaczynam się zastanawiać, czy ich jednak nie przeczytać, ty niedobra :DDDD!

      Usuń
    5. Ojej, to ja mam pytanie - do Anonima..., ale może i Królowa będzie umiała coś poradzić :)

      P. wychodzi za Pięknego Ł., ale on przecież w Poczekajce klątwą na męskość obłożon został. Nie żebym coś miała przeciw białym małżeństwom, ale czy klątwa była ograniczona czasowo, czy też P. jakoś inaczej sobie poradziła z zapłodnieniem?

      Usuń
    6. Wyobraź sobie, ze bedzie umiała, gdyż już w "Poczekajce" powiedziane zostalo, że klatwa ograniczona została do dwóch lat :D. Może ciąg dalszy rozgrywa się później. Albo przemiana Łukaszka będzie tak kompletna, ze wruszy najpotężniejsze siły magiczne naszej pięknej ojczyzny :DDDD.

      Usuń
    7. Dzięki Królowo, czyli Wasza Wysokość.

      Czyli to taka klątwunia :) jeeeeeeee, no chciałabym w sumie wiedzieć, co Ałtorka ma w miejscu, gdzie zwyczajowo homo sapiens ma zwoje mózgowe

      Usuń
    8. W tym miejscu autorka ma wyobraźnię :DDDD...

      Usuń
    9. Ależ ja do niczego nie namawiam, no skądże :D
      I słowem nawet nie wspomnę, że pani Michalak popełniła poradnik. Poradnik drimowania konkretnie - pojęcia nie mam, co to dokładnie jest to drimowanie, ale na pewno nie jakieś pospolite marzenie, o nie, drimerka to spełniacielka marzeń, a nie jakaś tam ordynarna marzycielka...

      Gdyby jednak duch Królowej Matki nieco podupadł podczas lektury, śpieszę donieść, iż w Zachcianku mamy opis magicznego sprowadzania zbłąkanej duszy do ciała, tak więc w razie potrzeby jestem gotowa podjąć się odprawienia koniecznych rytuałów :D

      Kurczę, przeczytałam najpierw Zachcianka i Zmyśloną, a dopiero potem Poczekajkę, i tak sobie teraz myślę, że bez tej Poczekajki Zachcianek jakos miał więcej sensu xD
      Zmyślona na samym początku jest nawet całkiem sympatyczna, szczerze sie uśmiechnęłam kilka razy, główna bohaterka nawet da się znieść (nadal nie pamiętam, jak ma na imię, ale i tak na okładce jest nią AutorKasia).

      A co do klątwy - o ile dobrze pamiętam, dziadek Aureliusz czy jak mu tam przyznaje się, że to szwindel i żadnej klątwy nie ma, tylko panowie tak sie przejęli, że aż nie stanęli ;)

      Pozdrawiam całkowicie niewinnie - Anna.

      Usuń
    10. Słyszałam o poradniku, ale chyba wyparłam :). Albo uznałam, ze to część książki :D. Albo nie uwierzyłam, nie byłby to pierwszy przypadek dotyczący tej autorki :DDD.

      A w ogóle to rzucialm okiem na "Zachcianek" - PRZEZ CIEBIE :D. I bede milczeć o wnioskach jak głaz, tak sobie obiecałam :DDD.

      Usuń
    11. Aaa! No więc to wyjaśnia, dlaczego powieść jest "hamletyczna" (jak napisała Miłościwie Nam Tu Panująca), tzn. zaczyna się dziać na ostatnich stronach: bo chodzi o to, by nie zakończyć zgodnie z kanonami (i żyli długo i szczęśliwie etc.), ale by zakończyć, gdy właśnie zaczyna się dziać coś, co skłoni czytelnika do przeczytania, a zwłaszcza kupienia, następnej części. Uh, jak ja tego nie lubię!
      Bromba

      Usuń
    12. No, nie, skończyło się szczęśliwie, jeżeli skończysz serię na "Poczekajce" to tak właśnie wygląda :))). Ja miałam raczej wrażenie natłoku pomysłów, ktore autorka uparla się upchnąć w jednym tomie, a że jej sie miejsce kurczyło to siłą! siłą! - naprawdę mi się od zwrotów akcji w glowie kręciło - a potem, łojezusicku słodki, przecież ja mam tylko pięć stron do zakończenia całości napisać!!! no i łups! wszystko sie rozwiązuje.
      Że nie wspomnę o wrażeniu, że autorka uparła się NIE NAPISAĆ harlequina, ale nie zdecydowala, co to ma być, więc jest, ekhm, humorystycznie, potem dramatycznie, potem jest samobojstwo (w harlequinach nie ma samobójstw przecież!), potem smutno, znów humorystycznie, znów smutno, i tak w koło Macieju, bez ładu i składu...

      Usuń
    13. Mam tylko nadzieję, że "jeśli skończysz na Poczekajce" to jest takie "ty retoryczne", bo ja nawet na niej nie zacznę... Bromba

      Usuń
    14. Zdecydowanie retoryczne :D.

      Usuń
  12. Obiecanki cacanki, a ja i tak mam przeczucie, że kiedy ukaże się nowe dzieło popełnione przez p. Michalak, to Królowa Matka nie odmówi swoim czytelnikom kolejnej analizki ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ wykluczone, nowe dzielo to bedzie to: http://katarzynamichalak.blogspot.com/2013/06/moja-najmodsza.html#more

      Stwierdzilam, że czytalam oryginał i sobie daruję :D.

      A książki o powstaniu, od dawna zapowiadanej, raczej nie będę miala odwagi ruszyć...

      Usuń
    2. Przeczytałem ten fragment z linka. I wiesz... mało mnie boli, że są ludzie, którzy piszą tak dramatycznie źle. Nie każdy wszak musi być literacką noblistą :D
      Bardziej mnie martwi, że tak wiele osób chce to czytać! I to nie z takich powodów, jak Ty, czy dlatego, że ktoś im za to płaci, tylko dlatego, że im się to podoba. Marni czytelnicy są dużo gorsi niż marne ałtorki.

      Usuń
    3. Dokładnie tak samo to odbieram. Pozytywne recenzje "Poczekajki" naczytalam się ich, że nie wiem, jak szukałam potwierdzenia, czy e-book to szwindel) mnie po prostu przerażają, to nie jest przenosnia, naprawde jesetm przerażona, ze można czytac cos tak złego - stylistycznie, logicznie, językowo - i się zachwycać.

      I jeszcze niebotycznie draznią mnie te zachwycone komentarze zamiast jednego, dobitnego - że to plagiat, to juz było, łącznie z imieniem bohaterki. No, ale taki komentarz by nie przeszedł.

      Usuń
  13. Po przeczytaniu trzech części strumienia świadomości oraz wpisów z linków stwierdzam, że naprawdę boję się Pani Michalak i jej "twórczości". Zdecydowanie zostaję przy fantastyce i fantasy - najwyżej panowie przy regałach z taką literaturą będą dziwnie na mnie patrzeć, ale przynajmniej nikt mi nie będzie próbował przerobić mózgu na mielonkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojtam, ojtam, niech patrza dziwnie. Co to, fantastyka tylko dla panów ze niby?

      Tylko przypomne, ze Katarzyna Michalak tez popełniła fantasy, i to, zdaje się, kilka tomów, także, wiesz. Uważaj :).

      Usuń
    2. Ponoć wszystko jest dla ludzi ;) To, że czytam fantastykę to zasługa mojego ojca. Do tej pory zdarza się, że wyrywamy sobie książki z rąk.
      A na twory Pani Michalak będę uważać i omijać szerokim łukiem. Poczytałam troszkę o Ferrin i w zupełności mi to wystarczy żeby nigdy nie próbować nawet wziąć tego z półki w bibliotece.

      Usuń
  14. Królowo i Matko. Co Ty mi zadałaś? Siedzę od godziny i paczę, i paczę i mi się skręcają włosy w uszach i na plecach. A tak beztrosko sobie żyłam, nie wiedząc, że takie straszne Kasie chodzą po świecie... Zalazłam na bloga ałtorki i jeszcze słucham straszliwego wywiadu i ja nie wiem, co dalej. Ja się boję!
    Masssssakra.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zostałam zarażona, teraz ja zarażam, AutorKasia jest zaraźliwa jak ospa :)...

      Usuń
  15. Królowo Matko jak myślisz, czy komentarze na blogu autorki tego wiekopomnego dzieła są moderowane? bo przyznam, ze mam ochotę podrzucić jej lineczek do Twojej nierenalizy w odcinkach :)

    Może coś dotrze, nawet, jak nie opublikuje....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Są moderowane żelazną ręką, nie przeslizgnie się najlżejszy cień watpliwości, wyłacznie ślepy zachwyt. Usuwane sa nawet JEJ WŁASNE posty, w ktorych się żali, ze ktoś nie zachwycił się dostatecznie, jak juz wielbicielki wyrażą stosowne współczucie i zapewnią, że to tylko hejterzy, co sie nie znają i zazdroszczą, a ona jest te best :)!

      O mojej nieranalizie autorka wie, moge się o to zalozyć, bylam linkowana na blogach, do których sie odnosiła we wpisach. Tych już usunietych :))). Ale i tak nie sądzę, by cos dotarło (i nie po to pisałam :)), to nie jest pierwsza negatywna recenzja tej książki...

      Usuń
  16. to sobie daruję. szkoda rzucać perły przed wieprze, że się tak elegancko wyrażę....

    Nie zachęcam Cię do czytania dalszych płodów wyobraźni KM, bo to by zakrawało na znęcanie się, a nie podpadłaś mi niczym, wręcz przeciwnie. Ale jakby coś kiedyś... to ja chętnie przeczytam. Zamiast rzeczonego dzieła:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) Nigdy nie mówi się nigdy podobno, ale teraz lektura kolejnych dzieł pani KM wydaje mi sie bardzo mało prawdopodobna :)))).

      Usuń
  17. Kochana! Jestem pod wrażeniem. Nie pisałam wcześniej, bo zbierałam siły, żeby czytać kolejne części. Powiem tyle: gdyby pani Katarzyna pisała swoje książki tak, jak ty piszesz recenzje, miałabym rządek jej dzieł na półce. A pozamerytorycznie - jeżu, aleś ty się urobiła po pachy przy tym pisaniu! Nie dawaj dzieciom tych wafelków, bo coś mi się wydaje, że czytanie pani Michalak to duży wydatek energetyczny i znikniesz całkiem. Jedz wafelki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Urobiłam się, wierz mi, podczas pisania trzeciej części bylam NAPRAWDĘ zmęczona fizycznie, co wczaśniej nigdy mi sie podczas pisania nie zdarzało (OMG, jestę grafomankom!!!). Będe jeść wafelki, kazdy pretekst jest dobry :D!

      Usuń
  18. Królowo Matko, zapraszam na mojego bloga - tam konkurs z nagrodami jest, ekhm, książkowymi (nie pani Michalak bynajmniej, może coś Królowej przypadnie do gustu :) co prawda obawiam się, że główne zadanie konkursowe Królowa może odebrać jako prowokację, ale może jednak nie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zainteresowalaś mnie, ide sprawdzać :D!

      Usuń
  19. Królowo, ja proszę , błagam wręcz, ja zdzieram kolana na klęczkach!
    Uważaj na to , co piszesz!
    Nie wiesz ach nie wiesz, czy podstępna Katarzyna Michalak nie czyta Twej nierealizy. Bo jak czytała, a nie daj bosz wpadło jej w dłonie dzieło literatury, o którym wspominasz,to może napisać polską wersję "Dziwnych losów...Janki" :-))), które poczujesz się zmuszona przeczytać i z pokorą uznać wielkość,tej tfu, tfu ałtorki. :-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, autorka teraz pisze "Anię z Zielonego Wzgórza", może da spokój "Jane Eyre", zresztą, ją już napisała przecież :D.

      Usuń
  20. No dobra. Przyznam się. Dziś w Empiku czytałam kawałki Mistrza. I kurlałam się z chichotu. Czegóż tam nie było! I wypukła męskość, i naprężone pożądanie, i lędźwie płonące, no i w ogóle różne takie kwiatuszki z wianuszka dziewuszki.

    Może Jej Wysokość się skusi? A potem nam tu opisze? Hmmm?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To był mój plan ZANIM zabralam się za "Poczekajkę" - najpierw "Mistrz", potem "Ferrin", ale teraz wiem, ze pani Kasia nie dla mnie (szczerze, bylam po "Poczekajce" tak zmęczona, jak nigdy po żadnej książce).

      Usuń
  21. Znów z opóźnieniem czytam strumień świadomości, ale teraz mam wymówkę. Mianowicie przeczytałam fragment "Poczekajki", zdębiałam, zajrzałam na pierwsze strony Ferrinu, zdębiałam ponownie i chyba do dziś nie odzyskałam w pełni władz umysłowych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A uprzedzałam! Chroń swój umysł, nie czytaj więcej niż tylko fragmenty :D!

      Usuń
  22. Królowo Matko, dziękuję, że to była ostatnia część, wymiękłam przy pierwszej, drugą zeskrolowałam, tu - zeszłam od razu do komentarzy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to, nie zapoznalas się z moimi wnioskami :)????

      Usuń
  23. Oj tam, oj tam, ja poczekam na kolejną recenzję :))) No i lecę na bloga, bo ciekawość nie da mi spokoju :)
    A, jak kiedykolwiek, gdziekolwiek napiszę "ałtorka" to niech Królowa wie, że to będzie jej wina ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, przepraszam bardzo, to nie ja! Ani razu nie napisałam o pani Michalak "ałtorka", sprawdziłam :).

      Usuń
  24. Niedawno ktoś mi powiedział, że pozytywne recenzje i komenty się teraz kupuje! Płacą ok. 10 gr od sztuki..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, nie wiem, czy autorka aż tak dobrze zarabia, obawiam się, ze komentarze u niej są gratisowe...

      Inna rzecz, ze ja nie napisałabym pozytywnego komentarza o "Poczekajce" nawet za dziesięć zlotych :D.

      Usuń
  25. Królowo Matko, właśnie w cytatach z "Poczekajki" na Goodreads odkryłem, że Michalak zerżnęła fragment książki z "Dezyderaty"!!! Tak na chama!
    Cytuję: "“Bądź sobą, a zwłaszcza nie udawaj uczuć.
    I nie bądź cyniczna wobec miłości, albowiem w obliczu wszelkiej oschłości i rozczarowań, ONA jest wieczna jak trawa"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie, musze bronić Katarzyny Michalak (nie wierzę, ze to piszę), ona uzyła tego fragmentu jako motta, z podaniem źrodła, jak najbardziej, to ktoś, kto wrzucal cytaty uznal ten fragment chyba za autorskie dzieło :).

      Usuń
  26. Gnę się w pokłonach zachwytu nad nierenalizą. Po przeczytaniu trzeciego strumienia świadomości powstaje mi jednak w głowie pytanie: w jakimże to mieście było ZOO, w którym pracowała Herołina? W Twoim tekście Królowo kilkakrotnie piszesz o Lublinie (w którym Zoo nie ma), a raz o Zamościu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękując, spiesze z odpowiedzią - Herołina dostała pracę w ZOO w Zamościu, nieistniejące ZOO w Lublinie zwiedzała ze swoim Dyrektorem w ramach "obchodów rocznicy czegośtam" :). Zachwycała sie przy tym jakimiś rzadkimi okazami zwierząt (bialego nosorozca bodaj) oraz faceta z odkurzaczem do liści ;DDD.

      Usuń
  27. Chwała tej polonistce... Na całe 16 lat! Tylko czemu nie na dłużej?

    OdpowiedzUsuń
  28. http://www.youtube.com/watch?v=d1vPiNwatvg

    Czy ktokolwiek z państwa widział toto...? Słowa i muzyka AutorKasia, oczywiście komentarze do filmu wyłączone...

    Facepalm grupowy jest niewystarczający w tym przypadku...

    nantu.

    OdpowiedzUsuń
  29. O, przepraszam, głupia ja, nie przeczytałam wcześniejszych komentarzy :) Teledysk - o zgrozo! - został najwyraźniej obejrzany. Mnie osobiście tylko to (oraz Twoje arcyzłośliwe strumienie :D) odżegnały od czytania tych dzieu zupełnie.

    nantu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tak cud, że przebrnęlas przez strumienie świadomości, wymagac, bys jeszcze do tego przeczytała komentarze to byloby doprawdy za wiele :D!

      A linkowania wspólnego dobra nigdy dość :).

      Usuń
  30. ja wiem ze wyjde teraz na gupka ale co jest pierwowzorem wątku hrabiego i swirniętej zony?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Dziwne losy Jane Eyre". Jak w buzię dał, cały wątek identyczny, najzupełniej przypadkowo oczywiście ;).

      Usuń
  31. Ja wiem, że jestem mocno spóźniona z komentarzem, ale dopiero niedawno trafiłam na Ałtorkasię i z niedowierzaniem czytam wszystkie analizy jej książek, jakie mi wpadną w ręce.
    Czy tylko mi rzuciło się w oczy zadziwiające umiłowanie Kasi do sformułowania "nieruchome jak u rekina oczy"? Żeby nie być gołosłowną, przytaczam inne przykłady (również pochodzące z analiz, bo póki co nie starczyło mi odwagi, by przeczytać oryginały):

    "Nie oddam dzieci!":
    "(...) patrząc policjantowi prosto w twarz wzrokiem nieruchomym i zimnym jak u rekina."

    "Gra o Ferrin":
    "Nieruchome jak u rekina oczy wpatrywały się w WeddSa’arda"

    i wreszcie "Poczekajka":
    "Janka milczała. Oczy miała zimne i nieruchome jak rekin."

    Serio, co ona z tymi oczami rekina?

    Pozdrawiam, ubawiłam się setnie czytając tę nierenalizę :)

    Lynx

    OdpowiedzUsuń
  32. Borze sosnowy. Podkowy. Burza. "Gabriel A. Mroczny". Czy to się dzieje naprawdę. Ratunku.
    Kto to czyta. Kto to pisze.
    M. *w osłupieniu absolutnym*

    OdpowiedzUsuń
  33. Królowo Matko, ośmielam się pisać jako późny czytacz, bo dopiero teraz dzięki Armadzie tutaj trafiłem.
    Ja nie wiem, czy ja wolniej kontaktuję, czy co, ale w 3 części całkiem straciłem wątek. Ałtorkasiowe pomieszanie z poplątaniem mnie dobiło i chyba zaczęło wygładzać moje zwoje mózgowe kiej u Patrysi zapowietrzonej. Zwrot Gabrielem A. M(h)rocznym (taki mroczny, że na karym koniu jeździ, Ałtorkasiu, I see what you did there) to już w ogóle jakaś czarna magia. Byłże on wymienion wcześniej w tej, tfu, powieści? I o czymże on te książki pisze, o zwierzętach z zoo? To ałtorkasiowe niedomówienie i zwrot akcji z rzyci wzięty, czy ja nie nadążam? Liczę, że ktoś, kto czytał mnie oświeci, bo wstyd to wypożyczać :P A to z tą skrytką nr 34 to jest narrator profetyczny, czy Gabriel na każdej książce drukuje adres swojej skrytki? To by wyjaśniało, skąd Patrysia ma adres c:

    "- Ten pyton-albinos... - Kierownik umilkł, przełykając. Z trudem.- To był ginący gatunek, ale... pani była cenniejsza. Nawet od niego" <--- ja po prostu nie wierzę, że to jest prawdziwy cytat, będę to wypierał.

    Und jeszcze, jakby się dało, można wiedzieć co było pierwowzorem Hanusi i Zenusia? Bo mnie jakaś pomroczność jasna ogarnia, jak próbuję to z czymś skojarzyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z Tristanem i Izoldą można skojarzyć. Wino uroczne wypite przez pomyłkę i gigantyczne uczucie w pakiecie :)...

      Co do wolniejszego kontaktowania, to ależ bynajmniej. A NIE CZYTAŁEŚ KSIĄŻKI! To wyżej to proba streszczenia, w oryginalnym... tworze na ostatnich pięćdziesięciu stronach dzieje się tak, że... no, zawrót głowy jak na karuzeli murowany, a ze nikt nic nie rozumie, a połowa zdarzeń jest zupełnie po nic to i wspominać nie ma potrzeby...

      Wypieraniu cytatów nie dziwię się ani trochę.

      Usuń
    2. Mujeju! Pora mnie umierać jak Tristana i Izoldy nie poznałem :(
      Cieszy, że to jednak nie ze mną coś nie tak, tylko z Ałtorkasią. Jakiś ciężki furor ałtorkus musiał ją trafić, skoro po prostu nie da się tego zakończenia :p

      Usuń