piątek, 18 stycznia 2013

Urodzinowe ciasto Pomponów

- Jaki torcik pieczesz dla Pomponów? - spytała ciekawie Matka Królowej Matki podczas rozmowy telefonicznej, wykonywanej dla złożenia skomplikowanych, piętrowych i dotyczących większości Rodziny życzeń.
- Żadnego - odrzekła niefrasobliwie i wyrodnie Królowa Matka. - Mam zamiar cieszyć się świadomością, że to ostatnie urodziny, z których Pompony nie zdają sobie sprawy i nie mają w związku z tym szeregu oczekiwań, od wypasionego tortu począwszy, a na wypasionych prezentach skończywszy.
- Och - rzekła Matka Królowej Matki po chwili bolesnego przetrawiania kolejnego dowodu na beznadziejność i emocjonalną ruinę własnej córki. - To maluchy nie zdmuchną dziś żadnej świeczki...?

"Hm. Hm - pomyślała Królowa Matka po zakończeniu rozmowy. - Hm. No, może faktycznie. No, właściwie... No, dooobra...", po czym podniosła się ze stęknięciem z fotela i poszła zagłębić się w swój zeszyt z przepisami (no dobrze, niezupełnie zeszyt, raczej plik karteczek poupychanych tu i ówdzie. Ale kiedyś to będzie zeszyt, na pewno) ,by znaleźć coś łatwego, coś, do czego wymagane składniki znajdują się w Domu w Dziczy oraz - najlepiej - coś nowego.

Przepis znalazła prawie natychmiast, przy odrobinie modyfikacji dało się ciasto spreparować z tego, co jest w domu, i Królowa Matka zabrała się do siekania orzechów z czekoladą, zastanawiając się w popłochu, skąd ma ten przepis?! Bo że z netu to była pewna, ale skąd dokładnie? Gdyż jakże to tak, piec i opisywać bez podania źródeł?


Przypomniała sobie, gdy orzechy i czekolada były posiekane, z ulubionego bloga kulinarnego (no, dobrze, jednego z ulubionych) go miała, uspokojona w tej kwestii nastawiła piekarnik na 180 stopni, a sama przystąpiła do mieszania ze sobą 380 g mąki, 20 dkg kakao (zdaje się, ze dała go więcej, wysypała po prostu wszystko, co miała z napoczętej torebki, wskutek czego ciasto wyszło bardziej czekoladowe) i 10 dkg cukru (pół na pół białego i ciemnego) oraz szczyptę soli. Następnie dodała do wymieszanego suszu dwa jajka, 18 g proszku do pieczenia oraz wcześniej posiekane 120 g czekolady (mlecznej, bo innej w domu nie było) oraz 100 g orzechów (pół na pół włoskich i laskowych, chociaż wymagane w przepisie-matce włoskie w domu były, ale cóż, laskowe lubimy bardziej), z której to czekoladowo-orzechowej mieszanki ujęła wcześniej dwie duże łyżki i odłożyła je do miseczki, gdzie czekały swego przeznaczenia.


Gdy maź była gotowa, Królowa Matka zaczęła ją pracowicie i monotonnie mieszać, dodając stopniowo 200 ml mleka i 110 gram bardzo, ale to bardzo, no po prostu BARDZO miękkiego masła, po czym powstałe w ten sposób ciasto przelała do natłuszczonej formy i włożyła do piekarnika, który zdążył się już odpowiednio nagrzać, na 20 minut.


Po 20 minutach wyciągnęła je, posypała pozostawionymi wcześniej orzechami z czekoladą, i wsunęła do piekarnika na kolejne 10-15 minut.

A po upieczeniu i ostudzeniu wykonała jeszcze polewę z cukru pudru, wody i dwóch łyżeczek kakao, całość zaś obsypała cukrowymi gwiazdkami, nie jest to jednakże obowiązkowe i nie wpływa znacząco na smak gotowego produktu, który to produkt jest stosunkowo mało słodki, a na skutek użycia większej ilości kakao - nieco gorzkawy szlachetną gorzkawością ciemnej czekolady, i chrupie. Zdaniem Królowej Matki - doskonałość.

I w dodatku do zrobienia w godzinkę :).

4 komentarze:

  1. Pociesza mnie opis Twojej "książki kucharskiej".
    Moja wygląda tak samo :)

    OdpowiedzUsuń
  2. no to chylę czoła, ja po prostu poszłam do pobliskiej cukierni ;-(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybym miala jakąś w pobliżu prawdopodobnie też bym poszla :).

      Usuń