środa, 29 lutego 2012

Ogłoszenie Oficjalne.

JEST WIOSNA!!! Kalendarz może sobie twierdzić, co mu się żywnie podoba, prognozy pogody wieszczyć ponuro powroty śnieżycy i mrozu, a ludzie uparcie nosić zimowe kurtki, okutywać się w szaliki i naciągać czapki aż na nos. A Królowa Matka wie swoje - wie, że Wiosna przyszła, ponieważ Ptaki wróciły!

Dziś Królowa Matka usłyszała nad sobą krzyk dzikich gęsi i gdy uniosła głowę ujrzała wielki klucz ptaków, w którym akurat zmieniał się ptak prowadzący. Trzeba tu nadmienić, że w Królowej Matce na taki widok pękają wszelkie hamulce, zaczyna ona, nie bacząc na to gdzie i w jakim towarzystwie się znajduje (o tym, ile ma lat i co przystoi tak wiekowej osobie nie wspominając), podskakiwać, machać rękami i wydawać okrzyki w stylu: "Witajcie w domu!!! Udało wam się!!! Nie dałyście się!!! Jak dobrze was widzieć!!!" (jesienią na widok klucza dzikich gęsi wykrzykuje: "Do zobaczenia!!! Szczęśliwej podróży!!! Wróćcie do nas bezpiecznie!!! Uważajcie na siebie i nie dajcie się Włochom!!!*). Jeśli, Luby Czytelniku, ujrzysz kiedyś chudą, długą osobę, być może otoczoną liczną, stoicko spokojną (był czas przywyknąć przecie!) Dziatwą, i wydającą z siebie okrzyki podobnej treści, stań i doznaj wzruszenia (i nie dzwoń po pomoc psychiatryczną), bowiem będzie to właśnie Królowa Matka we własnej, chudej osobie.




A jeśli znajdzie się ktoś, kto tego bloga nie czyta (czyż to być może??? - zastanowiła się przelotnie Królowa Matka) i po tę pomoc psychiatryczną zadzwoni, to Królowej Matki i tak to nie poruszy, bowiem pławić się będzie w radosnej świadomości, że Wiosna, wraz z Ptakami, nareszcie wróciła :).

*Skutek lektury artykułu o ptakach wędrownych, padających ofiarą włoskiego upodobania do polowań.

wtorek, 28 lutego 2012

Ostatni na baaardzo długo przepis kulinarny :)

Ulegając prośbom osób, które obawiają się, że skutkiem ubocznym czytania bloga Królowej Matki będzie utrata talii osy, ponieważ po czytaniu przepisów nie mogą powstrzymać się od ich realizacji, a potem tę realizację konsumują w sposób niejednokrotnie nieopanowany, Królowa Matka informuje, że ten przepis będzie ostatni przed długa przerwą. No, średnio długą. Taką do drugiej połowy marca. W drugiej połowie marca Pan Małżonek obchodzi urodziny i, lekce sobie ważąc rozpaczliwe komunikaty od Królowej Matki, że nie potrafi ona piec żadnych ciast z kremem, zażyczył sobie na nie "tort, i żeby miał dużo czekolady, i dużo tej masy, parę warstw i dużo polewy" :))). Następny przepis będzie zatem pełen czekolady, polewy i masy, a co za tym idzie - raczej nie będzie prosty. W zupełnym, ale to zupełnym przeciwieństwie do tego.

Ciasteczka owsiane ze słonecznikiem to są ukochane ciasteczka Królowej Matki z co najmniej trzech powodów. Po pierwsze, robi się je ze składników, które w domu Królowej Matki są zawsze dostępne. Tak, Królowa Matka wie, że słonecznik to nie jest artykuł pierwszej potrzeby, ale z tajemniczych powodów zawsze go ma na stanie :). Po drugie, są w wykonaniu banalnie proste. Teraz, gdy Królowa Matka ma stały dostęp do internetu, używa tego Internetu i niemal pozbyła się obaw, że gdy tylko dotknie komputera ten niechybnie wybuchnie, wie ona, że prostych przepisów jest na tym świecie mnóstwo. Ale gdy zaczynała swoja przygodę kulinarną jeszcze tego nie wiedziała, i te ciasteczka były pierwszym w tym względzie objawieniem. I po trzecie, składniki odmierza się tu na szklanki i łyżki. I szczypty. Żadnego szarpania się z wagami, żadnych miarek, dla osoby, która nie posiada wagi, a miarkę nabyła drogą kupna miesiąc temu jest to istotne udogodnienie :).

Przepis pochodzi z zamierzchłych czasów, gdy "Gazeta Wyborcza" wydawała co czwartek "Magazyn Gazety", o ileż lepszy (nie, to nie jest objaw starczy pod tytułem "A za moich czasów to dopiero było piknie!" ;)) niż do dziś wychodzący "Duży Format", zaś w "Magazynie Gazety" istniał stały kącik kulinarny, często proponujący "Ucztę wegetariańską". "Uczty" poświęcone były zawsze jednemu produktowi, w tym wypadku słonecznikowi, i oprócz ciasteczek Królowa Matka do dziś piecze przedstawione tam placuszki z oliwkami... ale, zaraz, nie miało być mowy o innych przepisach!!!

No to wracamy grzecznie do tematu: do wykonania ciasteczek słonecznikowych potrzeba półtorej szklanki mąki, szklanki płatków owsianych, szklanki ziaren słonecznika, uprzednio uprażonych na jasno-złoto na suchej patelni, szklanki cukru, jednej kostki miękkiego masła, jednego opakowanie cukru waniliowego i jednej łyżeczki sody. A, i szczypty soli. Ugniata się masło z cukrem i sodą, dodaje ostudzone ziarna słonecznika i płatki owsiane, i znów ugniata, po czym dodaje się mąkę i sól. I ugniata. Uwaga dla osób nie przepadających za nadmiernie słodkimi wypiekami - można spokojnie ograniczyć ilość cukru (zostawić jednak cukier waniliowy, który dodaje miłego aromatu) i dodać pół szklanki, a nawet mniej. Ciasteczkom nic się od tego nie stanie.

Gdy już mamy wszystko ugniecione, odrywamy od masy kawałek wielkości dużego orzecha włoskiego, rozpłaszczamy dłonią, i na blachę do pieczenia! Nie ściśle jedno obok drugiego, bo one rosną, chociaż nie jakoś oszałamiająco.

A blachę lu, do piekarnika nagrzanego do 175 stopni, i już po kwadransie (plus jakieś pięć minut na powierzchowne przestudzenie ;)) możemy się objadać.

W notce pod przepisem napisane jest, że ciasteczka te, przechowywane w metalowej puszce, będą świeże przez tydzień. Jest to informacja całkowicie Królowej Matce (w której domu ciasteczka anihilują się - zupełnie same!!! - najpóźniej po dwóch dobach) zbędna, ale może komu innemu się przyda :D...

niedziela, 26 lutego 2012

Najfajniejszy weekend w świecie ;)

Królowa Matka zdaje sobie sprawę z tego, że jest już Zupełnie Inny Weekend i opisywanie Poprzedniego Weekendu jest jak musztarda po zapomnianym już obiedzie, ale obiecała relację Drogim Czytelnikom, a z natury jest obowiązkowa. I opisze ten weekend, cholera jasna psiakrew, i żadne guziczki od kasowania gotowych postów jej w tym nie przeszkodzą!!!

Zeszły Weekend miał wyglądać zupełnie inaczej. Pan Małżonek miał pojechać na zlot kendo do Łodzi, a w Dzicz zjechać miała - na pomoc Królowej Matce i na uciechę wnuczętom - Matka Królowej Matki. Wszystko było ustalone i oto okazało się, że powiedzenie: "Jeśli chcesz rozśmieszyć Los opowiedz mu o swoich planach" jest głęboko mądre.

W wypadku domostwa Królowej Matki poczucie humoru Losu objawiło się w postaci pompy, która padła, i szamba, które, nie używane przez cały jeden dzień, zamarzło, co okazało się wieczorem, gdy pompa ruszyła, a Królowa Matka i Pan Małżonek zaczęli padać sobie w objęcia i wznosić radosne okrzyki, które skutecznie zdławił w ich gardłach widok wody wylewającej się górą przez sedes.

W ciągu następnych pięciu dni pomimo podejmowanych wysiłków sytuacja nie uległa znaczącej zmianie i oto Rodzina Królowej Matki stanęła w obliczu budzącej grozę możliwości zużytkowania szamba zgodnie z przeznaczeniem dopiero na wiosnę, gdy puszczą lody. Pan Małżonek smutnym i szemrzącym głosikiem zaczynał bąkać pod nosem, że chyba sobie da spokój z tą Łodzią... że zostanie... ale Królowa Matka postanowiła wspaniałomyślnie nie być Aż Tak Złą Żoną i wymyśliła, że uda się na ten weekend do Rodzinnego Grodu. Starszaki zostawi u swojej Matki, a z Młodszymi zatrzyma się w mieszkaniu Matki Pana Małżonka, które, z racji panujących właśnie ferii, stało puste.

Pozwoliła sobie nawet na fantazjowanie: "Ach, bedzie super! - myślała, uśmiechając się tęsknie. - Pozbędę się Starszych, ich miliona pytań na minutę, ich "A maaamooo, bo ooon...!", ich zabaw w Mordujące Się Potwory, ich harców do godziny 23 z minutami, zostanę tylko z Małymi, no a z dwójką sobie przecież poradzę!".

(W tym momencie, Drogi Czytelniku, przerwij lekturę dla dojścia do siebie po tym, jak dotarło do ciebie, że myliłeś się myśląc: "Ona chyba nie jest aż taką idiotką!", gdy zaś otrząśniesz się ze wstrząsu możesz albo powrócić do lektury, albo też, nie zmożywszy rozczarowania, wyrzucić bloga z "Ulubionych" i odtąd omijać ze wzgardą. Gotowe? No to jedziemy dalej).

Matka Pana Małżonka zajmuje lokal dwupokojowy z kuchnią, przy czym duży (no, większy) pokój jest przechodni - bezpośrednio z niego wchodzi się do kuchni. W trakcie zrobionego w lipcu remontu pozostawiono wyłącznie piękne, drewniane framugi, a usunięte zostały drzwi kuchenne oraz te do przedpokoju, i słusznie, mieszkanie zyskało bowiem na przestrzeni, chociaż, jak sie okazało, niewątpliwie straciło na możliwości kontroli Pomponów.

Mieszkanie Matki Pana Małżonka stanowi ponadto coś w rodzaju małego muzeum, obstawionego, obwieszonego i dekorowanego obrazkami na drewnie, aniołami z masy solnej, glinianymi ptaszętami, kolorowymi butelkami i buteleczkami, lampami naftowymi, żelazkami na duszę, małymi, większymi, dużymi i miniaturowymi wazonami, koszami i koszyczkami, ogromnymi morskimi muszlami oraz wszystkim, co akurat Teściowej Królowej Matki przyszło do głowy zbierać (na czele z imponującą kolekcją najbardziej wstrząsających "Pamiątek z Zakopanego/Jastarni/Świnoujścia/Szczyrku/Dowolnej Miejscowości Wypoczynkowej", którą z upodobaniem poszerzała przez lata, licytując się ze Swym Synem, a Małżonkiem Królowej Matki, kto znajdzie szkaradniejszą i bardziej obciachową pamiątkę w czasie wakacyjnych wojaży). Jednym słowem, lokum to stanowi raj dla dwójki rozkosznych roczniaków o niespożytej energii, imponująco rozwiniętej ruchliwości i podziwu godnej ciekawości świata.

Królowa Matka natychmiast po wejściu w progi mieszkania rozpoczęła przemeblowanie, usuwając wszelkie potencjalnie niebezpieczne (czyli, nieprawdaż, co się będziemy czarować, wszystkie) przedmioty znajdujące się w zasięgu małych rączek. Potem te znajdujące się w POTENCJALNYM zasięgu małych rączek. Przesunęła stolik i dwa fotele, zablokowała łóżeczkiem turystycznym szuflady komody tak, że bez przesunięcia łóżeczka nie dało się ich otworzyć, opróżnila z bibelotów znaczną część parapetu i udała się do przedpokoju, by postawić na szafie kosz z apaszkami, zwykle stojący na ziemi przy drzwiach wyjściowych, Do dużego pokoju sprowadziły ją (metodą - wykonujemy jeden iście kangurzy skok) odgłosy głuchych łupnięć.

Okazało się oto, że Pacholątka namierzyły minispiżarnię Teściowej (która część zapraw trzyma w kuchni  w wąskiej wnęce między ścianą a szafką na zlewozmywak) i właśnie przenosiły jej zawartość, wnosząc po słoju z marynowaną papryką do pokoju i rzucając je z impetem na dywan.

Królowa Matka skarciła Pompony werbalnie, zebrała słoiki, zaniosła je do kuchni, ustawiła na szafce, gdy zaś odwróciła się, ujrzała swoje Najmłodsze Dziecko stojące na stole i szerokim gestem zgarniające z półki pod parapetem wszystko, czego nie zdążyła usunąć stamtąd jego Mamunia. Weszło sobie na stół po pufie, na której teraz stało Dziecię Przedostatnie, zupełnie wyraźnie zamierzające udać się w ślady Braciszka.




Królowa Matka wrzasnęła, rzuciła się na Potomki, mętnie myśląc, że wygląda na to, iż rzucanie marynowaną papryką znajduje się w dolnej strefie stanów średnich tego, co może przyjść Pomponom do ślicznych główek, zestawiła je ze stołu lekceważąc ogniste protesty i umieściła pufę pod stołem jednym celnym kopem. Pompony natychmiast rzuciły się sprawdzać, czy nie da się jej wydobyć, doszły do wniosku, że nie i uśpiwszy w ten sposób czujność Królowej Matki udały się do zablokowanych łóżeczkiem szuflad, aby sprawdzić, czy nie da się tam czegoś obluzować.

Zwiedziona tym Królowa Matka wyszła do łazienki odłączyć pralkę od kontaktu. Gdy wróciła, zastała swoje Przedostatnie Dziecko siedzące na stole i bawiące się dużą butelką lekarstw, oraz stojącego mu nad głową Najmłodszego Braciszka, pilnie zajętego rozkladaniem kalkulatora na części pierwsze. Dzieciątka otóż weszły na stół wdrapując się najpierw na fotel. W jaki sposób udało im się namierzyć i ściągnąć butelkę z lekarstwami (mającymi postać ślicznych, przejrzystych kapsułek z błękitno-granatowymi granulkami wewnątrz, nawet Królowa Matka się nabrała przypuszczajac, że to są korale, a cóż dopiero dzieci, co za debil to zaprojektował?) ukrytą w stojącym w najdalszym końcu parapetu koszu, Królowa Matka nie potrafi powiedzieć.

Pompony ponownie zostały ściągnięte na ziemię, fotel ustawiony bokiem do ściany w nadziei (okazało się, słusznej), że po poręczy Słoneczka Mamusi nie dadzą rady wejść, Królowa Matka odstawiła koszyczek z lekarstwem i innymi znajdującymi się w nim rzeczami na lodówkę (bo miejsca na szafach zaczynało już brakować) i zaczęło z przeraźliwą jasnością docierać do niej, że ten weekend może niezupelnie wyglądać tak, jak jej się zdawało.

I rzeczywiście, Pompony nazajutrz oswoiły się z nowym otoczeniem (bo to poprzednio to był zaledwie nieśmiały rekonesans) i od rana rzuciły się je odkrywać nie skrępowane już niczym. Zaczęły od wyjęcia wszystkich garnków z szafki pod zlewem (gdy Królowa Matka wydzierała garnek jednemu, drugi za jej plecami wyciągał kolejny, dziw, że się tak nie bawimy do teraz). Następnie porzuciły garnki na rzecz śmietnika, z którego próbowały wyżreć skórki jabłek i bananów (i należy się cieszyć, że nie co gorszego). Następnie, gdy Królowa Matka zablokowała drzwiczki od szafek za pomocą przeciągniętej przez uchwyty chochli przez kwadrans łomotały opętańczo, usiłując chochlę wyciągnąć. Gdy to się nie udało, przerzuciły się na kolejna szafkę i wygarnęły z niej kolejno - butelkę octu, który usiłowały wypić, na szczęście przez zakrętkę, butelkę spirytusu, którą: patrz wyżej, słoik miodu, którym radośnie i z impetem trzasnęły w podłoże, przeróżne torby i torebeczki z makaronem, częściowo opróżnione i fabrycznie zamknięte zarówno, pudełka, których zawartości Królowa Matka nie zgłębiała, zajęta wyrywaniem ich z rąk rozszalałej progeniturze i umieszczaniem na mniej więcej właściwym miejscu. Po znudzeniu się szafką rzuciły się na szuflady, wypełnione zachęcającą szeleszcząco-pobrzękującą zawartością, jakimiś tajemniczymi paczuszkami, słoiczkami z przyprawami, sztućcami, kuchennymi narzędziami typu chochle, drewniane szpatułki i inne. Królowa Matka starająca się ograniczyć dzieło spustoszenia coraz lepiej rozumiała doznania wewnętrzne niejakiego Syzyfa, ale on, do licha, przynajmniej uczynił coś, by na tak brutalna karę zasłużyć!

Ponieważ aby zablokować wszystkie szuflady kuchenne można było a) przysunąć do nich lodówkę, co z jakiegoś powodu wydało się Królowej Matce mało wygodne, i b) wsunąć w uchwyty szuflad, od góry do dołu, długi kij, na przykład od miotły, którym Królowa Matka nie dysponowała, zmuszona ona była spędzić 3/4 soboty na odwodzeniu Pomponów od pomysłu patroszenia mebelków,  i odkładania z powrotem tego, co wypatroszyć zdołały, a i tak nie jest pewna, czy jej Teściowa znajdzie wszystko, co zostawiła wyjeżdżając, na w przybliżeniu chociaż tym samym miejscu. W przerwach przygotowywała posiłki, karmiła, zmywała naczynia, sprzątała, żeby Teściowa utrudzona po wojażach weszła do czegoś, co z grubsza chociaż przypomina jej apartamenta, a nie stajnię Augiasza, a jak wyrwała ze trzydzieści sekund, to i z toalety skorzystała (a czy Królowa Matka już wcześniej wspominała, że jej Pacholątka praktycznie nie sypiają w dzień? Nie? No to właśnie wspomina).

Przy czym, oczywiście, Pompony nie wszystko robiły jednocześnie i w tym samym miejscu. Zazwyczaj działają sobie oddzielnie, po czym na rozpaczliwy okrzyk: "Nie wolno!!!" ten, który przypadkiem broi w mniej widowiskowy sposób porzuca swe zajęcie i co sił w nogach (a czasem także i rękach) bieży sprawdzić, jakim też interesującym zajęciom oddawał się upomniany Braciszek, i czy aby nie da się do tych zajęć dołączyć.

Efektem odprężającego weekendu bez Starszaków było to, że gdy Królowa Matka usypiała Pompony o godzinie 19.30 przymknęła oko tylko na sekundkę, no naprawdę, na chwileczkę, a gdy je ponownie otworzyła była 22 z minutami i jedyne, na co miała siłę po zdjęciu z siebie uśpionego Pompona Młodszego, wyjęcia z fotelika uśpionego Pompona Starszego i ułożenia ich w łóżkach to prawie natychmiastowe padnięcie z powrotem w objęcia Morfeusza, że pozostaniemy w klimatach mitologicznych.

Nazajutrz zaś Królowa Matka spakowała swoje Najdroższe Skarby, Podwójne Szczęście i Wyróżnienie, które spotyka tylko Niezwykłe Kobiety (wrrr....) i udała się na ten spacer, a zatem nikogo przypuszczalnie nie dziwi to, że niespieszno jej do powtórki z "uroczego, samotnego weekendu tylko z dwojgiem dzieci"...

piątek, 24 lutego 2012

Czekoladowe ciasteczka Nigelli.

Ponieważ nadchodzi weekend,a każdy wie, że w weekend Wzorowa Pani Domu piecze coś dobrego, by osłodzić rzeczywistość Mężowi i Dziatkom, Królowa Matka - nie pretendująca bynajmniej do powyższego tytułu, ale za to lubiąca piec - zdecydowała się na ciasteczka Nigelli. Owszem, do bycia Nigellą brakuje Królowej Matce tego, nieprawda, ognistego wdzięku, sex-appealu, nieskazitelnego, brytyjskiego akcentu i wyposażenia kuchni, ale nie pozwoliła ona ograniczać się tak drobnym niedogodnościom i upiekła ciasteczka czekoladowe czerpiąc satysfakcję chociaż z tego, że, piekąc, nie musi jednocześnie uśmiechać się do kamery, czego jej wrodzona nieśmiałość mogłaby nie znieść.

Ciasteczka są najłatwiejsze w świecie (Królowa Matka nie może wyjść z podziwu, jak wiele istnieje przepisów banalnie prostych, a jednocześnie tak efektownych, że ukrywających tę prostotę pod pozorami iście królewskiego czasem przepychu i wykwintności), a ich produkcja polega na tym, że uciera się 250 g masła ze 150 g cukru, następnie dodaje się 4 dkg kakao i pół łyżki (albo, a co tam! raz się żyje! całą!) łyżkę kawy rozpuszczalnej, i miesza z uczuciem (w wypadku bycia Nigellą uśmiechając sie zalotnie do kamery). Po czym dorzuca się jeszcze 300 g mąki, pół łyżeczki sody oraz łyżeczkę proszku do pieczenia, całość ugniata, aż powstanie gładkie ciasto, z powstałego ciasta odrywa się po kawałku, formuje kulki wielkości orzechów włoskich, spłaszcza dłonią i układa na blasze w racjonalnych odległościach, gdyż rosną w trakcie pieczenia, a blachę wkłada się do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na 15 minut.

Królowa Matka wykonała wszystkie powyższe czynności by, po dziesięciu minutach przebywania ciasteczek w piekarniku, zacząć popadać w nerwowość, pomna uwag Kuchennej Bogini: "Jeśli upieką się za bardzo, będą twarde!" i niezwykle przejrzystych wskazówek typu: "Powinny być upieczone po bokach, ale miękkie w środku, uginać się pod palcem, ale nie być surowe". Znerwicowana i przerażona wizją kamiennych ciastek, o które jej Rodzina zmuszona będzie łamać sobie zęby robiąc dobra minę do złej gry, Królowa Matka praktycznie trzymała głowę w piekarniku przez ostatnie 10 minut, macając ciasteczka tak intensywnie, że zakrawa na cud znalezienie do zdjęcia dwóch bez odcisku palca pośrodku. Z sukcesem jednakże - udało jej się wyciągnąć blachy na czas, by zamiast kamieni w kolorze czekoladowym zyskać aromatyczne, pyszne, kruche czekoladowe rarytasy.

PS. Jeśli do wypieku użyje się margaryny, ciasteczka te są wegańskie, co Królowa Matka odkryła nie bez zdziwienia, bo z czym jak z czym, ale z weganizmem Nigella jej się nie kojarzy.

PSS. Tak, Królowa Matka pamięta doskonale o zeznaniu na temat weekendu z Bliźniątkami, które obiecała popełnić. Pisała je CAŁY wczorajszy dzień, korzystając z każdej najmniejszej wolnej chwili, by pod koniec, dosłownie w trakcie tworzenia ostatniego zdania, nacisnąć jakiś cholerny, nie-wiadomo-jaki guziczek i skasować sobie całość (oprócz ostatniej litery, że ponuro doda). Jak jej minie związany z tym szlag, napisze rzecz po raz kolejny.

środa, 22 lutego 2012

O snach i dyskalkulii :).

Królowa Matka (w zadumie) - Śniło mi się dziś, że zakochałam się od pierwszego wejrzenia, i z wzajemnością w dodatku, w hitlerowskim okupancie...
Pan Małżonek (żywo zainteresowany) - Ale jak to, tak w całym?
Królowa Matka (otrząsając się z zadumy, trzeźwo) - Idiota, jasne, że nie w całym, w pojedynczym egzemplarzu! (z niesmakiem) I tylko to cię poruszyło w mojej wypowiedzi, tak? Nie to, że żona kocha się w najeźdźcy?
Pan Małżonek - Ależ oczywiście, że mnie poruszyło, wizja, ile ty byś miała lat, gdybyś się w okupancie kochała, mnie poruszyła!
Królowa Matka - No tak, musiałam już być w 1940 roku pełnoletnia, plus te sześćdziesiąt dwa lata...
Pan Małżonek (bardzo powoli, patrząc na Królową Matką podejrzliwie) - Siedemdziesiąt dwa... chyba???
Królowa Matka (cholera wie czemu radośnie) - Ach, no oczywiście! Dziękuję ci, jakoś tak byłam pewna, że teraz jest 2002 rok!!!

Oto dlaczego Królowa Matka, zapytana o wiek, nigdy nie pamięta prawidłowej odpowiedzi i liczy na palcach :).

Zagadkowo

Rodzina (rano kotłuje się w łóżku Rodziców, grając przy tym w zgadywanki).
Królowa Matka (sięgając do klasyki gatunku) - Co to jest, nie je, nie pije, a chodzi i bije?
Potomek Starszy (tonem zwycięzcy) - Ja!!!

                                                                                   * * * *

A teraz Zagadka Dla Wszystkich :).

Potomek Młodszy (znużony klasyką, zdaje się na błyskotliwość własnego umysłu) - Co to jest, okrągłe, zrobione na długie i nie ma niczego?

Osoba najbliższa rozwiazania zagadki nagrodzona zostanie... eee... O, portretem wykonanym metodą gryzmołkową przez Królową Matkę :))).


wtorek, 21 lutego 2012

O korzyściach z urlopu :)

W tym wypadku z urlopu Pana Małżonka.

Otóż niewątpliwą korzyścią z urlopu Pana Małżonka jest to, że zazwyczaj podczas takiego urlopu Królowa Matka udziela się kuchennie. To znaczy, piecze. Piecze nie dlatego (a w każdym razie nie tylko dlatego :)), że cieszy ją obecność Głowy Domu, ale dlatego, że może w razie potrzeby zawyć w kierunku Głowy Domu: "Zaaabierz ich ode mnie!!!" i wie, że Głowa przyjdzie i zabierze, pozostawiając jej swobodne (dobra, bądźmy realistami, swobodniejsze) pole manewru.

Dziś padło na ciasteczka. Wczoraj wieczorem Królowa Matka zapragnęła czegoś słodkiego i okazało się, że w domu nic nie ma, więc dziś od rana przeorywała internet  w poszukiwaniu inspiracji, bowiem pierwotny plan przyrządzenia czekoladowych ciasteczek Nigelli upadł był w związku z faktem, że całe obecne pod dachem Królowej i jej Bandy kakao zostało zużyte na wcześniejsze wypieki, a z jakiegoś powodu Królowa Matka nie wpadła na to, że może upiec swoje ukochane ciasteczka owsiane ze słonecznikiem. I bardzo dobrze, że na to nie wpadła, bo dzięki temu ryła w tym internecie, ryła, aż trafiła na to, czyli na Brazylijskie Ciasteczka Kawowe.

Przeczytała, udała się do kuchni i nastawiła piekarnik na 200 stopni. Następnie utarła 70 g rozpuszczonego masła z połową szklanki białego, i połową szklanki ciemnego cukru, usłużnie dosypywanego przez płonących chęcią pomocy Potomków, jednym jajkiem (również wbitym przez Potomków, i to już przy drugiej próbie z sukcesem. Pierwsza próba zakończyła się rozchlapaniem jajka na podłodze, ku nieukrywanemu entuzjazmowi Koteczki) i 1,5 łyżeczki cukru waniliowego. W drugiej misce zmieszała 1,5 szklanki mąki z 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia i 0,5 łyżeczki sody oczyszczonej, a także dwiema łyżkami kawy rozpuszczalnej (dostarczanymi przez Potomków nic a nic nie słabnących w swym entuzjazmie), połączyła składniki suche z mokrymi, wymieszała i przy użyciu łyżki (bo ciasto jest półpłynne, no, może nie tyle półpłynne, co dość luźne) na blasze pokrytej papierem do pieczenia ułożyła kulki wielkości dużego orzecha włoskiego, i umieściła blachę w nagrzanym piekarniku na 8-10 minut.

Skutek upieczenia tych ciasteczek jest taki, że Królowa Matka ogłosić musi publicznie, że kocha Brazylię, ojczyznę tak wyśmienitych wypieków. I Internet, który pozwolił jej ten przepis znaleźć. A także, że to, iż nie pożarła wszystkich ciastek naraz (wyszło jej 38 sztuk) jest wyłącznie skutkiem bolesnej świadomości, że ma Rodzinę, z którą się trzeba podzielić, oraz tego, że upieczenie ciasteczek nie kończyło jej działalności kulinarnej w dniu dzisiejszym.

Pan Małżonek bowiem, czyniąc oczęta Sarenki Bambi zapytał: "A muffinek byś nie upiekła?". Owszem, czemu nie, Królowa Matka by upiekła. Przerywszy internet po raz kolejny (ponieważ w domu nie miała ani kakao, ani coli niezbędnej dla stworzenia muffinek z colą, na które miała największą ochotę stwierdziła, że wypróbuje coś nowego) znalazła ten przepis, który natychmiast zmodyfikowała, ponieważ oprócz kakao i coli nie miała w domu także sezamu (a przysięgłaby, że ma!), miała za to znaczną ilość wiórków kokosowych. W związku z tym zamiast muffinek sezamowych mamy (jeszcze ciągle, choć już nie bardzo, najlepszy dowód, że wyszły jadalne) Prawie Oryginalne Muffinki Kokosowe Królowej Matki :).

Jak to zazwyczaj przy produkcji muffinek bywa, w jednej misce Królowa Matka połączyła produkty mokre (czyli 10 dkg stopionego, wystudzonego masła i 2 rozbełtane jajka), w drugiej - produkty suche (to jest pół szklanki brązowego cukru, szklankę mąki, półtorej łyżeczki proszku do pieczenia, pół łyżeczki sody i siedem kopiastych łyżek wiórków kokosowych). Potem to, co suche połączyła z tym, co mokre, dodała (to znaczy, Potomki dodały :)) hojnie rodzynek i zacukała się, bo z tego, co wie o muffinkach ciasto na nie powinno być dość luźne, a jej wyszło takie, że można by je wałkować. Więc nie zastanawiając się zbytnio chlusnęła mlekiem po całości, na oko (ale nie mniej niż pół szklanki to było), do osiągnięcia wymaganej gęstości ciasta. Po czym, już jak trzeba, napełniła dwanaście natłuszczonych foremek do 2/3 wysokości i wstawiła je do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na 20 minut, i wtedy, owszem, zaczęła się zastanawiać, czy to, co wyjdzie bedzie się aby do czegokolwiek nadawało. A otóż nadaje się, co Królowa Matka wnosi z tego, że muffinek zostało pięć, a dlatego tylko aż pięć, że się Pan Małżonek obraził, że przeznaczony mu wypiek Rodzina wyżera(-łaby, ale on nie pozwolił!) bez żadnego opamiętania, i wydarł Rodzinie pozostałe babeczki z zębów.

Ciekawe, czy będzie pamiętał, by je przed Koteczką schować na noc (w tym miejscu proszę wstawić sobie Wredny Rechot Negatywnego Bohatera Filmowego, będzie jak znalazł).

PS. Tak, Królowa Matka pamięta, że dziś miało być o Weekendzie Z Pomponami. Jutro będzie, słowo harcerza!
PSS. Klaudio, specjalnie dla Ciebie dziś ani jednego przepisu z czekoladą :). Obawiam się jednak, że te przepisy Nigelli, do których się przymierzam, w czekoladę będą obfitować...


poniedziałek, 20 lutego 2012

O mistrzach wagi ciężkiej.

Jeden Pompon bez zimowej odzieży waży 10,5 kilo.
Drugi Pompon bez zimowej odzieży waży 10 kilo.
Zimowa odzież Pomponów waży około 2,5 kilo.
Wózek bez szykan (zimowych okryć, spakowanej folii przeciwdeszczowej, z odczepionymi budami) waży 11 kilo.
Szykany wózkowe ważą 3 kilo.

Królowa Matka odziała jednego gnącego się jak podcięta lilija, wierzgającego i drącego się Pompona w jego zimową odzież, robiąc z 10,5 kilo jakieś 12, wepchnęła go do wózka przytrzymując (nieledwie dopychając, ale się jednak z trudem pohamowała) kolanem, zapięła z największym trudem szeleczki i przystąpiła do analogicznych czynności względem drugiego Pompona (robiąc z niego 11 kilo), który co prawda głośniej wrzeszczał, ale za to mniej wierzgał.

Następnie Królowa Matka zdjęła sweter zapinany, mętnie przy tym myśląc, że po pierwsze jest odwilż i w związku z tym pewnie jest cieplej, a po drugie - już jest zlana potem, a co dopiero będzie później! Zapakowała dwa toboły - jeden z odzieżą weekendową dla Pomponów, drugą z zakupami żywnościowymi, i trzeci - swoją własną torebkę, w której poza normalnymi śmieciami miała też wilgotne chusteczki higieniczne, kosmetyczkę z kosmetykami pielęgnacyjnymi maluchów, zapasowe pieluchy i inne, niezbędnie potrzebne (albo takie, które mogą okazać się niezbędnie potrzebne) rzeczy. Torby, ważące kolejne 11 kilo, ustawiła przy wyjściu, otworzyła drzwi i wypchnęła wózek z Pomponami na klatkę schodową, po czym zawróciła do wnętrza, by założyć kurtkę.

Kilkoro sąsiadów Matki Pana Małżonka (bo to w jej klatce schodowej rzecz się miała) śmignęło obok wózka przyspieszając nieznacznie kroku i  nie dostrzegając go taktycznie, bo jakby tak dostrzegli, to jeszcze by pomoc zaoferować wypadało, a kto by tam chciał się uchetać jak perszeron za pługiem przy niedzieli. Człowiek odziany elegancko, do mamusi albo innej teściowej na obiad bieży, albo i do kościoła, jeszcze by się ubrudził, niewyobrażalne, prawda? W związku z czym Królowa Matka musiała wózek z Pomponami przetransportować sama z pierwszego (na szczęście) piętra na parter metodą - Królowa Mata siada na schodku i, kurczowo trzymając uchwyty wózka, opuszcza go stopień niżej. Następnie zsuwa się sama stopień niżej i przesuwa wózek schodkiem w dół. I tak dalej. Próbowała robić to na stojąco, ale nie dała rady utrzymać pojazdu ważącego wraz z zawartością 37 kilo, zaś wizja jej dzieci spadających na łeb (dosłownie), na szyję ze schodów jakoś jej nie przypasowała. Ani też wizja ekipy tefałenu czy innego polsatu wytrząsającego się nad kolejną nieudolną matką, której dzieci upadły. Bo sobie nie poradziła. A powinna, prawda? Od tego jest matką.

Królowa Matka zatem, osiągnąwszy parter po dziesięciu minutach, zawróciła biegiem po pozostawione torby, obciążyła nimi wózek (który tym samym osiągnął wagę plus/minus 50 kilo) i ruszyła przez pośniegowe błoto w drogę do domu swojej Matki - czyli na mniej więcej trzykilometrowy spacerek.

Przy czym, Drogi Pamiętniku, powinieneś wiedzieć, że Królowa Matka waży sama 60 kilo. Konkretnie (dane z dzisiejszego ranka), 60,2.

Więc sześćdziesięciokilogramowa Królowa Matka brnęła przez rozchlapaną pulpę, kałuże i lekko tylko rozmiękłe śnieżne zaspy na zmianę, pchając przed sobą pięćdziesięciokilogramowy wózek i myślała sobie, że żadne wyczyny Mariusza Pudzianowskiego nie są w stanie jej zaimponować. Żadne nie robią na niej najmniejszego wrażenia. Może jedynie robi na niej wrażenie to, że w jego wyczyny tłumnie wpatrują się niezliczone rzesze fanów, podczas gdy to, co robi Królowa Matka dzień po dniu, nieskończoną, zadawałoby się, ilość dni jakiś kretyn (niewątpliwie rodzaju męskiego) nazwał był "siedzeniem w domu".

A gdy przechodziła przez przejście podziemne, płacząc ze zmęczenia pod współczującym spojrzeniem starszej pani o lasce, która z przyczyn oczywistych nie mogła jej pomóc, ostatkiem sił wpychając wózek pod górę po podjeździe, doskonale świadoma tego, że jeśli nie zgwałci swoich omdlewających rąk i nóg zmuszając je do jeszcze większego wysiłku, i nie zignoruje tętniącego jej w uszach serca, runie w dół razem ze swoimi dziećmi i kto wie, czy którekolwiek z całej trójki ma szansę wyjścia z tego cało, myślała też, że Mariusz Pudzianowski, nie robiąc niczego nadzwyczajnego, nie musi się przy tym martwić o swoje uposażenie. A Królowa Matka, która "nie pracuje, tylko siedzi w domu", osiągnie w związku ze swoim obijaniem się emeryturę imponującej wysokości 300 złotych polskich, jeśli będzie miała szczęście. I że to może dobrze, że jej nie dożyje.

A przy swoim stanie zdrowia, o które tak właśnie, jak to powyżej można przeczytać, Królowa Matka dba, nie dożyje jej z całą pewnością o czym, wyżymając z potu swoją koszulkę po dotarciu do mieszkania swej Matki, myślała doprawdy bez specjalnego żalu.


czwartek, 16 lutego 2012

Jak Najbardziej Po Polsku

Potomek Młodszy - Mamusiu, kto jest najzłejszym ptaszkiem? Orł?

Królowa Matka zakłada optymistycznie, że to było po polsku, skoro zrozumiała...

Reklamowo, na szybko :)

Zazwyczaj Królowej Matce dłużej się zbiera, nim popełni wpis o reklamach, zbiera się, zbiera, potem osiąga masę krytyczną i się ulewa słowotokiem. Ale dziś, Pacholę przewijając, kątem oka (tak, Królowa Matka jako wytrwała oglądaczka reklam wie, że nie posiada kąta oka oraz oznajmia, że jakby trafiła na sprzedawcę, który wyartykułowałby taki tekst na powitanie, ona na pożegnanie - nieodwołalne i na zawsze - wyartykułowałaby mu tekst, który wspominałby do emerytury. Albo i dłużej), a zatem tym kątem oka, którego nie ma, ujrzała dwie reklamy, które wbiły ją w... no, w całą gamę uczuć. Oraz imperatyw poczuła, by to opisać, a imperatywowi się nie poddać jest rzeczą niemożliwą. Więc mu się poddaje właśnie w tej chwili.

Reklama pierwsza to nowa reklama Vanisha. Dziecię wyraża zgrozę na widok przez się uczynionej plamy, Mamusia Dziecięcia koi jego wzburzenie: "Kasiu, przestań, plama to nie jest powód do zdenerwowania!", na co Przyjaciółka Mamusi z podziwem zauważa: "Ty to masz nerwy!". No iście jak postronki, co tam postronki, liny okrętowe, toć się nie odwinąć i nie lutnąć bez łeb uświnionego gówniarza to może jedynie osoba, która przeszła specjalne przeszkolenie, ma Certyfikat Dobrego Rodzica, i dodatkowo hojnie raczy się Valerinem Forte!

Przy okazji Królowa Matka dowiedziała się, że tez ma nerwy jak postronki, bo reaguje dokładnie tak jak Mamusia Dziecięcia, też sądzi, że plama nie jest powodem do nerwów i ani razu jeszcze żadnego z Potomków nie lutnęła bez łeb ani przez nic innego, i jest to dla niej miła niespodzianka przy Tłustym Czwartku, bo do tej pory, gdy miała ochotę udusić Potomki za zarzucanie jej setką pytań niby serią z cekaemu, albo wpadała w szał z powodu zabawy w Mordujące Się Potworki, albo miała ochotę runąć na łóżko i wrzeszczeć w poduszkę, bo Pompony ryczały w duecie nie wiadomo czemu, a oba Starsze czegoś chciały (ich chęci zaś najczęściej są rozbieżne i zawsze wyrażane jednocześnie), zawsze wtedy myślała, że jej nerwy są w strzępach. A tu takie zaskoczenie!

Druga reklama dotyczy antybakteryjnego mydła w płynie. "Dbasz o czystość - mówi w tle reklamy pan namiętnym barytonem. - Chcesz, by twoje dziecko myło ręce. Ale nie chcesz, by dotykało czystymi rękami pompki od mydła, na której znajdują się niebezpieczne bakterie! Dlatego nasze mydło usuwa 99,9 procent niebezpiecznych bakterii i jest w praktycznym dozowniku, który sam dozuje potrzebną ilość płynu!".

Przed oczyma duszy Królowej Matki pojawił się z nieodpartym natręctwem następujący obrazek:


i wizja znajdujących się na pompce do mydła złowrogich bakterii (całego 0,1 procenta bakterii!!!) zaczajonych, by, korzystając z chwili nieuwagi i beztroski sprawiającej, że Dziecko (!) dotknie Umytą (!!) Ręką pompki,  przeskoczyć na Dziecko i siać spustoszenie w Jego Organizmie spowodowała, że Królowa Matka ryknęła śmiechem, i była to reakcja przypuszczalnie nie przewidziana przez Reklamodawcę, ale jak najbardziej pozytywna, a zatem Reklamodawcy bardzo dziękujemy. Nie oznacza to wszakże, że Królowa Matka runie do sklepu celem dokonania zakupu tak kusząco reklamowanego towaru, bo to, co myśli o wyjaławianiu wnętrz, odzieży i ludzkiej skóry przy pomocy antybakteryjnych mydeł, środków piorących i czyszczących nie pasuje do konwencji tej notki.

Ponadto, dla wszystkich, zimie wbrew!


Ciasteczka upieczone według przepisu na paluszki wiedźmy. Też się nie mieszczą w konwencji tej notki, ale mieszczą się jak najbardziej w konwencji dnia dzisiejszego :), a na sporządzenie osobnego, bardziej tematycznie tłustoczwartkowego wpisu Królowa Matka może nie mieć czasu (a jak wyląduje we więźniu to kto wie, czy i okazji, a że w końcu wyląduje robi się więcej niż pewne zważywszy, że nawet jej Silne Jak Liny Okrętowe nerwy mogą nie znieść zabawy, która wymyśliły i uskuteczniają Potomki Starsze za nic mając drzemkę Potomków Młodszych...).

niedziela, 12 lutego 2012

Hazardowo :).

Potomki Starsze (rżną w karty).


Potomek Młodszy (radośnie) - Teraz ja wygram!
Potomek Starszy (powątpiewająco) - No, nie wiem, nie wiem, ostatnio ja wygrałem...
Potomek Młodszy (z niezachwianą pewnością) - Ale teraz na pewno wygram JA!
Potomek Starszy (juz, już zaczynając popadać w cholerę, która trzęsie nim przeciętnie raz na pół godziny) - A skąd wiesz? SKĄD WIESZ, pytam ciebie?!!!
Potomek Młodszy (triumfalnie) - Bo wybrałem sobie karty z większymi numerami!!!

Królowa Matka szczerze wątpi, czy Potomka Młodszego czeka kariera pokerzysty...

piątek, 10 lutego 2012

Królowa Matka i reklamy V

Dawno, dawno temu, w zamierzchłych czasach dzieciństwa w Królowej Matki w telewizji (wystaw to sobie, Młody Czytelniku!) nie było reklam. Ni adnoj. Między programami na ekranie telewizora pojawiała się była na przykład różyczka


albo inna gerberka,


względnie pomnik Fryderyka Chopina


lub też jakiś szczególnie efektowny polski zabytek (czasem zaś, w przypływie wręcz lekkomyślnej szczodrości, kilka zabytków),


w tle zaś szemrała sobie miła dla ucha muzyczka. I tak, jeśli film dokumentalny produkcji radzieckiej "Decydujący front" kończył się, powiedzmy, o 18.57, zaś następna pozycja, na ten przykład "Wieczorynka", zaczynała się o 19.00, przez brakujące trzy minuty telewidz mógł się wpatrywać w różyczkę (lub gerberkę) i słuchać muzyki kojącej mu nerwy zszargane skutkiem zgłębiania dokumentu na temat działań frontowych. Ostatnio Królowa Matka wspominała sobie nostalgicznie te czasy i z tej okazji wyznała rzewnie Panu Małżonkowi "Jakże chciałabym, by znów tak było!".

Bowiem można było, co prawda, w czasie prezentowania na ekranie różyczki lub Zamku w Lublinie udać się do kuchni celem przyrządzenia kolacji, czyli zrobić to, co teraz czyni większość rodaków w przerwach reklamowych. Gdyby jednak z jakiegoś powodu widz nie mógł opuścić pomieszczenia (leżał złożony chorobą, musiał popilnować raczkującego pacholęcia, złamał nogę i czekał na przyjazd karetki, itp, itd.) z pewnością widok Zamku Królewskiego na Wawelu razem z przyjemną muzyką nie narażał go na wstrząs żadnego rodzaju. W zupełnym, ale to zupełnym przeciwieństwie nieszczęsnej osoby, która musiałaby leżeć w przytomności włączonego telewizora i kurować się w dzisiejszych czasach. Osoba taka, gdyby miała pecha (i to wcale nie wyjątkowego) mogłaby ujrzeć na ekranie rzeczy następujące:

- pieska Bruno i jego właścicielkę zgarniającą na szufelkę twarde dowody doskonałej przemiany materii zwierzątka,
- reklamę środka przeciw grzybicy stóp,
- reklamę środka przeciw grzybicy paznokci wzbogaconą o szczegółową wizualizację problemu,
- reklamę środka przeciw wszom,
- reklamę, w której pani zwierza się z nietrzymania moczu,
- wpadające do umywalki zakrwawione zęby,
- wykład na temat chorych dziąseł połączony z ekspozycją zakrwawionej nici dentystycznej po użyciu,
- reklamę leku na hemoroidy (w której pani w bardzo, ale to bardzo sugestywny sposób umieszcza rozżarzony do czerwoności pręt w kojącej - podobno - miksturze),
- licznych reklam środków na zaparcia/biegunki/wzdęcia

i Królowa Matka wątpi w skuteczność kuracji takiej osoby, której leczniczy syropek na widok twardych dowodów Bruna ma bez wątpienia prawo stanąć kamieniem w przełyku. Albo nawet się cofnąć.

Królowa Matka zdaje sobie sprawę, że część z wymienionych wyżej produktów jest lub będzie potrzebna większości ludzi na jakimś etapie życia, i że, choć jest to towar jak każdy inny, jest on również trudny do zareklamowania. Ale czy życzy sobie niemożliwego pragnąc, by były one reklamowane w ten sposób? Zainteresowani wiedzą, czego dotyczy reklama, niezainteresowani nie odczuwają ani obrzydzenia, ani niesmaku, a przy odrobinie rozproszonej uwadze mogą nie zauważyć, czego spot dotyczy :))) albo nawet popatrzeć z przyjemnością.

To, na co nie mogą popatrzeć z przyjemnością to reklama ING Banku Śląskiego WiFi Express (tak, dziś będzie z nazwami, bowiem głupotę i inne takie należy opisywać nie uciekając się do kluczenia, puszczania oka i robienia aluzji), nazywaną pieszczotliwie w domu Królowej Matki "idiotą z alufelgami". Królowa Matka bierze pod uwagę, że jest być może równie pozbawiona poczucia humoru jak Kodeks Hammurabiego, a lekkości i subtelności w niej tyle co w kłodzie drewna bezwładnie (jak to kłoda) unoszącej się na falach, skłonna jest również rozważyć supozycję, że dociera do niej tylko to, co przekazywane jest wprost i jest równie skomplikowane jak konstrukcja cepa, pozostaje za to ślepą na niuanse, subtelności i znaczące puszczanie oka, ale nijak nie może się dopatrzyć tego mrugnięcia w postaci prostackiego debila, który nie pamięta, kiedy urodziło mu się dziecko i w jego mało skomplikowanej mózgownicy fakt ten wiąże się jedynie ze wspomnieniem nabytych "z okazji narodzin potomka" alufelg. Z jakiegoś tajemniczego powodu bardziej Królową Matkę drażni to, że prostacki debil zrobił sobie prezent z okazji narodzin dziecka, niż to, że nie pamięta daty jego narodzin. Owszem, Królowa Matka wie, że zdaniem copywriterów cel reklamy został osiągnięty - Królowa Matka reklamę zapamiętała. Nie jest jednak pewna, czy reklamodawcę ucieszy informacja, że będzie ona omijać ING Bank szerokim łukiem, jako ten kojarzący się z "idiotą z alufelgami".

Skoro o bankach mowa, ostatnio w gardle Królowej Matki rośnie warkot za każdym razem, gdy widzi reklamę Credit Agricole pełną uchachanych ludzi "To jest Tomek, a to jest Ania, a to jest Piotr (super, że są, ale Królowa Matka mogła żyć bez tej wiedzy). Oni nam zaufali, mamy już milion klientów, dziękujemy za milion dowodów zaufania!". Otóż, Drogi Banku, to nie jest żaden dowód zaufania, najzwyczajniej w świecie wszyscy klienci Lucas Banku pewnego pięknego dnia obudzili się jako klienci Credit Agricole, a z likwidacją i przenoszeniem konta jest tyle zachodu, że po prostu zostali. Choćby ich zaufanie zostało bardzo, ale to bardzo nadszarpnięte.

Następną reklamę Królowa Matka najpierw usłyszała (prawdopodobnie zajmowała się podcieraniem jakiegoś nosa, przewijaniem jakiejś pupy, podziwianiem jakiegoś dinozaura albo przygotowywaniem jakiejś kanapki). Pan podniosłym glosem wymieniał: "Anna uratowała dziś swojego syna! Michał uratował przyjaciela! A ty (pan zawieszał glos w znaczący sposób) kogo dziś uratowałeś?" i Królowa Matka była pewna, że słucha właśnie reklamy społecznej, względnie reklamuje się jakaś akcja typu "Zwyczajny bohater", w której należy wysłać SMS na zwykłą pozornie osobę, która dokonała bohaterskiego czynu. Zatem, gdy usłyszała pana po raz kolejny, spojrzała. Jak spojrzała, tak zamarła, ze szczęką zgubioną gdzieś na podłodze, osłupiałym wzrokiem i mgłą przed oczami, bowiem okazało sie, że Anna uratowała syna, a Michał przyjaciela podając im Gripex. Oto, proszę państwa, jak staniało bohaterstwo, już nie trzeba wydobywać dziecka spod lodu, nie trzeba wynosić zemdlonej niewiasty z płonącego domu, nie trzeba zachowywać przytomności umysłu, by wykonywać ratujace życie sztuczne oddychanie, o cichym bohaterstwie typu pomaganie przez lata sąsiadce chorej na stwardnienie rozsiane nie wspominając, teraz, by być bohaterem, wystarczy dać komuś tabletkę do ssania! Noż, (dużo, dużo wulgarnych słów, proszę sobie wstawić po uważaniu), może innym nie, ale Królowej Matce twórcy reklamy kojarzą się z hienami. Sępami. I innymi niesympatycznymi zwierzątkami, które w naturze są niezbędne, ale uroku im to nie dodaje.

Teraz  Królowa Matka omówi sobie smakowicie ten nie strzał, ale całą serię z cekaemu w obie stopy, kolana i okolice, jaką wykonała Telewizja Polska produkując całą, nomen omen, serię reklam mających zachęcić Obywateli do płacenia abonamentu. Niestety, szanse na to, że skruszeni, zawstydzeni swą nieprawomyślnością i pożądający statusu Obywatela Wzorowego widzowie runą zbiorowo do urzędów pocztowych celem uiszczenia stosownej opłaty wydają się Królowej Matce takie więcej znikome, a to z następujących racji:

- osadzenie w dwóch rolach kobiecych (francuskiej stylistki, bo każda Francuzka to stylistka jest przecież, oraz polskiej projektantki mody) dwóch pań, które w cuglach wygrałyby konkurs na "Najwredniejszą osobowość telewizyjną", dwóch, naprawdę uprasza się o wybaczenie, ale to określenie ciśnie się nawet na tak rzadko kalane wulgaryzmami usta jak te należące do Królowej Matki, lodowatych suk, które mężczyzn heteroseksualnych mogłyby bez problemu zachęcić co najwyżej do całkowitej abstynencji seksualnej, a biseksualnych - do opowiedzenia się po jednej, niestety, nie tej korzystnej dla naszego borykającego się z problemami demograficznymi kraju, stronie,
-  prostego w obejściu Wybitnego Trenera, który usiłuje wywołać wrażenie, że jego podopieczni szanują go, bo płaci abonament, chociaż do każdego oprócz twórcy tej reklamy z trudem przebija się wizja nastolatków o ufnie wzniesionych na trenera oczętach, zapytujących: "Treneerrzeee, a pan płaci abonament?", po czym popadających w natychmiastowy brak szacunku po uzyskaniu odpowiedzi odmownej/ wyrażających całą swą postawą szacunek i uwielbienie po uzyskaniu odpowiedzi twierdzącej,
- śmiałej, zdaniem Królowej Matki zdecydowanie ZBYT śmiałej koncepcji, że jakiegokolwiek Polaka jest w stanie do czegokolwiek zachęcić Niemiec informujący, że "Ordnung muss sein!",

czyli, krótko mówiąc, z powodu stworzenia kolekcji niesympatycznych, oceniajacych innych z pozycji własnej "lepszosci" ("Albo ma sie styl, albo się go nie ma!" by Projektantka Mody, "No, to ty się, dziewczę, jeszcze sporo w życiu musisz napracować", by Rodzina Królowej Matki), zarozumiałych, zimnych osób, których nikt nie chciałby mieć wśród znajomych, o przyjaciołach nie wspominając, wywołujacych w każdym normalnym czlowieku instynktowną chęć, by zrobić dokładnie odwrotną rzecz, niż te osoby proponują... naprawdę, Telewizji Polskiej serdecznie gratulujemy!

Na koniec Królowa Matka zostawiła sobie reklamę szamponu, która działa na nią jak płachta na byka i, trzebaż trafu, powodowana przyćmiewającą wzrok nienawiścią nie pamięta ona nazwy specyfiku (nazywa go zazwyczaj WD-40, chociaż wie akurat, do czego WD-40 służy i włosów w tym myć by nie polecała. Nikomu, nawet panu z reklamy. Chociaż...), co oczywiście jest bez znaczenia, gdyż i tak by go nie użyła. Nie tylko dlatego, że jest dla mężczyzn.

Każda z Pań, Drogie Czytelniczki (i Czytelnicy zapewne też, Królowa Matka nie jest wszakże pewna, czy Kobiety i Mężczyźni obdarzają dalej wymienionym mianem ten sam rodzaj... hm... osobowości), przypuszczalnie przynajmniej raz w życiu spotkała na swej drodze Wyjątkowego Dupka. Proszę go sobie przypomnieć, co do szczegółu, w pełnym blasku jego Dupkowatości, i zwizualizować. Gotowe? No to teraz proszę pomnożyć go przez dziesięć i już mamy to, co widzi Królowa Matka za każdym razem, gdy ogląda tę reklamę. Dupek i jego Lalunia ubierają się w łazience, przy czym gołym okiem widać, że zaliczyli jednonocny numerek, no, chyba że przeciętna polska kobieta odziewa się rano w srebrną suknię i wpina sobie w uszy diamentowe (załóżmy optymistycznie) kolczyki. "Ale ty jesteś, naprawdę..." mruczy Lalunia przypochlebnie, a Dupek nadyma się dumą i odpowiada tonem osoby niezłomnie pewnej tego, że jest fantastyczna, doskonała w tym, co robi i wszelkie pochwały, zachwyt Laluni i przypochlebne pomruki należą mu się jak psu micha: "Serio? Nawet z zakolami?". Lalunia spieszy zatem z wyjaśnieniem, że łysienie jest związane z nadmiarem testosteronu, (ego dupka ma już objętość balona stratosferycznego i nadal rośnie), ale wystarczy użyć szamponu WD-40 i w magiczny sposób znikną. "Nie, smarować czymś? Nie chceeee mi sieee..." mówi Dupek, na co ona:  "Wystarczy iść do apteki...", na co znowu Dupek, tonem pełnym zdumionej urazy: "Nie, no, do apteeeki?..." (w domyśle - taka Kwintesencja Męskosci do apteki po wiadomo co nie chodzi, a po nic innego w aptekach się nie bywa, n'est-ce pas?), a wówczas Lalunia rzuca się z propozycją, że ależ ona! Ona pójdzie! Kupi! Po oczach widać, że będzie wcierać własnemi ręcami co tylko każą i gdzie tylko każą, byleby Wcielenie Dupkostwa pozwoliło jej sie czołgać u swych stóp i robić za czerwony dywan!!!

Otóż, drogi Pamiętniku (i Wy, Reklamodawcy), choćby Megadupek miał pukle jak Samson i Roszponka razem wzięci, choćby słowo "zakole" w jego wypadku oznaczało wyłącznie taki łuk rzeki, w którym cumowałby on swój jacht, więcej, choćby użycie tego szamponu zapewniło Królowej Matce owłosienie, o, takie:


... i tak nie nabyłaby ona reklamowanego przez Megadupka produktu ze względu na porażające, odrzucające, lansowane jako Wzorzec Męskości Megadupkostwo.

Oraz za ogólny wydźwięk tego kandydata do Złotej Maliny Reklamodawstwa dzieła.

PS. Dragonella natchnęła Królową Matkę wspomnieniami i, przeszperawszy net, znalazła ona  reklamę z serii, która nie wywoływała irytacji, nie powodowała rzucania się z krzykiem na pilota, nie prowokowała do natychmiastego wyjścia z pokoju, za to teksty z niej do dziś funkcjonują w rodzinie Królowej Matki i mają się dobrze (a jak Królowej Matce zdarzy się raz na sto lat zagrać w Lotto zawsze, ale to zawsze skreśla 22). Żeby nie było tylko fukająco, wkurzająco i warcząco, oto jeden z powodów, dla których naprawdę czasem trzeba kochać reklamy :DDD:

http://www.youtube.com/watch?v=-3_mkCKTMpo


czwartek, 9 lutego 2012

Poetycko (ale czy rzeczywiście? ;))

Ostatnimi czasy Królowa Matka tarza się po prostu w poezji, i to nie z tego powodu, co wszyscy właśnie myślą (odejście Noblistki), i nie w tego rodzaju poezji (wierszach Noblistki), chociaż z tego, co Królowa Matka wie o Noblistce nie miałaby ona nic, ale to nic przeciwko temu. A może nawet przyłączyłaby się do deklamowania z przyjemnością.

"Myśl, którą wypycham poza obręb świadomości, a która mimo wszystko wciąż się pojawia w jej polu,
To 'Rany boskie, jak bardzo niemowlę przypomina osobnika w stanie wskazującym na nadużycie alkoholu!"

Oto utwór, który pojawia się z tylu głowy Królowej Matki tak z sześćdziesiąt razy dziennie. Niemal za każdym razem, gdy spojrzy ona na swoje najmłodsze Pociechy, zataczające się po pokoju. Bowiem, Droga Publiczności, Pompony CHODZĄ. No, mniej więcej chodzą. Ujmując problem graficznie, rzecz ma się mniej więcej tak:


Ręce uniesione do góry, oczy w słup, na twarzy zachwycony uśmiech ukazujący garnitur sześciu zębów, nogi przebierają, przebierają, nie nadążają, ale przebierają, a górna część tułowia leci przodem... tak to wygląda w ujęciu poetyckim:

"(...) Każdy krok, w trakcie którego nie padło się na twarz z kretesem,
Wydaje się w obu wypadkach niewygodnym sukcesem;
Stopa za stopą dąży z dużym trudem,
Zarazem pozostając w miejscu jakimś cudem;
Ramiona machają gwałtownie, jak ramiona popsutych semaforów
lub kujących żelazo póki gorące kowali,
Osłupiały wzrok pyta: "Po cośmy się w to pakowali"?
Choreografia poruszeń jest nie tyle łabędzia co kacza,
Ale pędrak sympatycznie "tupta", a tylko pijak się obrzydliwie "zatacza"!"

Mimo drobnych niedogodności Pompon Młodszy w zasadzie porzucił raczkowanie na rzecz chodzenia natychmiast, gdy tylko odkrył zalety tego drugiego (łatwiej się skręca, można uciekać przed Karzącą Ręką Sprawiedliwości nie wypuszczając z rąk porwanego Braciszkowi pisaka/ gumki/ zeszytu do matematyki/ klocka Lego/ tego wszystkiego, na co do tej pory można było tylko patrzeć tęsknie z nizin podłogi, a teraz tak śmiesznie łatwo da się dosięgnąć/, zyskało się nową, świeżą perspektywę i można otworzyć o wiele więcej szuflad niż do tej pory sprawiając, że Rodzicom brakuje już wyżyn, na które upychać mogliby liczne Niebezpieczne Przedmioty Zawierające Drobne Elementy, no i można oburącz przyłożyć Osobie, Która Się Ociąga I Nie Spełnia Poleceń Natychmiast). Pompon Starszy nadal przedkłada raczkowanie, zwłaszcza, gdy, na przykład, uda mu się sforsować zabezpieczenia i blokady w drzwiach i rzuca się do ucieczki (co swoja drogą jest widokiem niesamowicie zabawnym) próbując zwiedzić tyle, ile się da zakazanej części mieszkania, nim go dopędzi jakiś Wredny Dorosły, ale spaceruje sobie beztrosko na dwóch nogach coraz częściej. Oczywiście, o ile jego krok można nazwać "spacerowaniem" :).

A nie jest to koniec literackich przeżyć Królowej Matki, bowiem przed nią Następny Etap:

"Jeszcze jedna analogia, jeśli Czytelnik pozwoli:
I moczymorda, i malec wykazują kompletny brak samokontroli.
W jednym i drugim wypadku nie ma mowy o zażenowaniu czy wstydzie
Z tego powodu, że się nieporadnie mówi czy idzie.
Co do mówienia, i tu, i tam poprawność to główny problem:
Gramatyka pełna usterków i błądów, a dykćja jeśt w śtanie niedoblem,
Tyle, że u dorosłych jest to pijacki bełkot, niegodny rozumnego stworzenia,
A u niemowląt - budzące zachwyt gruchanie i gaworzenia."

Chwilowo gramatyka nie jest pełna usterków i błądów, gdyż nie istnieje :)). Pompon Młodszy mówi bardzo wyraźnie "ti!" wskazując wymaganą rzecz palcem, a mówi to na tyle różnych sposobów, z tak różnym naciskiem i z tak zróżnicowaną intonacją, że jest doskonale rozumialny, więc czemu ma się wysilać na jakąś tam gramatykę (które to przekonanie Królowa Matka w pełni podziela i pochwala, przerażona wizją gadających nieustannie, przekrzykujących się, dyskutujących i zadających pytania nie dwóch, a CZTERECH chłopców. Tak, Królowa Matka wie, że chwila ta nieuchronnie nadejdzie. Lecz czemu nie cieszyć się jak najdłużej myślą, że jeszcze nie teraz? :)). Pompon Starszy natomiast od czterech dni mówi wyraźnie "Da, da, da!", gdy żegna się z kimś (lub czymś, na ten przykład z Mifi na ekranie) machając łapką, a wczoraj zaskoczył wszystkich wykrzykując radośnie "Tata!" na widok powracającego z pracy Pana Małżonka, czym wbił go w nieopanowaną dumę, ale poza tym jest raczej małomówny. Może chociaż jeden będzie???

A teraz, jak mawiał Edward "Dudek" Dziewoński, "the pointa":

"Mam więc nadzieję, że znajdzie uznanie moja teza, iż nie da się prawie odróżnić niemowlaka od kogoś, kto swój barek z trunków ogołaca,
A jedyna w gruncie metoda ich odróżnienia polega na odczekaniu do rana,
ponieważ wtedy jedynie niemowlę budzi się świeże, różowe i zupełnie pozbawione kaca."

                                                                                                               Ogden Nash
                                                                                                                                                    "To musi mieć jakiś związek z mlekiem"
                                                                                                                                                    tł. Stanisław Barańczak

Co Królowa Matka, właścicielka dwóch niemowląt bardzo świeżych, bardzo różowych i bardzo pozytywnie nastawionych do każdego nadchodzącego dnia o bardzo, bardzo wczesnej tego dnia godzinie, potwierdza :).

poniedziałek, 6 lutego 2012

Filmowe idiotyzmy małe i duże.

Królowa Matka oglądała w sobotę "Armageddon" i już w chwili, gdy zobaczyła drobne odłamki asteroidy spadające centralnie na Paryż i taki na przykład Berlin, nie zaś na Lengenfeld unter Stein ani inne Chaumont-sur-Tharonne, jak tylko ujrzała zbieraninę niedocenianych geniuszy, od drobnej kobiety do puszystego pyknika, od nerwowego chudziny do postawnego przystojniaka (nie mających żadnego pojęcia o lotach w kosmos, ale to jest mało istotny szczegół przecież), na których natychmiast znalazły się kombinezony astronautów w stosownych rozmiarach, gdy stwierdziła, że po puszczeniu wszystkich scen "slow motion" w normalnym tempie film byłby z godzinę krótszy, a już zupełnie gdy ujrzała ciemny lud - Hindusów, wszystkich jak jeden w turbanach, muzułmanów w dżelabach, i prostych Amerykanów z hamburgerami, wszystkich, ale to absolutnie wszystkich zgromadzonych nie na tle pustyni, oazy, ubogiego miasteczka w wyjątkowo zapadłej części amerykańskiego Południa, przyjemnych domków klasy średniej, ale na tle zabytków klasy "0" (Taj Mahal, Czarnego Kamienia w Al-Kaabie, restauracji McDonaldsa ;)) i wsłuchujących się z napięciem w orędzie Prezydenta Stanów Zjednoczonych, otóż już wtedy Królowa Matka wiedziała, że ta notatka po prostu musi powstać.

Notka o największych, a z uporem maniaka powtarzanych w filmach wszystkich klas, od A do Z, idiotyzmach i kliszach.

Królowa Matka zacznie od swojego ukochanego idiotyzmu, który co prawda w "Armageddonie" nie występuje (ale mógłby! dla każdego idiotyzmu byłoby tam miejsce, jakże skandalicznie zignorowane przez reżysera!), no ale ulubieńcom należą się fory - oto mamy parę po randce. Z reguły on ją odprowadza do domu i pod jej drzwiami oboje uświadamiają sobie, że za nic nie zdławią przepełniających ich chuci, rzucają się na siebie i wpadają do wnętrza uprawiać spontaniczny seks. Następnie mamy ujęcie tegoż wnętrza, wokół wala się odzież sugerująca zrywanie jej w szale namiętności, oni uprawiają ten seks,  np. w wannie (jakże często z pianą, nieprawda), a naokoło stoi ze 300 zapalonych świec...

Dżentelmen zapraszający kobietę na własnymi rączkami sporządzoną kolację z obiecującym: "Przygotuję moja specjalność" na ustach zawsze robi spaghetti. Zawsze, ale to zawsze.

Uwięzieni przez przebiegłego Złego, Rozwiązujący Porażający I Wstrząsający Podstawami Demokracji Rządowy Sekret Bohaterowie czasem spędzają i parę dni związani/ przykuci do ściany/ uwięzieni w katakumbie/ przyspawani łańcuchami do krzesła, przyspawanego do podłoża stanowiącego litą skałę, po czym, gdy już  uwolnią się sami nadludzkim wysiłkiem, wstają z krzesła/  łóżka/ odrywają się od ściany pomięci, ale czyściutcy. Potrzeb fizjologicznych najwyraźniej nie mają, nigdy też nie drętwieją im nogi i ręce, a jeśli, to je rozetrą i rzucają się w pogoń albo do ucieczki.

Można też zauważyć, że gdy Bohater cudem odnajdzie po ciemku w nieznanym pomieszczeniu ukryty kluczyk do kajdanek (rozmiaru, powiedzmy, pół centymetra), którymi jest skrępowany (względnie, gdy ukradnie sprytnie taki kluczyk wrednie rechoczącemu Złemu w chwili jego nieuwagi spowodowanej rechotaniem), to zawsze w trakcie uwalniania się upuszcza go na ziemię centymetr poza zasięgiem rąk. Następnie ręce wydłużają mu się w cudowny sposób (albo lita skała, do której przyspawano krzesełko okazuje się nie taka lita), by po osiągnięciu kluczyka ręce wróciły do normalnej długości, lub skała do poprzedniej litości.

Jak ktoś dzwoni do bohatera i mówi: "Oglądałeś wiadomości?", bohater włącza TV i natychmiast trafia na intersującą go wiadomość. Facet może mieć 150 kanałów, ale w TV od razu trafia nie tylko na wiadomości na dowolnym kanale, ale na początek tej właśnie wiadomości, która go interesuje. Wariacją na temat powyższego jest bohater, który wchodzi do baru nabyć kawę i pączka, i słyszy wiadomość w TV, który jest przypadkiem nastawiony na stosowny kanał i wszyscy, zamiast w aktualne mistrzostwa NBA albo futbolu amerykańskiego wpatrzeni są w ichnie TVN24. Ta druga wersja obowiązuje zwlaszcza, gdy bohater jest poszukiwanym, a niewinnym, uciekinierem z kazamatu, za którym rozsyłany jest list gończy.

Jeśli spada na Ziemię statek Obcych, nigdy, przenigdy nie trafia w wodę, która pokrywa nasz glob w 70 procentach. Nie spada na Saharę. Nie spada na bezmiary Syberii. Nie spada na pustynię Synaj, nie spada w Azji, nie spada w Europie, o ominiętej ze wzgardą Australii nie ma w ogóle co wspominać. On zawsze trafia centralnie w środek pustyni Nevada (a potem wyłażą z niego Obcy, którzy mówią po angielsku albo przynajmniej mają translatory).

Potem ci Obcy okazują sie przepełnieni złowrogimi zamiarami i trzeba ratować przed nimi świat. Normą jest, że świat ratuje team w składzie:  czarnoskóry, niezbędnie potrzebny do ginięcia (w jednym z amerykańskich filmów padło zdanie: "Czarny zawsze ginie pierwszy!". Królowa Matka i Pan Małżonek zaczęli to sprawdzać i wiesz co, Drogi Pamiętniku? To prawda! Filmy, gdzie czarny nie ginie pierwszy są tak rzadkie, że teraz sobie Królowa Matka żadnego tytułu przypomnieć nie może), Żyd i dziwak typu nawiedzony naukowiec (najczęściej wylany na pysk z pracy przez lekceważących/ nie umiejacych docenić geniuszu/ zawistnych przełożonych), średnia wieku - góra 27 lat. Obecnie polityczna poprawność sprawia, że do zestawu obowiązkowego dodaje się kobietę (o ile to nie ona jest czarnoskóra, wtedy mamy dwa w jednym. Ale ona nie ginie. Za to ma lat 23 ;-)). Nigdy natomiast nie ma w nim Azjaty.

W filmach akcji opiewających Wielkie Akcje Ratowania Świata i Demokracji, w kwaterze głównej USA jest zawsze pełno monitorów i spoconych facetów w białych koszulach z podwiniętymi mankietami i ze słuchawkami na uszach. Zaś na jednym, głównym monitorze jest wyświetlona mapa świata, na  której to mapie nie ma zazwyczaj żadnych wykresów ani liczb, za to jest na niej pełno migających swiatełek oznaczających największe miasta (czasem połączone czerwonymi liniami), przypuszczalnie po to, aby
Amerykańscy Stratedzy wiedzieli, gdzie leży Londyn, Paryż, Moskwa, Rzym, Berlin i Tokio. Oczywiście, tylko te miasta są zazwyczaj zagrożone i te się tylko liczą. Czy zauważyłeś, Drogi Czytelniku, jak łatwo jest przeoczyć Australię? Doprawdy, gdyby nie Opera W Sidney Australia unikałaby wielkich kataklizmów/ wojen/ ataków Obcych/ ataków terrorystycznych, normalnie najbezpieczniejsze miejsce na świecie!

Gdy Zły Bohater już leży, powalony ciosem w potylicę/ serią z cekaemu/ dwutonowym ciężarkiem spadającym mu na głowę, ZAWSZE wstanie w chwili, gdy uchetany Dobry Bohater odwróci się do niego plecami, i będzie próbował zadać ostateczny cios (z reguły głośno przy tym wrzeszcząc), lub, jak już nie ma siły wstać, to chociaż za noge złapie nim skona.

Bohaterka ratująca świat, zazwyczaj z jakimś wybuchem, płonącą halą, albo walącym się budynkiem w tle, ma zawsze rozpuszczone włosy. Bez względu na to czym się zajmuje (jest strażakiem, lekarzem, który musi operować w leśnej głuszy za jedyne narzędzie mając nóż-finkę i prymitywne ostrza z krzemienia wyciosane przez Tubylców, łapie przestępców, ściga huragany) nigdy tych włosów nie związuje. I potem, na przykład, wynosi dziecię z płonącego budynku, włosy powiewają jej wokół twarzy i nie ma mowy, żeby się zapaliły.
 
Brzydka kobieta to ta, która ma okulary. Gdy je zdejmuje, pięknieje w nadprzyrodzony sposób i nie poznaje jej nawet serdeczny przyjaciel, który się w niej kochał od przedszkola, ale zawsze wiedział, że nie ma szans, bo też nosi okulary i ma piątkę z matematyki (w zupełnym przeciwieństwie do pięknego, choć prostego w obejściu, Kapitana Drużyny Sportowej).

(Niech ktoś powstrzyma Królową Matkę, bo jak się w temacie rozpędzi to może tak dlugo, i zaraz post będzie miał dziesięć tysięcy znaków, a nie wie, czy tak w ogóle można! Nie mówiąc o tym, kto to przeczyta!!!!).

Zjawisko, które ma stuprocentową sprawdzalność w kryminałach klasy B, i siedemdziesięciopięcioprocentową w filmach klasy A - mordercą jest zawsze mąż/żona lub najlepszy przyjaciel/najlepsza przyjaciółka (ale najpierw pada podejrzenie na męża/żonę). Z tego powodu oglądanie kryminałów stało się dla Królowej Matki nudne, bo co to za sens, jak sie w piątej minucie filmu zna wynik ;-)...

Jesli w filmie amerykańskim występuje Rosjanin, zawsze mówi on z twardym akcentem, i PRZENIGDY nie potrafi wymówić swojego imienia. No i nic dziwnego, bo nie nazywa się on Igor czy Iwan (co prawdopodobnie jest jakoś tam wymawialne dla amerykańskich aktorów) ale zawsze jakoś fajnie, Siergiej Gregorijewicz na przykład, albo Dymitr Sergiejewicz, i potem rzęzi taki biedak na ekranie "My name is Serghjiej Sta-ni-sla-wo...wycz..."...

Inna rzecz, że  taki obcokrajowiec ZAWSZE mówi idealnie po angielsku, tzn. może i ma zabawny akcent, ale nigdy nie zapomni jakiegoś słówka nawet jak rozmawia o super rzadkiej chorobie, 15-etapowej reakcji chemicznej, omawia bezprecedensową operację na otwartym mózgu czy dokładną budowę jakieś maszyny, gdzie wymienia nazwę każdej pojedynczej części. Jeszcze inna rzecz, że zasada nie dotyczy mieszkańców Europy Wschodniej, porywających autobus/ przechwytujących broń masowego rażenia/ podkładających bombę/  będących przemycanymi w bagażniku ciężarówki/,  którzy jak wiadomo nie mówią po angielsku. Niektórzy mówią w ogóle tylko w takich językach, których nikt nie zna, z nimi włącznie...

Polacy też mówią z zadziwiającym akcentem, żaden ze znajomych Królowej Matki nie ma takiego.

Jak jest pokazywana Polska, obowiązkowo zaliczymy chłopską furę powożoną przez chłopa w przepasanej krajką koszulinie obciętego "na garnek".

W wielkim domu w nocy jak coś stuknie/ puknie/ skrzypnie oczywiście w piwnicy (lub na strychu), bohater (a najczęściej bohaterka) schodzi po strasznych schodach do tej strasznej piwnicy (wchodzi na ten straszny strych), oczywiście po ciemku, bo światło albo nie działa (wtedy często trzyma w drżącej dłoni chyboczącą się świecę, bo latarek w filmach jeszcze nie wynaleziono), albo jakoś nie przychodzi nikomu do głowy, żeby je zapalić. Zawsze i wszędzie, prześladowani przez morderców-psychopatów chodzą sprawdzać do piwnicy (na strych) każdy chrobot. Jeśli prześladowanych jest większa grupa i padnie hasło "Nie rozdzielajmy się!" można żywić niezachwianą pewność, że w ciągu następnych pięciu minut wszyscy bohaterowie znajdą się sami w różnych pomieszczeniach (i nie dlatego, że każdy uda się do toalety, o, nie, zwykle dlatego, że usłyszy dziwne hałasy i pójdzie je sprawdzić).

Nieśmiertelny konflikt pomiędzy bohaterami filmu  zaczyna się tak - najczęściej Dobry nie wykonał rozkazu Złego, który był jego dowódcą podczas wojny/ w IRA/ w grupie terrorystycznej, w której działał Dobry, gdy był młody, głupi i zmanipulowany. Zły w cywilu natychmiast staje się przywódcą kartelu narkotykowego/ bandy/ mafii, a Dobry zakłada rodzinę, ma blond córeczkę z lokami, synka-urwisa i labradora, i pracuje jako jedyny w kraju specjalista "do spraw". Wyrównanie rachunków następuje w momencie, kiedy Zły planuje Wielki Atak Na Cały Świat i zawsze, po prostu zawsze robi przy pomocy tej dziedziny, w której Dobry jest specjalistą. Jakże często jedynym.

Samochód po upadku w przepaść zawsze wybucha i to kilka razy, tak jakby miał kilka zbiorników z paliwem.

Jeśli bohater tkwiący beznadziejnie w okopie pod ostrzałem nieprzyjaciela/ na sześćdziesiątym piątym piętrze wieżowca opanowanego przez terrorystów/ w atomowej łodzi podwodnej zagrożonej awarią/ pokaże komuś zdjęcie żony lub narzeczonej zostało mu góra jakieś 10 minut życia.

Jeśli Bohater jest naprawdę, ale to naprawdę, do głębi trzewi, NAPRAWDĘ Złym Człowiekiem, zanim uśmierci Dobrego Bohatera (którego uprzednio przez trzy filmowe godziny śledził był, zwabiał w pułapkę, uwiężał za pomocą wymyślnych narzędzi i osobistych, perfidnych wynalazków) opowie mu w szczegółach, co nim powodowało i jakim sposobem udało mu się osiągnąć cel, co pozwoli Dobremu Bohaterowi obmyślić Szczwany Plan Ratunku.

Bohater mówi: "Ach, muszę zadzwonić do Marka!", po czym dobywa telefonu i bez chwili zastanowienia wystukuje piętnastocyfrowy numer. Który pamięta. Nie widział Marka dwa lata, nie są serdecznie zaprzyjaźnieni, pomieniali się numerami na jakiejś konferencji z dziedziny, która przypadkiem okazuje się niezbędna dla ratowania świata, ale wystukuje numer z niezachwianą pewnością, i, co więcej, Mark natychmiast odbiera, tak w połowie pierwszego sygnału.

Zupełnie inaczej jest, gdy Bohater musi ostrzec Marka przed nadciągającym niebezpieczeństwem. Wtedy telefon dzwoni, dzwoni, dzwoni, a my obserwujemy ze zgrozą Marka biorącego niefrasobliwie prysznic i telefon, dzwoniący rozpaczliwie a daremnie w kieszeni beztrosko odwieszonej na krześle w sypialni marynarki...

A teraz Królowa Matka, uświadomiwszy sobie, że mogłaby tak do rana, zrobi sobie przerwę...

... do obejrzenia "Góry Dantego" Na przykład :D.

sobota, 4 lutego 2012

Rogaliki i syropowe postscriptum.

W związku z zaistniałą zimą, powodującym dołowanie nastroju ZBYT WYSOKIM dla Królowej Matki ciśnieniem i temperaturami, które sprawiły, ze Królowa Matka odrzuciła (pierwszą od lat nie pamięta już ilu) możliwość pójścia do kina, musiałaby bowiem wyjść z domu, postanowiła ona upiec rogaliki. Nigdy w życiu nie piekła rogalików, ale gdy zobaczyła te zdjęcia tak ją jakoś natchnienie naszło. Co prawda po wgłębieniu się w przepis duch w niej upadł, ponieważ ilość czasu, której ciasto i rogaliki wymagają do wyrośnięcia wydała jej się nadmierna, po wszystkim jednak okazało się, że była ona dokładnie taki, jaka jest Wielodzietnym Patologiom potrzebna dla spełnienia  roli Kuchennej Bogini i Wzorowej Matki równocześnie :).

A zatem Królowa Matka zakasała rękawy i natychmiast przystąpiła do modyfikowania przepisu, za co najmocniej przeprasza Adę i jej Mamę, bowiem wie doskonale, że modyfikowanie przepisów rodzinnych to jest coś w rodzaju świętokradztwa, ale zmodyfikować je jednak musiała z powodów, które zostaną wyłuszczone poniżej.

Pierwszym powodem było to, że nie miała odpowiedniej ilości składników w domu (dysponowała, na ten przykład, zaledwie trzema jajkami), a - jak już wspomniała - wychodzić na dwudziestostopniowy mróz nie zamierzała. Zwłaszcza, że mieszka na, excusez, zadupiu i do najbliższego sklepu ma półtora kilometra. Zdecydowała się zatem wyprodukować rogaliki z połowy produktów. Roztarła więc 5 dkg drożdży w dwóch łyżkach ciepłego mleka i czterech łyżkach cukru (to była druga modyfikacja, Ada podaje w przepisie-matce, że drożdże trzeba rozrobić w mleku z cukrem, ale nie podaje, ile dać cukru, więc Królowa Matka dodawała "na czuja"), dodała szklankę mąki i odstawiła zaczyn do wyrośnięcia na piecyk, a podczas, gdy wyrastał mogła zająć się karmieniem Pomponów kaszką z bananem oraz rozstawianiem po kątach Starszaków, którym na skutek przymusowego tkwienia w domu odbija już nie tylko palma, ale cała oaza.

Gdy zaczyn wyrósł Królowa Matka dodała trzy jajka (wrzuciła je szybciej niż przeczytała, że to powinny być żółtka, a potem było za późno), 2,5 łyżki śmietany, szczyptę soli, 1/2 kostki masła i resztę mąki (czyli 1/2 kg minus tę szklankę, w której rozrobiła zaczyn), bardzo, bardzo długo wyrabiała ciasto, aż zrobiło się gładkie i sprężyste, i znowu odstawiła do wyrośnięcia, na dwie-trzy godziny, w czasie których mogła na przykład koić ból Potomka Młodszego walniętego przez Starszego Braciszka w czasie zabawy głową prosto w żołądek, oraz udzielać Pierwszej Pomocy Potomkowi Starszemu, którego skutkiem tej samej zabawy Potomek Młodszy uderzył głową w podbródek, w związku z czym Potomek Starszy przegryzł sobie wargę i tryskał krwią oraz ogólną pretensją do świata ("Dlaczego mi nie powiedzieliście, że to się może TAK SKOŃCZYĆ!!!!").

Wyrośnięte ciasto Królowa Matka podzieliła na cztery części, każdą część rozwałkowała jak na pizzę (podsypując MĄKĄ KRUPCZATKĄ - bo już innej nie miała - tak! to chyba szczyt profanacji!!!), przecięła też jak pizzę, na osiem kawałków, i nałożyła na połowę kakao z cukrem (w wypadku Królowej Matki brązowym), a na druga połowę - sporządzoną tego lata własnymi białymi rączkami marmoladę z malin i jabłek. Ciasto zwinęła zaczynając od szerszego końca, uformowała rogaliki, ułożyła je na blasze przykrytej papierem do pieczenia i znów odstawiła do wyrośnięcia na pół godziny, po czym upiekła w piekarniku nagrzanym do 180 stopni, zaś po wystudzeniu posypała cukrem pudrem.

I, LUDZIE! Królowa Matka oficjalnie ogłasza, że to najlepsze rogaliki, jakie kiedykolwiek jadła (oraz piekła, ale to akurat nie sztuka, skoro te były pierwsze ;D), nawet z przeróbkami, po prostu strach pomyśleć, jakie mogą być te oryginalne!!! W każdym razie, jeśli będziecie chcieli je robić - RÓBCIE OD RAZU Z NORMALNEJ ILOŚCI PRODUKTÓW!!!

A teraz Postscriptum Syropowe.

Jako, że zrobione przez Królową Matkę syropy zostały już wyżarte i wypite przez tę szarańczę zwaną Rodziną (no dobra, przez Królową Matkę też. Troszkę :)), postanowiła ona zrobić kolejną porcję. Tym razem do syropu imbirowego dała trochę więcej imbiru (co nie wpłynęło jakoś znacząco na konsystencję), zaś zamiast piernikowego zrobiła cynamonowy, według stałego przepisu, tyle, że zamiast przypraw dała niedużą laskę cynamonu plus łyżeczkę cynamonu mielonego (dość kopiastą, bo Królowa Matka ma skazę cynamonową pod tytułem "cynamonu nie może być zbyt wiele!") i ten syrop zgęstniał jej po prostu w mgnieniu oka. O ile inne gotowała po dwadzieścia minut, tak ten "zsyropiał" po pięciu, Potomki wpatrując się w garnek pokrzykiwały radośnie "Galaretka!", a cedziło się go do ostygnięcia, bo z największym trudem przeciekał przez gazę. Królowej Matce co prawda taka gęstość bardzo odpowiada, ale gdyby komuś nie odpowiadała Królowa Matka radziłaby dać nie 200, ale na przykład 350 ml wody :).


piątek, 3 lutego 2012

Potomek Starszy dokonuje samooceny III.

Głos Pana Z Telewizora (zapowiada kolejny odcinek "Toma i Jerry'ego") - "Trudno być zen".
Potomek Starszy - Czym byś trudno? Psem?
Królowa Matka - ZEN byc trudno, zen, nie "psem"!
Potomek Starszy (ku ogólnemu zaskoczeniu oczywiscie ;)) - Co to jest zen?
Królowa Matka - Jest to stan najwyższej wewnętrznej równowagi, stan, w którym umysł osiąga absolutny spokój...
Potomek Starszy (kategorycznie) - No ja to już na pewno taki nie jestem, co to to nie!


No, nie :).

czwartek, 2 lutego 2012

Znalezione na Facebooku.

Królowa Matka znalazła na Facebooku tekst, udostępniony przez jednego ze swoich znajomych, i pomyślała, że powinna go udostępnić kolejnym znajomym, bo od dawna nie zdarzyło jej się natrafić na rzecz tak mądrą, tak dogłębnie oddającą to, o czym zawsze chciałaby pamiętać i czego nigdy nie chciałaby przestać być świadoma. Problem z dalszym udostępnianiem tekstu znajomym Królowej Matki polega wszakże na tym, że ma ich ona na Facebooku mniej więcej tyle samo, ile w realu (a czasem ma takie podskórne wrażenie, że praktycznie wszyscy ludzie, którzy są jej znajomymi na Facebooku to są w ogóle JEDYNI znajomi), czyli bardzo, ale to bardzo niewielu (Królowa Matka sprawdziła - 63 na FB ich jest, a przyjmuje wyłącznie takich, którzy są rzeczywiście jej znajomymi, bliskimi i przyjaciółmi, to, czego nie znosi w portalach społecznościowych to "kolekcjonowania" ludzi), zaś szansa, że nie trafił do nich poniższy tekst jest więcej niż nikła, gdyż  - cóż za, nieprawdaż, szczególny traf! - znają się oni zarazem między sobą. 

Więc Królowa Matka bezczelnie ukradła tekst i udostępnia go tu. Może wyda się szczególnie trafny jeszcze komuś. Może jeszcze kogoś skłoni do refleksji. Królową Matkę skłonił.

No i uznała ona, że powinna mieć ten tekst gdzieś, gdzie go łatwo odnajdzie. Na wypadek, gdyby musiała przypomnieć sobie o tym, co ważne.