wtorek, 31 lipca 2012

Jabłka, czyli na pożegnanie lipca :)

Ponieważ nastała nam era jabłek (oraz korzystając z tego, że na Mazurach otrzymała zgodę Teściowej na oczyszczenie grządek z wszystkiego, co jej w oko wpadnie, i w związku z tym powrotu do domu z bukietami mięty ogrodowej), Królowa Matka zaopatrzyła się w dużą ich ilość celem sporządzenia jednego z ulubionych kulinarnych dziwadełek, a mianowicie galaretki jabłkowej z miętą.

W tym celu umyła jabłek dwa kilo, nie obierając ich pokroiła na ósemki, nie wycinając gniazd nasiennych (w pestkach i gniazdach jest najwięcej pektyny, niezbędnej dla kulinanego sukcesu w tym wypadku), zalała je dwoma litrami wody, włożyła do gara spory pęczek mięty i rozgotowała rzecz na paćkę. Paćkę następnie wyłożyła na gazę i pozostawiła do odsączenia, nie wyciskając jej jednakże, albowiem odciskanie sprawia, że finalny produkt wychodzi mętny.

Powstały sok Królowa Matka przelała do innego garnka, a jabłkową paćkę zalała ponownie litrem wody, po doprowadzeniu do wrzenia gotowała na wolnym ogniu około 20 minut, i znów odsączyła na gazie.

Rozpaćkana na maksa paćka została wyrzucona, a sok - zlany razem, zmierzony, po czym na każde pół litra soku Królowa Matka dodała 40 deko cukru, sok z jednej cytryny, a całość na wolnym ogniu gotowała znowu około 20 minut. No, może trochę dłużej. Gdy wydawało jej się (bo jest to rzecz, której nigdy nie jest pewna), że kropla galaretki wylana na talerzyk tężeje, zdjęła rzecz z ognia, po dziesięciu minutach dodała spory pęczek posiekanej mięty, starannie wymieszała, przelała do gorących słoików i zakręciła.

(Nazajutrz - zgodnie z poleceniem wyrażonym na łamach czasopisma, z którego daaawno temu zaczerpnęła ten przepis - dokręciła mocno i wyniosła słoiki w chłodniejsze miejsce).

Lata temu, gdy robiła tę galaretke pierwszy raz, Królowa Matka podchodziła do tego przepisu bardziej niż sceptycznie, przekonana, że takie coś nie ma prawa się zsiąść. Otóż, ku jej zdumieniu nie dość, że i owszem, stężało aż miło, to w dodatku uwielbiają je Potomki Starsze (Młodsze jeszcze nie próbowały), które konsumują rzecz na chlebie, jak dżem. Albo na łyżce, jako smakołyk. Albo do herbaty, jako słodzik :)

Galaretka też ma różny kolor, w zależności od rodzaju użytych jabłek - od bladej zieleni do ciemnego bursztynu. W internecie Królowa Matka widziała jaskrawozieloną, ale ona miała domieszkę barwnika, której Królowa Matka unika.


A gdy przyszla galaretka w charakterze nie posłodzonej paćki odsączała się na sicie, do drzwi zapukał sąsiad, dzierżąc dumnie reklamówkę zawierającą co najmniej pięć kilo papierówek z własnego ogrodu, i wprawiając Królową Matkę w chwilowy poploch, bo - choć ma ona w domu nieopanowanych jabłkożerców - obawiała się, że jest granica, do której jej jabłkożerne Potomstwa zaczyna sie zbliżać. Na szczęście przypomniala sobie, że robi najlepszą na świecie szarlotkę, do której potrzebuje przecieru jabłkowego, obrała cały ten tobół (a pod jej łokciem stały nienażarte Pompony, wyciągając z garnka to, co właśnie obrała), to, co udalo jej się ocalić pokroiła na ósemki, pozbawiła gniazd nasiennych, podlała dwiema szklankami wody i gotowała na średnim ogniu w garnku o grubym dnie aż do rozpadnięcia (co w wypadku papierówek nie trwało długo). Do prawie rozgotowanych owoców dodała szklankę (mniej więcej, no oko to czyniła) cukru, kilka goździków i łyżeczkę cynamonu, gotowała jeszcze dziesięć minut, gorący przecier przełożyła do wyparzonych słoików, które następnie szczelnie zamknęła i pasteryzowala 20 minut.

A teraz Rodzina może już się nastawiać na zimowe zapach szarlotki, otulające dom :).


poniedziałek, 30 lipca 2012

Dawno nie było o reklamach... czyli Królowa Matka i reklamy VI

Jakoś tak się składało, że Królowej Matki czas jakiś nic szczególnie w kwestii reklam (które to reklamy niezmiennie i ciągle kocha) nie telepało. No owszem, ciągle tak samo irytowały ją panie dostające na wizji orgazmu  z powodu usunięcia plamy, względnie zmuszone do poddania się długotrwałej terapii w związku z nie używaniem Calgonu i skutkiem tego haniebnego zaniedbania doprowadzenia swej pralki do pożałowania godnego stanu, owszem, ciągle rozumiała zdeklarowanych bezdzietnych singli, bo ona sama pianę toczy z ust na widok rozkosznych sepleniących blond dzieciątek, reklamujących przy użyciu tego prostego środka wyrazu wszystko, począwszy od lodówki, skończywszy na usługach bankowych, owszem, nudziły ją te wszystkie wyświechtane, oklepane, zgrane do cna reklamowe chwyty (ktoś się jeszcze na nie nabiera?), ale żeby telepało to nie.

Aż wreszcie telepnęło.

Sezon telepania zapoczątkował powrót Dupka, a co se będziemy żałować, Megadupka wraz ze swą spowitą w złotogłów Meglalunią, co to będzie mu wcierać szampon WD-40 wszędzie, byle tylko raczył on ją jeszcze raz przelecieć. I nie dość że Dupek wrócił, to jeszcze atakuje bezwzględnie, dosłownie nie sposób obejrzeć choćby jednego odcinka "Frasiera" bez natknięcia się ze trzy razy na jego pełne głębi: "Eeee, nie chce mi sieee...".

A zaraz potem (i kto wie, czy nie jeszcze częściej niż Megadupek) atakuje człowieka inna reklama, która wreszcie doprowadziła Królową Matkę do zasięścia przy komputrze i popełnienia wpisu - alternatywą dla tego byłoby bowiem wyłącznie rzucenie się na telewizor z okrzykiem samuraja i porąbanie go (czymkolwiek!) na drobne kawałeczki, a tego Królowa Matka uczynić nie może, bo na czym by "Chirurgów" oglądała ;D?

"Są na świecie rzeczy, których nie widać, chociaż istnieją" - świergocze radośnie pani w reklamie.

No pewnie, że są. Tlen na przykład. Prąd elektryczny, o. Albo fala nienawiści, płynąca z Królowej Matki ku twórcom tej reklamy. Nie widać jej, a istnieje, że ho, ho, uwierz na słowo, Miły Czytelniku.

Nie zniechęcona falą pani cieszy się nadal: "Rama" jest naturalnym źródłem kwasów Omega-3 i Omega-6, nawet, jeśli nie możesz ich zobaczyć".

Nie dziwota to, zaprawdę, nie tylko Królowa Matka nie może, sama "Rama" naturalnych tłuszczów Omega-3 i -6 też nie widziała, no, chyba że w malutkim sklepiku osiedlowym, w którym, z racji nikłej przestrzeni, chłodziarka z tłuszczami i mlekiem stoi obok półki z bakaliami. Wtedy i owszem, jako, że naturalnym źródłem kwasów Omega-3 i -6 są nasiona soi i większości orzechów, siemię lniane (Omega-3) oraz pestek i roślin strączkowych (Omega-6), i oleje roślinne (zwłaszcza rzepakowy, lniany i sojowy) oraz ryby i ssaki morskie, a także żółtko jaja.

Nie zniechęcona niczym pani brnie dalej: "... i choć trudno to dostrzec, "Rama" pochodzi z roślin, tak jak oliwa z oliwek".

Skład "Ramy", proszę uprzejmie: roślinne oleje (37%, w tym min. 5% oleju słonecznikowego, które to płynne oleje poddaje się wysokiemu ciśnieniu w obecności wodoru przy pomocy katalizatora niklowego pod postacią proszku, a cały proces przebiega w temperaturze 800-900 stopni Celsjusza, naturalne to iście niby las deszczowy!) i tłuszcze, woda, maślanka, sól (0,3%), emulgatory (lecytyna, mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych), substancja konserwująca (sorbinian potasu), regulator kwasowości (kwas cytrynowy), aromat (niewątpliwie naturalny), barwnik (beta-karoten, niewątpliwie taki sam jak aromat), witaminy A i D3 (syntetyczne).

Ależ oczywiście, żywcem oliwa z oliwek, n'est'ce pas? Jak w mordę dał oliwa z oliwek, każdy wie, że oliwa z oliwek kipi po prostu od sorbinianu potasu! A to, że naturalne źródła kwasów Omega-3 i -6 w naturze poddawane są temperaturze 800 stopni Celsjusza oraz ciśnieniu przy pomocy katalizatora niklowego wie każde dziecko już w wieku wczesnoszkolnym przecież!

Które to dzieci w wieku wczesnoszkolnym (do ósmego roku życia) nie powinny według dietetyków jadać margaryny, Królowa Matka nie ma pojęcia, czemu, to zapewne spisek producentów podjęty w celu odcięcia nas od natury.

Teraz, gdy Królowa Matka upuściła sobie nieco (wierzaj, Czytelniku, zaledwie nieco) pary, może przystąpić do znęcania się nad manierą, która drażniła ja zawsze, ale ostatnio przyjmuje monstrualne wręcz rozmiary.

Ubezpieczenie for lajf dajrekt. Teflon serfejs protektor. Kitiket steril. Oral be pro ekspert klinik lajn pro fleks. Dove Men plus kier zawierające technologię makro mojsczer. Fa men ekstrim polar. Nivea long reper oraz Nivea for men silwer protekt  skin protekszon.

CO TO, NA WSZYSTKICH BOGÓW, W OGÓLE ZNACZY?!!!

Czy istnieje na tym padole ktoś, kto, gnany chęcią nabycia szczoteczki do zębów poprosi o "Oral-B Pro Expert Clinic Line Pro-Flex"? Czy istnieje ktoś, kto rozumie, co to jest? Czy osoby, do których kierowana jest reklama ubezpieczenia na życie wiedzą, co mówi lektor czytający z namaszczeniem "Pro Life Direct"? Co to jest technologia "macro moisture"? Dlaczego ma być lepsza, niż ta poprzednia?

I dlaczego, dlaczego musi być w nazwie???? Skąd zuchwałe podejrzenie, że wszyscy nabywcy (a także potencjalni nabywcy) znają angielski, i zrozumieją, co tam z ekranu bełkocze lektor (gdyż, bądźmy boleśnie szczerzy, prawidłowe wymówienie frazy "Nivea For Men Silver Protect Skin Protection" brzmi jak bełkot dla nienawykłego do języka angielskiego ucha) i, przynajmniej równie zuchwałe, że znają go lektorzy i na pewno wymówią je prawidłowo?

A skoro już wspomnieliśmy o reklamie ubezpieczenia na życie "Moi Bliscy - For Lajf Dajrekt", nieprawdaż, to Królową Matkę urzeka pani, która dzień czy dwa po śmierci matki czuje się już lepiej. Druga reklama z tej serii, ta, w której dwie panie rozmawiają o "pierwszym razie, gdy nie ma z nami Jurka" nosi znamiona prawdopodobieństwa - nie wiadomo, jak długo Jurka nie ma, może rok, osoba, która doznała straty ma prawo dojść do jakiej-takiej równowagi, a nawet przejść na ten etap żałoby, gdy drogiego zmarłego wspomina się z uśmiechem, a nie wybuchem rozpaczy. Ale córka, która mówi: "Już się czuję lepiej..." by dosłownie dziesięć sekund później, odbierając zawiadomienie o wypłaceniu ubezpieczenia (prawdziwie ekspresowe tempo, swoja drogą!) ucieszyć się: "Bardzo mi to pomoże przy wydatkach związanych z pogrzebem, pomnikiem...". Jakby się Królowa Matka nie starała, wychodzi jej, że jest jeszcze przed pogrzebem - a w takiej sytuacji należy uznać, że zbolała córka trzyma się nad podziw dobrze. Może to zresztą też nosi znamiona prawdopodobieństwa, Królowa Matka nie zna wielu osób patologicznie oziębłych...

Wplatając się zgrabnie w koło życia Królowa Matka przejdzie teraz płynnie do reklam portalu "E-Darling" (o, następni! Jakie "e"? Co to znaczy "darling"? Czy to jest polski portal? Bo jeśli tak, czemu się tak dziwnie nazywa?) i mamusi, która szuka nowego tatusia dla swojego synka (i, kto wie, może dla następnych synków i córeczek też?), i w tym celu, gnąc i prężąc ciało przy jakimś stole czy innej futrynie drzwiowej oznajmia namiętnym półszeptem: "Jako samotna matka (już w tym momencie Królowej Matce robi się nieprzystojnie wesoło) muszę być szczególnie ostrożna przy wyborze partnera..", i w tym momencie męski głos triumfalnie a kojąco oznajmia: "I dlatego na e-Darling uwzględniamy osobiste preferencje!". O, rany. No, że Królowa Matka użyje słowa, zajebiście po prostu. O, jejciu, chyba się Królowa Matka rozwiedzie. Tylko po to, by runąć na stronę e-Darlinga i, z gardłem zdławionym wzruszeniem, sprawdzić, jak to jest - wybrać partnera uwzględniając przy tym (niepojęte! oryginalne! i jakie śmiałe!!!) osobiste preferencje!!!

Jak dobrze wiedzieć, że takie miejsca na tym zepsutym świecie jeszcze istnieją!

Kolejna idolka Królowej Matki to panienka z reklamy podpasek "Always" (Królowa Matka przysięga, że nie robi tego umyślnie, sama dopiero teraz widzi, ile towarów ma angielskie nazwy, których nie-mówiąca-po-angielsku-część-świata - czyli, co się rozumie samo przez się, ta nieistotna część, prawda? - nie rozumie) - pal licho pioseneczkę z tej reklamy z przyśpiewkami w rodzaju: "always pomoże, bo powłoczka teraz chłonie tak szybko, niemal nieee przyyyywieeeraaaa, przy skórze always zostaje suuchaaa!!!" , chociaż jak ją Królowa Matka usłyszała po raz pierwszy szczęki na podłodze szukała czas dłuższy, ale do dziś otrząsnąć się nie może w temacie poziomu umysłowego głównej bohaterki spota, która wbija się (zapewne z trudem, bo w takie spodnie każdy człowiek wbija się z trudem) w białe (pojmujesz, Czytelniku), obcisłe dżinsy, robi szałowy makijaż, zakłada szpilki, tylko na widok których Królowa Matka by się zabiła, wychodzi z domu i podąża z kumpelami do kina, po czym nagle, już w kinie staje nagle na środku czerwonego dywanu wiodącego ku wejściu jak wmurowana, niczym, nieprawda, rasowy rumak u cmentarnej bramy, i nie, ona dalej nie pójdzie, bo to nie jej dzień i ona właśnie odczuła nieodpartą chęć, by schować się w cień! Znaczy, wciskając się w białe spodnie i zapinając je na wdechu nie wiedziała, że to nie jej dzień, tak? Tak ją olśniło na środku kinowego holu, mamy rozumieć? A nawet jakby ją ten nie jej dzień na środku tego holu zaskoczył, co ma wszak prawo się zdarzyć, to wystarczy użyć reklamowanego przedmiotu i już można, odziana w biel, latać po tych schodach w te i nazad? Królowa Matka widzi w tej reklamie jednak pewien rodzaj... eee... niedopracowania. Wyraźne nieprzemyślenie tematu do końca widzi otóż, co poradzi.

Na zakończenie jojczenia Królowa Matka nie może odmówić sobie przyjemności pogratulowania samej sobie, że zakończyła przygodę z T-mobile (o! o! znowu! to naprawdę nie Królowa Matka wymyśla te wszystkie nazwy!!!) jeszcze nim firma ta skompromitowała się wypuszczeniem w przestrzeń publiczną serii reklam z ludźmi napastowanymi przez pana wrzeszczącego: "Jeden hamburger!!! A tu ma pan drugiego!!! GRATIS!!!" i tylko czekać, aż zacznie gonić swoje ofiary, by im tego dodatkowego hamburgera wcisnąć w gardło, a potem uszczęśliwić informacją, że cha, cha, cha, są w ukrytej kamerze i reklamują telefonię komórkową! Królowa Matka wie, że rozwalenie panu łba przy pomocy wyrwanej z ukrycia kamery/ ciśnięcia w twarz hamburgerem, albo i obydwoma/ kopnięcie pana z całej siły w nabiał, a potem poprawienie, cha, cha, cha, dwa razy tyle, jedno gratis/ byłoby dowodem niewybaczalnego braku poczucia humoru, ale trudno, zaryzykowałaby.

Na zakończenie, zgodnie z osobiście wprowadzoną przez Królowa Matkę nową świecką tradycją przedstawione zostaną reklamy, które też wróciły. Specjalnie, by koić nerwy Królowej Matki, niewybaczalnie zszarpane po zapoznaniu się z dzieuami powyższymi (niejednokrotnie wyświetlonymi w jednym bloku):

Oto pierwsza...

... a oto druga.

A oto wyznanie:

Twórco reklam! Królowa Matka wątpi, by dotarł do Ciebie ten pełen uczucia akapit. Jednak nawet z pełną świadomością powyższego odczuwa ona imperatyw, po prostu moralny, by wyznać, że nie ma co prawda pojęcia, ile IKEA Ci za nie zapłaciła (nie wątp wszak, że uważa ona, że NIE DOŚĆ!), ale może poza materialnymi korzyściami przyniesie Ci korzyść duchową świadomość, ze umilasz życie Wielodzietnej Patologii, Matce Drobnych (i Upiornych niejednokrotnie) Dziatek, Starej i Schorowanej Kobiecie, dla której każdy powód, by się bezinteresownie uśmiechnąć jest na wagę złota.

Za co Królowa Matka z głębi starego, schorowanego serca dziękuje :).

piątek, 27 lipca 2012

Wakacje!

Mimo trudności, kłód rzucanych pod nogi przez Wraży Los i skrajnie pesymistycznych rozważań oraz przeczuć, które Królową Matkę ogarniały z siłą tsunami, udało się jej (oraz Panu Małżonkowi, Pomponom i Podstępnie Psującemu Się Pojazdowi) dojechać na Mazury, prosto w ramiona stęsknionych Potomków Starszych, w to oto miejsce...

rys. Potomek Starszy


a gdy pogoda natychmiast po naszym przyjeździe ustaliła się w górnych warstwach tropikalnych stanów wyższych, Królowa Matka przez caluśki tydzień mogła sobie (między innymi) spokojnie pływać samodzielnie,...


albo z Potomkiem Młodszym (gdyż Potomek Starszy przeniósł swą fobię basenową także na naturalne zbiorniki wodne), ...


siedząc wygodnie, a w zasadzie półleżąc na leżaku, i szydełkując od niechcenia, spoglądać na Pana Małżonka myjącego samochód/ podlewającego ogród i przy okazji także Liczne Potomstwo, wydające przy okazji tej rozrywki Entuzjastyczne Ryki z głębi trzewi...


albo na Potomka Starszego, łowiącego jaszczurki za drewutnią, która to czynność była mu wzbronioną zarówno ze względu na uczucia jaszczurek, będących wszak pod ochroną, jak i na niebezpieczeństwa zlecenia na łeb, na szyję/ nadziania się po drodze na liczne gwoździe/ nadziania się na gwoździe bez zlatywania/  wskutek eksplorowania kupy starych desek, będących łatwo dostępną kryjówką dla jaszczurek, ale nie dla ludzi, ...


myć w misce Pompony, które, gdyby im tylko pozwolić, spędziłyby w niej cały tydzień, bez przerw na sen i jedzenie, ...


poigrać gigantyczną (albo paroma dziesiątkami mniejszych, tenisowych) piłką z Potomkiem Młodszym, ...



oraz - czy już wspominała? - popływać...


... a wszystko to mając świadomość, że to jest właśnie szczęście, i że to wielki przywilej - doświadczać go, i wiedzieć, że Oto Ono Naprawdę Tu Jest.


piątek, 20 lipca 2012

Jedna jedyna korzyść

Królową Matkę odcięło od interneta. Totalnie ja odcięło, bez uprzedzenia i całkiem niesprawiedliwie. Pozbywszy się Starszych Pacholąt za pomocą sprzedania ich na tydzień Rozkochanej Babci, która wywiozła ich była na Mazury, zamiast, jak przystało na Wzorowa Matkę, popaść w przygnębienie oraz myśli typu "ach, jacy oni już duzi!", "już mnie nie potrzebują...", "za chwilę pójdą do szkoły, potem na studia, a potem się wyprowadzą i w ogóle nie pomyślą o swojej biednej, starej, schorowanej matce, może to lepiej, że tego nie dożyję...", snuła plany błogiego lenistwa w towarzystwie li tylko Bliźniątek, malowania pokoju, oddawania się robotom ręcznym (zamówienia czekają i się kurzą! i miały być, cholera jasna, dokończone w tym tygodniu, w tych planach, znaczy), poczytywania kryminałów i wogule.

Po czym samochód rodzinny odmówił posłuszeństwa. Precyzyjnie w pierwszy dzień wolności odmówił, został doholowany do mechanika, a przebywanie Królowej Matki z Pomponami w Dziczy stało się niepodobieństwem, z dala od lekarzy (co to mogą okazać się potrzebni w każdej chwili i tak samo bez uprzedzenia, jak bez uprzedzenia Królową Matkę złowrogi Los pozbawił dostępu do własnego bloga), od sklepów, od cywilizacji, z dziesięcioma autobusami PKS na dobę... Zamiast tego została umieszczona w już w tym miejscu opisywanym mieszkaniu Teściowej razem z Rozkosznymi Pomponikami (dzięki bogom, nieco podrosłymi i nie rozsiewającymi aż tak jak poprzednio blasku swych bujnych osobowości), odcięta nie tylko od neta, ale i od własnych kosmetyków, znacznej większości własnej odzieży, kryminałów, materiałów do robótek (zresztą co jak co, ale dla wykonywania zamówień w mieszkaniu Teściowej nie ma zupełnie warunków), FoxLife Channel (i "Chirurgów", co za tym idzie, no owszem, serii, którą Królowa Matka zna na pamięć, i co z tego, pytam się?) oraz inszych inszości, które okazują się niezbędne w najmniej spodziewanych chwilach.

W ramach jedynej pociechy miała worek włóczki bawełnianej (YarnArt, "Jeans"), z której z zacięciem w każdej wolnej chwili szydełkowała, zabijając w ten sposób obawy, że samochodu nie da się naprawić aż do końca urlopu Pana Małżonka, co oznacza, że nie będzie jak dojechać do Potomków na Mazury, co z kolei oznacza, że wakacje Królowej Matki wyglądać będą tak właśnie - spędzone w mieszkanku Teściowej, bez internetu, bloga, ulubionych książek, z szalem, który okazał się w robieniu zbyt łatwy i szybki...


... i który (w ramach jedynej korzyści z przedłużonego pobytu na łonie Cywilizacji) udało się Królowej Matce skończyć.

A jak już go skończyła, nadeszły upały. I szal stał się najzupełniej zbędnym elementem odzieży.

Ale co tam. Kiedyś odejdą :). 



sobota, 14 lipca 2012

Co jedno z drugiego niezbicie wynika...

Królowa Matka wraz z Królewskim Małżonkiem posilają się ryżem smażonym z warzywami w tajskiej knajpce, w której na ekranie telewizora produkuje się właśnie Lady Gaga.

Królowa Matka (w zamyśleniu) - Nie uwierzysz, ale oto pierwszy raz w życiu widzę teledysk Lady Gagi...
Pan Małżonek (z niedowierzaniem) - Serio, pierwszy raz?
Królowa Matka - No. Słyszeć, słyszałam, setki razy, w sklepach chociażby, w autobusach, w radio w samochodzie... ale widzieć to nie, nigdy. Raz tylko parodię tego widziałam.
Pan Małżonek (grzebiąc w pamięci) - Tak! Ja ci ją chyba pokazywałem?
Królowa Matka - Ty, krąży gdzieś na Youtubie. Justin Timberlake w niej bodajże występuje.
Pan Małżonek (zdobywszy się na niewiarygodny w jego wypadku wysiłek dopasowania nazwiska do osoby) - Nie, chyba nie Justin Timberlake...
Królowa Matka - No, jakże, Justin Timberlake w małej czarnej i w szpilkach się produkował... (doznając napadu dobrej pamięci) A rzeczywiście, nie, on parodiował Beyonce!
Pan Małżonek (entuzjastycznie) - Właśnie! A Lady Gagę parodiowali studenci z prosektorium!
Królowa Matka (zamierając z ryżem uniesionym w połowie drogi do ust, wpatrując się w Lepszą Połowę z zastanowieniem, bardzo powoli) - Z prosektorium...?
Pan Małżonek (tonem będącym werbalnym odpowiednikiem klepnięcia się w czoło) - Rany, jasne, że nie z prosektorium, z tego, no, z...
Królowa Matka (zawisając Panu Małżonkowi na twarzy niepewnym spojrzeniem) - Z konserwatorium...?
Pan Małżonek (tonem triumfalno-radosnym) - Tak! (zauważając osłupiały wzrok Królowej Matki) Oj tam, każdy się może pomylić, przecież w prosektorium się konserwuje!

A temu nie sposób odmówić słuszności ;D.

czwartek, 12 lipca 2012

Królowa Matka jest jak Bohaterka Baśni

Potomki oglądają odcinek "SpongeBoba Kanciastoportego" z (chorą, zdaniem Królowej Matki) fascynacją.

Potomek Starszy - Ależ ten Skalmar jest podły, jest naprawdę obrzydliwy. Jest jak ty, mamo...
Królowa Matka (ciska w Pierworodnego spojrzeniem, z którego łatwo wyczytać można, że choć zasadniczo nie zgadza się z taką charakterystyką, potrafi - jak się już przemoże - zaprezentować się od strony, po poznaniu której wzmiankowany Skalmar mógłby jej co najwyżej buty czyścić. Własnym ciałem).
Potomek Starszy (kończąc myśl ) - ... też lubi, jak wokół jest cicho.

Ekhm. Ściemą totalną by było zaprzeczać.

Potomki oglądają jakąś bajeczkę, w której jedną z głównych (i negatywnych) bohaterek jest Wyjątkowo Apodyktyczna (i Antypatyczna) Kangurzyca.

Potomek Młodszy (z przejęciem) - Jaka ta Mama - Kangurzyca jest okropna! No wstrętna ona jest, bardziej, niż... niż... niż... nawet bardziej niż ty, mamusiu!

I uwierz w to, Miły Czytelniku, lub nie, ale to był komplement :).

poniedziałek, 9 lipca 2012

O ucisku Jednostki :)

Wieczór. Rodziciele po upłynnieniu Potomków cieszą się chwilą, oglądając "Vabank" (tak, Królowa Matka wie, ze znowu, lecz nastaw się, Drogi Czytelniku, że nie jest to ostatnie znowu na tym blogu), gdy nagle chwila ta, zamiast trwać, zostaje zakłócona skrzypieniem schodów - nieomylny znak, że któryś z Potomków wbrew ścisłym zakazom wyszedł był z łóżka i schodzi na dół.

Istotnie, chwilę później w pokoju pojawia się Potomek Starszy.

Potomek Starszy (w silnym wzburzeniu i z napadem słowotoku) - Ja przepraszam, że zszedłem, ja wiem, że powinienem leżeć w łóżku i spać, i ja chcę spać, ale po prostu musiałem tu przyjść i powiedzieć, że mnie ten Kacper ciągle wykorzystuje!!! Najpierw położył się na moim łóżku, Kacper, mówię mu, zejdź z mojego łóżka, idź do siebie, raz mu to mówię, drugi raz mu to mówię, trzeci raz mu mówię, siedemset razy mu chyba to powiedziałem, a on nic, tylko tak "tu, tu, tu!" sobie śpiewa i nic nie zwraca na mnie uwagi!!! No to w końcu nie wytrzymałem i tak nim trochę rzuciłem mocno na ścianę, to on wlazł wreszcie do tego swojego łóżka, i tak ciągle "tu, tu, tu" śpiewa. To ja mu mówię, że ma przestać śpiewać, bo ja chcę spać, i nie mogę do was iść wam powiedzieć, ale pójdę, bo on śpiewa ciągle, a ja nie mogę spać, i chcę, żeby on przestał śpiewać, ale on ciągle tylko "tu, tu, tu" śpiewa, no i przyszedłem, bo nie mogłem już wytrzymać, jak on mnie tak bez przerwy wykorzystuje!!!!

Rodzice (zgodnym - jak zwykle, oczywiście - chórem) - Ale w jaki sposób on cię wykorzystuje?

Potomek Starszy (oburzony) - No, wykorzystuje to, że mi nie wolno donosić!!!

Strach pomyśleć, czego moglibyśmy się wszyscy dowiedzieć, gdyby tak Potomek Starszy się przemógł i jednak doniósł ;D...

piątek, 6 lipca 2012

Potomek Starszy znów przemówił ;D

Potomek Starszy (podbiega się poczulić, poprzytulać i popodlizywać i powisieć Królowej Matce na nodze, jak Zupełnie Mały Synek, którym oficjalnie już zupełnie nie jest, o nienienie).



Królowa Matka (usiłuje podejść do czajnika z wodą z Potomkiem wiszącym jej na nodze, co nie jest zadaniem łatwym mimo jego wagi piórkowej).
Potomek Starszy (dramatycznie) - Mamo, nie! Nie rozpłaszczaj mnie na ścianie! Nie przybijaj mnie do szuflady gwoździkami (nie pytaj, Drogi Czytelniku, Królowa Matka też nie rozumie części inwokacji Potomka Starszego)!
Królowa Matka (stoicko) - Nie mogę cię przybić, nie mam młotka pod ręką...
Potomek Starszy (imitując ocieranie potu z czoła) - Ach, odczułem znaczną ulgę!

I to rzekło, Drogi Pamiętniku, dziecko, które w ocenie opisowej kończącej klasę pierwszą ma wpisane "posiada przeciętny zasób słów", o, jakże Królowa Matka chciałaby wysłuchać dzieci, które posiadają ten zasób ponadprzeciętny...

... Albo nie. Jednak by nie chciała :D.

czwartek, 5 lipca 2012

Wieloznacznie :D

Potomek Starszy - Tato, czy kupiłeś soczek?
Pan Małżonek - Kupiłem.
Potomek Starszy - Możesz mi nalać?
Pan Małżonek (z entuzjastycznym błyskiem w oku) - Tak!!! Naleję ci!!!
Potomek Starszy (upewniając się) - Ale ty rozumiesz, że nie chodzi o moją małą, bezbronną dupeczkę, tak?

Pan Małżonek rozumiał :D.

Cała prawda o mężczyznach :D

Głos Z Telewizora (zapowiadając jakiś program, w dodatku radiowy) - Czy mężczyźni cały czas myślą o seksie?
Potomek Starszy (unosząc się słusznym oburzeniem) - Oczywiście, że nie, co za głupota! Ja wcale nie myślę cały czas o seksie!!! Ja nawet nie wiem, co to jest!!!!

Dowód czarno na białym, że media rzeczywiście kłamią ;DDD.

wtorek, 3 lipca 2012

Ilustrowana Rozpiska Wakacyjna :)

Potomki Starsze dostarczyły dziś Królowej Matce Rozpiskę. Rozpiska zawiera ilustrowany (rysunkami a la piktogramy na znakach typu "przejście dla pieszych") wykaz zabaw:

- bardzo, bardzo  dozwolonych, a nawet wskazanych wszędzie (oznaczonych punktem żółtym),
- dozwolonych w domu (oznaczonych zielonym punktem),
- dozwolonych tylko w ogrodzie i na innym łonie natury (oznaczonych punktem niebieskim),
- zabronionych w domu, zagrodzie i w ogóle (oznaczonych, jakżeby inaczej, na czerwono, a nawet przekreślonych).


Wśród zabaw dozwolonych na dworze, oprócz oczywistości w rodzaju berka i wyścigów, znajduje się na przykład pozycja "Dinozauru, rozdepcz Żelka" - jest to, jak chciała natychmiast wiedzieć Królowa Matka z właściwym dla niej wścibstwem, zabawa polegająca na tym, że Gigantyczny Dinozaur podąża za Żelkiem (przelewającym się, czołgającym, wykonującym paszczą mlaszczące odgłosy i chlapiącym kończynami, jak to Żelki mają w zwyczaju), którego zadaniem jest nie dać się rozdeptać.

Dozwolona jest także zabawa "Posypko, uciekaj" (wszyscy wiedzą, na czym taka zabawa polega, prawda? - ale Królowa Matka mimo to przypomni - jeden Potomek ucieka, a drugi bombarduje go wielką ilością małych piłeczek. Na logikę powinno się to nazywać "Posypko, goń", ale Królowa Matka nie będzie się wtrącać, bo co ona tam wie).

W domu wolno też bawić się w "Napompuj tatusia", która to wyszukana rozrywka polega na tym, że jeden Potomek jest nadmuchiwany (lub pompowany niby-pompką rowerową) przez drugiego Potomka, a gdy osiągnie masę krytyczną zaczyna opętańczo latać po pokoju, tak jak balon, gdy gwałtownie wylatuje z niego powietrze. Królowa Matka nie jest pewna, czy jest to zabawa dozwolona w domu, ale przecież nie ma ona nic do powiedzenia, skoro Potomki już ją otagowały...

Rozpiska wisi na lodówce i wygląda na to, że w kwestii Zabaw Potomstwa zapanował w domu Królowej Matki jakże pożądany przez wszystkich Rodziców ład i porządek ;D.


niedziela, 1 lipca 2012

Na powitanie lata - suplement

... gdyż to będzie powitanie lata tylko dla Królowej Matki.

Otóż latem pojawia się bób.

Królowa Matka (w zupełnym przeciwieństwie Pana Małżonka) nie była nigdy specjalna admiratorka bobu, chociaż rośliny strączkowe lubi bardzo, właściwie bez wyjątku. Bób też, ale nie jakoś nadzwyczajnie, może dlatego, że wymaga podwójnego łuskania, a Królowej Matce nie chciało się nigdy najpierw łuskać, potem gotować, potem obierać (celebrowała swoje lenistwo, zapewne w przeczuciu chwil, gdy nie będzie mogła być nie tylko leniwa, ale choćby tylko zmęczona na tyle, by na chwilę przysiąść, i, nie, Luby Czytelniku, to, że tu pisze nie oznacza wcale, że siedzi - nie uwierzyłbyś, gdyby Ci napisała, ile czasu powstaje taka notatka, i jakie czynności powstawanie jej przerywają)...

Ponieważ jednak Pan Małżonek bób po prostu uwielbiał, wszyscy - Matka Królowej Matki, Matka Pana Małżonka, Królowa Matka, sam Pan Małżonek - w sezonie kupowali warzywko w ilościach hurtowych, a Pan Małżonek je gotował z błyskiem w oku, obierał i pożerał na miejscu. Królowa Matka patrzyła na to, patrzyła, aż pewnego dnia natrafiła w Atlasie Kulinarnym Świata wydawanym przez Agorę na przepis na sałatkę z bobu z kaparami pochodzącą z kuchni żydowskiej, zrobiła ją eksperymentalnie, z połowy składników, i był to czarny dzień w życiu Pana Małżonka, który od tego czasu zmuszony został do dzielenia się bobem, a w razie nie podzielenia się ryzykował festiwal patrzenia nań z wyrzutem i stosowania przeróżnych środków gnębienia moralnego przez długi, dłuuuugi czas.



By sporządzić sałatkę Królowa Matka gotuje pół kilo bobu w osolonej wodzie, odcedza, przelewa bób zimną wodą i - trzymając Pana Małżonka w znacznej odległości przy pomocy perswazji werbalnej i lodowatego spojrzenia, którym weń ciska od czasu do czasu - obiera, po czym miesza z garścią kaparów. Odstawia miskę w miejsce, którego nie ujawnia nikomu z rodziny, i przygotowuje sos, mieszając trzy łyżki majonezu, pół szklanki kwaśnej śmietany, cztery zmiażdżone ząbki czosnku (można użyć mniej, dwa lub trzy), zalewa sosem bób i miesza go bardzo delikatnie, po czym doprawia do smaku solą, pieprzem, sokiem z cytryny i gałka muszkatołową (wszystko według indywidualnego upodobania), a następnie wstawia do lodówki, by się składniki "przegryzły", na co najmniej godzinę.

Podawać się to powinno z sałatą, jak na tym zdjęciu...


Jest to zdjęcie z Sylwestra, który został przez Królową Matkę uczczony przyrządzeniem ukochanej sałatki z bobu mrożonego, tak, żeby sprawdzić, czy się uda (niesiona szałem tworzenia przesadziła z sosem, ale i tak rzecz pochłonęła w dzikim entuzjazmem), i owszem, udało się, co cieszy, chociaż świeży bób jest oczywiście lepszy.

Inaugurując lato Królowa Matka wsunęła michę specyjału bez sałaty, i z radością donosi, że też można :).

I teraz to już na pewno, bez cienia wątpliwości Lato oficjalnie uznać można za rozpoczęte!